Opowiadanie świąteczne 2015

Opowiadanie
Współczesna opowieść wigilijna.

            Straszny ziąb. Początkowy kaprys zmiany samochodu okazał się całkiem trafionym pomysłem. Obym tylko takie miewał. Nowe auto sunie pewnie szeroką ulicą. Zupełnie, jakby nic nie stanowiło dla mnie zagrożenia. Amen. To mój gwiazdkowy prezent.
- Dobry wieczór! To ty jesteś Anka?- Pochylam się, by wyjrzeć przez odsunięte okno pasażera. Wszystko się zgadza. Brunetka, wysoka, szczupła.
- Tak. Rafał?
- Jasne, wsiadaj. Wszystko jest ok., marka samochodu, blachy. No i ja. Tak?- Klepię zachęcająco w fotel. Czuję podekscytowanie. Zawsze kręciły mnie przygody, lubiłem poznawać nowych ludzi a ta dziewczyna wygląda po prostu świetnie.
- No tak. Dawno korzystasz z blabla?- Wsiada w końcu. Nie jestem zaskoczony, że wybrała fotel za mną. Wydaje mi się nawet, że jest trochę onieśmielona. Kurcze, nie sądziłem, że ludzie decydują się na jazdę autostopem, choć boją się tego. Ale takie czasy, trzeba mieć oczy wokół głowy.
- No, ja nie. Mój kumpel poddał mi taki pomysł. Zawsze parę groszy zaoszczędzę. Rozliczymy się teraz czy na miejscu?
- Wolałabym pół teraz pół później. Rozumiesz?
- Nie ma problemu.- Ruszam. Dwadzieścia kilometrów za miastem czekać ma na mnie jeszcze jeden towarzysz podróży. Emocje wciąż buzują. Uświadomiłem sobie, że trochę nawet ryzykuję. Troje zupełnie obcych mi ludzi miało towarzyszyć mi podczas drogi. Przez całe trzy godziny. I to dla paru zaoszczędzonych groszy… Wiele może się wydarzyć w tym czasie. A mimo wszystko jestem podekscytowany. Albo niezupełnie świadomy tego, co czeka mnie na końcu mojej drogi.
- Rafał, stój! To chyba on.- Wrzucam wsteczny i cofam do umówionego miejsca. Nie zauważyłem chłopaka stojącego na przystanku z tabliczką. Co on tam ma napisane? Niech skonam.. Bla Rafał Wrocław. Bardzo oryginalne. Znowu uchylam okno. Dobrze, że Anka wsiadła do tyłu.
- Siema. Jestem Rafał. A ty pewnie Marcin!
- Siema. Tak.- O, tego nie muszę zapraszać. Bez chwili zastanowienia otwiera drzwi i wsiada obok mnie. Spoko, niech będzie. Niech siada obok mnie.
- To jeszcze Aśka. A ona miała stać gdzieś tu blisko…
- Tak, na zjeździe na obwodnicę. To kilka kilometrów.
- Znacie się?- Pytam zainteresowany.
- Nie. Może tylko z widzenia. O patrz! Stoi!- Rzeczywiście stała. Co chwila spoglądając na zegarek
i podpierając się uzbrojoną w nieziemsko długie czerwone szpony dłonią o kształtne biodro. No, coraz bardziej podoba mi się moja wyprawa. Ostatnia, co prawda, ale słowo się rzekło. Zatrzymuję się i siląc się na jeden
z moich czarujących uśmiechów zerkam w to samo okno pasażera.
- Cześć, Asia?
- Asia, Asia. Zmarzłam tu okropnie. Mamy chyba zajebisty minus. Coś was zatrzymało?
- Skąd. Jesteśmy na czas.- Odpieram zaskoczony. Dziewczyna wydaje się być bardzo pewna siebie. Wsiada obok Anki i podaje jej rękę.
- Aśka jestem.
W końcu ruszam. Przez pierwsze pół godziny w samochodzie panuje zupełna cisza. Dziwne. Moi towarzysze nie wyglądają na małomównych. W końcu jednak odzywa się gwiazda wieczoru.
- Musicie zwolnić z tą wymianą informacji, bo nie nadążam z ich przetwarzaniem.- Parskam rozbawiony.- Czym się zajmujesz Anka? Dokąd jedziesz?- Spogląda na swoją sąsiadkę dosyć wyniośle. O, takie dziewczyny zawsze znaczyły kłopoty, przechodzi mi przez myśl.
- Jestem księgową.
- Księgową?
- Uhm.  A jadę do babci na święta.
- Ojej, całe życie w cyferkach, hę? A ty Marcin?- Kontynuuje bez zastanowienia.
- Ja jestem malarzem. Nie mam stałego zatrudnienia. Maluję na ulicy, czasem wpadnie mi jakieś większe zlecenie. A ty Aśka? Co ty robisz?
- Ja? Jestem modelką. Właściwie popsuł mi się samochód a mój menadżer rozchorował się a jakoś muszę wrócić do siebie. Zaraz po świętach zaczynam sesję w Łodzi.
- I podróżujesz stopem?
- No, zawsze to lepsze niż pociąg.- Prycha i skupia uwagę na swojej dłoni. Nie wzbudza mojej sympatii, przyznaję. Nadęta lalka z pustą głową. Uznałem, że lepsza cisza niż rozmowa podszywana jej sarkazmem.
- A ty Rafał? Powiedz nam coś o sobie?- Z zadumy wyrywa mnie spokojny głos Anki. Zanim zastanowiłem się nad tym, co miało stanowić moją historię, odpowiadam równie grzecznie, jak moi przedmówcy.
- A ja pracuję w banku. Jestem kierownikiem działu rozliczeń. I chyba dojrzałem do tego, by zmienić swoje życie.
- Co chcesz przez to powiedzieć?- Ponownie uderza we mnie pewny głos Aśki.
- A…- Wstrzymuję się na moment i zerkam we wsteczne lusterko. Napotykam jej wyniosły wzrok. I jestem pewien, że nie muszę odpowiadać na zadane pytania. W końcu siedzę we własnym samochodzie a to moje życie i nie potrzebuję rozgrzeszenia obcych mi ludzi. Jednak inne, zdecydowanie bardziej przyjemne uczucie podpowiada mi, bym jednak powiedział im, co zamierzam. Właściwie gotów jestem obwieścić całemu światu
o decyzji, którą podjąłem wczoraj rano. Przyjemne mrowienie rozbiega się po moich plecach. Nie co dzień rzuca się wszystko, pakuje walizkę i wyjeżdża 200 km do innego miasta, by naprawić życiowy błąd.
- No wyduś to z siebie bankierze?- Prycha Aśka. Ależ ona ma tupet. Próżna dziewczyna, myślę. Do tej pory takie, jak ona stanowiły dla mnie jednonocną rozrywkę. Za kilka drinków i obiecane złote góry gotowe były zrobić niemal wszystko. Śmieję się w duszy.
- A ja właśnie jadę do swojej dziewczyny. Nie widziałem jej właściwie rok i nie mam nawet pewności, czy wciąż mogę określać ją tym mianem.
- No raczej.- Znowu zapada w samochodzie ta zbawienna cisza a moja chęć podzielenia się świątecznymi planami blednie.
- A dlaczego Rafał nie widziałeś swojej dziewczyny od roku?- Zagaduje nieśmiało Anka. Ona
w przeciwieństwie do zołzy Aśki, od razu wzbudziła moją sympatię. Jest taka….spokojna i opanowana.
I znowu moje podekscytowanie dochodzi do głosu. Jednak opowiem im moją historię. Dlaczego nie? Sam głośno nazwę siebie po imieniu i usłyszę wszystko, co do tej pory wypierałem z mojej świadomości. Wyjątkową atmosferą świąt tłumaczę cały ten ambaras rozgrywający się w moim sercu.
- Byłem z moją dziewczyną od ośmiu lat. Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, studiowaliśmy razem i jakoś tak zaiskrzyło. To była świetna dziewczyna. Razem chodziliśmy na balety, wyjeżdżaliśmy. Uczyliśmy się. Była duszą towarzystwa. Nigdy nie znałem nikogo tak otwartego.
- Proszę cię, to jakaś zakonnica była?
- Aśka, zamknij się. Daj mu powiedzieć.- Ucina Marcin.
- I było nam świetnie przez tych osiem lat. Do czasu. Któregoś dnia wróciła do domu i powiedziała mi, że jest w ciąży.
- Mówiłam!
- A mnie zatkało. Nawet nie próbowałem udawać, że się cieszę. Stałem tylko w kuchni, z butelką piwa
i patrzyłem na nią rozpromienioną, szczęśliwą. Dla niej to była wspaniała nowina. Obydwoje mieliśmy już pracę, nieźle płatną, byliśmy ze sobą wystarczająco długo, mieszkaliśmy razem…
- A ty okazałeś się egoistą.- Rzuca smutno Anka.
- Tak. Choć teraz określiłbym swoje zachowanie trochę innymi słowami. Przestraszyłem się odpowiedzialności. Wydawało mi się, że tą wiadomością zabrała mi moją młodość. Nie byłem gotowy na to, by podporządkować swoje życie komuś innemu tak bezwarunkowo. A przecież bycie ojcem tego właśnie ode mnie wymagałoby. Musiałbym zrezygnować z moich planów, marzeń. Nie mógłbym zalewać się i spać do południa. Nie mógłbym już więcej wyjechać w spontaniczną podróż po Europie. Wydawać kasy na moje nieprzemyślane pomysły! Jedynie to widziałem. To, czego już nie miałem nigdy robić!
- No, ja czułabym dokładnie to samo, gdybym miała nagle rzucić wszystko. Nawet nie umiem sobie wyobrazić tak nagłej zmiany. Nie potrafiłabym kochać dziecka, które zabrało mi moje życie.- Odpala bezceremonialnie Aśka i wlepia wzrok w ciemności panującej za oknem. Boże… Dokładnie tak wtedy myślałem. To dziecko miało zabrać mi wszystko. Zamykało mi drzwi do wolności! Mojej wolności. Zaciskam mocno zęby, bo jej słowa uświadamiają mi, jak bardzo próżny byłem. Zerkam we wsteczne lusterko i choć w samochodzie panuje ciemność, patrzę na zarys sylwetki tej dziewczyny i w głębi serca współczuję jej. Sobie trochę też, bo straciłem tyle czasu na błahostki i towarzystwo właśnie takich osób, jaką okazuje się być Aśka, podczas gdy prawdziwy sens życia umykał mi pomiędzy jedną a drugą imprezą, karierą i podróżami.
- No i co? Co było dalej?- Z zamyślenia wyrywa mnie cichy głos Anki. Otrząsam się i przestaję analizować słowa Aśki. Jak za kilka lat będzie wyglądało jej życie? Czy ocknie się w porę i zastanowi nad swoimi wyborami? Właściwie nie wiem, dlaczego akurat to przychodzi mi w tej chwili do głowy.
- No i wysłuchałem tego, co do mnie mówiła. Pokiwałem głową i powiedziałem jej, że ja się nie widzę w roli ojca. Nawet nie zastanowiłem się nad słowami, które przecież raniły ją głębiej niż cokolwiek innego. Osiem lat wspólnego życia a ja tak po prostu wystawiałem ją. Ale to nie była moja bajka.
- Stary, nie chciałbym się znaleźć w takiej sytuacji. Moja panna urodziła. Mam córkę i jeżdżę do nich czasem. Nie zawsze mogą na mnie liczyć, ale nie zostawiłem jej zupełnie samej z tym całym bałaganem.
- To, po co jeździsz?- Aśka, jak gangrena znowu zaczyna sączyć swój jad.
- No, wiesz.. Posiedzę, poczytam książkę z małą i przytulę jej matkę. Nic się nie zmieniła. Wciąż wygląda zajebiście. Zimą jest mi ciepło, maluję w domu, nie muszę zastanawiać się nad czynszem. Coś tam zawsze kasy mam, w końcu pracuję.
- Bez sensu. Jesteś jak pasożyt. Nie jeździsz do nich, bo, powiedzmy, kochasz je. Dbasz o to, żeby ci było ciepło zimą? A twoja panna nie widzi tego, że żerujesz na niej?
- Może ona wciąż ma nadzieję, że on zostanie?- Znowu cichy głos Anki dobiega mnie zza pleców. Ależ ta dziewczyna ma wyczucie czasu. I nie obawia się w tak pogmatwanym towarzystwie wypowiadać swoich naiwnych opinii. Uśmiecham się. Mam nadzieję, że moja kobieta będzie, choć w niewielkiej części miała to coś, to ziarno naiwności, by dać mi szansę, choć wytłumaczenia się.
- A nie zastanawiałeś się nad tym, żeby wrócić do swojej dziewczyny i jej dziecka?- Pytam Marcina.- Nie wydaje ci się być to jedynym słusznym wyjściem?
- No… Nie. Jakoś. Ja jestem widzisz na tym etapie, że potrzebuję swobody. Nie dojrzałem jeszcze do zmiany. Wciąż nie potrafię zrezygnować ze starych przyzwyczajeń. Ale nie uciekłem. Jestem obecny w ich życiu.
- Bo tak ci wygodniej. Wykorzystujesz naiwność swojej kobiety. Właściwie nie robisz nic więcej, tylko oszukujesz je obie. Nie dojrzałeś do swojego wieku.- Aśka, kwintesencja kobiecej subtelności nie zawodzi
i tym razem. Marcin żachnął się. Widzę kątem oka, jak kręci głową i obraca w kierunku okna. Czyżby przyznawał jej tym samym rację?
- To, dokąd teraz jedziesz Rafał?- Spokojny głos Anki przedziera się przez gęstą od rozładowań pomiędzy Aśką a Marcinem atmosferę.
- Dokąd jadę?- Powtarzam za nią pytanie. Znam na nie odpowiedź, ale nadal pobieżnie analizuję to, co miałem zamiar powiedzieć. W samochodzie panuje cisza. Odnoszę mgliste wrażenie, że cała trójka czeka jednak na to, co zamierzam powiedzieć. I tak naprawdę nie czuję obawy przed ich reakcją. Ja już dojrzałem do swojej decyzji. Nie potrzebuję więcej wskazówek ani przemyśleń dotyczących mojego życia. Zbyt wiele czasu upłynęło, litrów alkoholu i nic nieznaczących kobiet przewinęło się przez moje życie. Właściwie uświadomiłem sobie to wczorajszego ranka… Wszystko, co robiłem, odkąd moja dziewczyna spakowała swoje rzeczy straciło swoje wnętrze. Nic nie sprawiało mi już takiej przyjemności, ani melanż ani wypad na narty. Byłem otoczony ludźmi, to się nie zmieniło, ale smak, znaczenie tego, co robiłem były, jakby płytsze. Do czasu, kiedy pierwszy raz obudziłem się śpiąc obok jakiejś pijanej laski, zastanawiałem się jeszcze, dlaczego wciąż myślę o niej. Rozstaliśmy się, sama zadecydowała, że nie usunie ciąży. Miałem zatem, co chciałem. Wolność, niczym nieograniczoną swobodę a jednak czegoś mi brakowało… I tego dnia właśnie, kiedy obudziłem się
i zobaczyłem tę pijaną dziewczynę, coś we mnie pękło. Pory roku niewiele różniły się, podróże już tak nie cieszyły. Dalej poszło łatwo. Znieczulałem się i starałem nie myśleć ani o niej, ani o tym, co zrobiłem. Jej
i chyba sobie. Do czasu. Do tego poranka wczoraj rano. Dzień przed wigilią. Kiedy uświadomiłem sobie, że moje życie zmierza niechybnie prosto w przepaść.
- Jadę do niej.
- Nie?- Tym razem Marcin reaguje natychmiast.
- Tak. Jestem pewien, że to słuszna decyzja. Dawno powinienem był to zrobić. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że tym razem to ona nie wystawi mi walizek za drzwi.- Prycham pogodzony z losem. Zasługiwałbym na to.
- Ja wystawiłabym ci walizki za drzwi.
- To nie zadzwoniłeś, żeby powiedzieć, że jedziesz?- Marcin poprawia się w fotelu zniecierpliwiony i zaczyna nerwowo bawić się zapalniczką.
- Nie. Nikt się mnie nie spodziewa. Nikt…
- Wiesz, co… Może i dobrze robisz..- Nagle wszystkie spojrzenia zwracają się w stronę Marcina. Nie musieliśmy widzieć naszych twarzy, by mieć pewność, że zaskoczenie malujące się na nich jest wymowniejsze niż tysiąc słów.- Może gdybym ja miał pewność, że nie ucieknę, bo nie podołam odpowiedzialności, może też zdecydowałbym się… A tak mam na tyle odwagi, by pojawiać się w święta. Ale wiesz co, bracie? Te święta będą inne.- Patrzę przed siebie. Zza horyzontu zaczynają wyłaniać się pierwsze zabudowania. Dojeżdżamy. Pierwszy wysiada Marcin.
- Dlaczego?- Pytam zaintrygowany nagłą zmianą.
- Będę myślał o tobie i może dzięki temu, kiedyś zdobędę się na odwagę, by zrobić podobny krok. Masz rację Aśka, nie dojrzałem do bycia ojcem. My faceci patrzymy na to zupełnie inaczej. Ale nie boję się przyznać, że dałem ciała. A ty? Przyjrzyj się sobie i swojemu życiu.- Śmieje się. Słyszę poruszenie w samochodzie. Chyba nie tylko ja zrozumiałem, o co chodziło Marcinowi. Może źle oceniliśmy go? Może wcale nie jest lekkoduchem, tylko przerosło go… życie? Wjeżdżam pomiędzy pierwsze świątecznie ozdobione domostwa. Mała mieścina aż mieni się od ozdób porozwieszanych na siatce i okręconych pomiędzy suchymi konarami drzew. Żeby, choć śnieg leżał, kieruję moje myśli w inną stronę.
- Tu się zatrzymaj. Masz kasę. Ja muszę się przejść. Ochłonę.- Otwiera drzwi a mała lampka nad lusterkiem rozbłyska nagle jasnym rażącym światłem. Mrużymy obydwaj oczy. Kiwam do niego porozumiewawczo. Nie musimy rozmawiać, w końcu jesteśmy facetami. Podaje mi dłoń i ściska mocno. Ciekaw jestem, czy da radę. Może za rok zrobi to samo, co ja? Może kolejne nadchodzące święta okażą się dla niego, tak samo jak te dla mnie, odpowiednim momentem na podjęcie trudnych decyzji?
- Zadzwoń, gdybyś potrzebował czegoś.- Rzucam do niego na odchodne. Jestem naprawdę ciekaw, jak potoczą się jego losy. Przytakuje jedynie i wysiada.
- Na razie laski!- Kiwa ręką i odwraca się szybko. Przez chwilę patrzymy za nim, lampka nad lusterkiem blednie i gaśnie w końcu. W samochodzie ponownie robił się ciemno. Taka ciemność kojarzy mi się
z bezpieczeństwem. Moje obawy nie wydają się wtedy tak wyraźnie wymalowane na mojej twarzy. Nie widzę swojego odbicia, więc tym lepiej dla mnie. Wystarczy, że czuję ściśnięte gardło i przewiercający mój żołądek ból. Kurde, boję się. Wszystko z nią robiłem, nie mieliśmy przed sobą tajemnic a teraz boję się pojechać do niej.
- A co będzie, jeśli ona jest z kimś innym?- Rzuca nagle Aśka. Jej głos wydaje się brzmieć nieco pokorniej. Czyżby Marcin okazał się być lepszym obserwatorem niż ja i uderzył w odpowiednią nutę? Dziewczyna jest przygaszona. Święta nie są najlepszym momentem na takie przemyślenia. Nikt nie powinien w tym czasie być sam i zadręczać się nawet, jeśli w życiu okazał się być prawdziwą szują. Albo gdyby zagubił się gdzieś po drodze między swoimi pragnieniami i realnymi osiągnięciami tak, jak Aśka. Modelki nie jeżdżą przecież stopem, ucinam swoje przemyślenia.
- Nie wydaje mi się, żeby była z kimkolwiek.
- Skąd wiesz?
- Zapytałem.
- Kogo? Jej?
- Jej brata.
- Czyli ktoś się ciebie jednak spodziewa.- Prycha Aśka.
- Jakiś czas temu. Spotkałem go w klubie. Mieszka we Wrocku. Nie pytałem o szczegóły, ale już wtedy myślałem o niej coraz częściej. Nasze spotkanie odebrałem właściwie, jako znak, że powinienem poważnie zastanowić się nad swoim życiem. Taki znak od losu pomyślałem i tyle. Jeśli zamknie mi drzwi przed nosem, trudno.- W moim żołądku dzieje się już prawdziwe pandemonium. Gorąco rozpiera mnie i unosi włosy na głowie. Będę musiał zjechać gdzieś na stację, bo nie wytrzymam tego napięcia. Pocieram dłońmi o skórę kierownicy. Spociły mi się. Dobrze jednak, że nie jadę sam. Źle byłoby, gdybym nie miał, do kogo ust otworzyć przez całą drogę.
- A dziecko? Czy masz dziecko?- Głos Anki brzmi sennie. Zupełnie, jakby usnęła i nagle coś wyrwało ją z tego snu.
- Mam. Mam córkę.
- Nie widziałeś jej ani razu?- Zaprzeczam ruchem głowy, choć z pewnością nie mogły tego widzieć.
- Ja musze tu wysiąść.- Anka jęczy zasmucona i zaczyna poprawiać się w fotelu.
- No tak. Gdzie stanąć?
- Tam.- Jej wyciągnięty palec wysuwa się z ciemności tuż obok mojej głowy.- Tam mieszkam. Widzisz? Tam, gdzie stoi ten biały bałwan. Tandeta, ale moja babcia uwielbia te świąteczne gadżety. Wiecie, ze to tylko u nas na południu ludzie tak ozdabiają swoje domy? Im dalej na północ, tym mniej tych błyskotek. Masz tu pozostałą część kasy Rafał.- Kładzie pieniądze na fotelu a jej dłoń spoczywa na moim ramieniu. Nie znałem jej, ale czuję się dobrze z tym gestem. Dodaje mi otuchy.- Wszystko jakoś się ułoży Rafał. Pamiętaj tylko, żebyś zrekompensował wszystkie krzywdy, których twoja dziewczyna musiała doświadczyć. Jesteś jej to winien.
I nigdy, przenigdy nie podnoś ręki na dziecko. Pamiętaj!- Jej drobna dłoń zaciska się na moim ramieniu
i dopiero wtedy zaczynam pospiesznie analizować postać Anki. Lampka nad lusterkiem ponownie rozbłyskuje a ja gwałtownie odwracam się do tyłu. Zatrzymuję wzrok na jej twarzy. Jest bardzo smutna. Przez całą drogę nie uśmiechała się, nie żartowała.
- Anka?- Zaczynam czując, że powinienem jednak coś powiedzieć. Kręci jedynie głową i szepcze.
- Wiem, co mówię. Uwierz mi, tak trzeba. Chcesz, żeby twoje dziecko miało mamę, tatę i było szczęśliwe. To ty jesteś za to odpowiedzialny. Pamiętaj.- Ucieka wzrokiem za drzwi i zamknąwszy je nie obraca się już
w naszą stronę. Rusza przed siebie w kierunku małego domku majaczącego tuż za rogiem z wielkim świetlistym bałwanem stojącym na małym podwórku. Tajemnicza Anka… A ja sądziłem, że była naiwna..
- Dziwna dziewczyna…- Rzuca Aśka przypominając mi tym samym, że wciąż nie jestem w samochodzie sam.
- Ja wiem… Chyba trochę ją życie doświadczyło.
- Słuchając tych opowieści, odnoszę wrażenie, że każde z nas dostało niezłą szkołę życia…
- Tak? A ty? Przecież jesteś modelką. Chyba masz najlepiej z nas wszystkich?- Gryzę się w język, bo odnoszę wrażenie, że zbyt obcesowo ją potraktowałem, ale ona zdaje się tego nie zauważać.
- Taa. Jasne. Jestem modelką.- Zerkam we wsteczne lusterko. Ale jest przecież ciemno, nic nie widzę. Zwalniam w obawie, że za chwilę powie mi, że musi wysiadać a ja nie dowiem się, co miała na myśli. Przez chwilę w samochodzie panuje zupełna cisza. I, o dziwo zaczyna mi to przeszkadzać!
- Jadę do mojego faceta. Nawet nie przyjechał po mnie. Zadzwonił tylko i podał adres, pod który mam się stawić. Po świętach ma przyjechać jego kolega i będziemy kręcili film.
- Film?
- Tak.- Nie pytam o szczegóły. Zdałem sobie sprawę, że wiem, o jakim filmie mówi Aśka. Cholera, trzy godziny jazdy a ona dopiero teraz mówi, że jest gwiazdką porno. Mogłem zapytać o jakieś szczegóły. Za chwilę jednak myślę, że zupełnie nie jestem ciekaw tych szczegółów. Tylko w pierwszej chwili poczułem coś, co przypominało stratę! Miałem przecież szansę zadać jej pytanie, ale nie zrobiłem tego, bo nic nie przyszło mi do głowy. To seks… Tylko seks. Daje dużo przyjemności, ale potrafi nieźle zagmatwać w życiu. Niezręczna cisza, tego naprawdę nie lubię. Ale nie bardzo wiem, co mógłbym jej powiedzieć. Nasza pyskata Aśka okazała się wyrafinowaną….  aktoreczką niskonakładowych produkcji jej chłopaka. Ale numer!
- No, nie wiem, co powiedzieć Asiu.
- Nic nie mów. W sumie dobrze czułam się jadąc z wami i rozmawiając o problemach, które mnie zupełnie nie dotyczą. Nie wiedzieliście, kim jestem, co robię a ja mogłam udawać, że nie robię tego, czym właśnie zajmuję się.- Jej głos zmienia zupełnie barwę. Przypomina teraz brzmieniem głos starej, zmęczonej kobiety.
- Udawałaś?
- Lepiej brzmi- grałam. Tak, grałam. Rozmawiałbyś ze mną o swoim życiu, gdybyś wiedział, że gram
w pornosach?
- Nie wiem. Teraz nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Ale wiesz, o czym myślę?
- No? O czym?
- Jechaliśmy ze sobą trzy godziny, czy ten czas wpłynie na ciebie w jakiś sposób? Czy jutro nie będziesz już pamiętała o tym, o czym tu rozmawialiśmy? My wszyscy, cała nasza czwórka?
- Nie zapomnę… Marcin miał rację.. Chyba i ja powinnam coś zrobić ze swoim życiem. Za dziesięć lat może się okazać, że nikt już nie chce oglądać filmów ze mną i trafię na ulicę. Mój facet jest bardzo przedsiębiorczy, choć nazywa to miłością. Dobre, co? Każde z was mówiło o miłości mniejszej, większej. I uświadomiłam sobie, że nie czułam czegoś podobnego już bardzo dawno. Chciałabym móc poczuć coś takiego… Ale nie z tym facetem. Gdybym ja zaszła w ciążę, z pewnością zawiózłby mnie do kliniki i kazał się wyskrobać. Dzieci psują przecież ciało.
- Odejdź od niego.- Rzucam bez zastanowienia i włączam wycieraczki.
- Zobacz, śnieg pada. Może jednak to będą białe święta?- Moje gardło zaciska się. Wyobraziłem sobie pokój
z małą choinką stojącą gdzieś w kącie. Szare wnętrze wypełnione gryzącym zapachem dymu papierosowego
i alkoholu i Aśkę siedzącą na kanapie. Ale święta…
- Asia, nie możesz go zostawić? Skoro nie kochasz go, po co z nim jesteś?
- Nie zawsze tak było. Kiedyś kochaliśmy się, ale dużo od tamtej pory zmieniło się. Poradzę sobie Rafał. Spokojnie. Na pewno nie zapomnę naszej podróży, wiesz? Będę myślała o tym, że postanowiłeś zrezygnować ze swojego życia dla swojej dziewczyny i dziecka. I wydaje mi się, że wpłynąłeś na Marcina. Jakoś zaczął nagle interesować się twoją historią. Kto wie, może się zbiorę w sobie i zostawię go? Nie wiem. To nie jest jeszcze mój czas. A teraz zatrzymaj się. Chyba i ja muszę się przejść.- Zatrzymuję samochód i czekając na rozbijającą noc lampkę wpatruję się przed siebie. Aśka wierci się z tyłu przez chwilę, po czym wychyla się spomiędzy foteli.
- Masz hajs. I dbaj o swoją kobietę. Wybaczy ci, zobaczysz. Dobry z ciebie chłopak.- Klepie mnie lekko po ramieniu i wysiada. Zostaję sam. Z głową pełną zasłyszanych podczas podróży historii. Spoglądam na zegarek. Dochodzi dwudziesta. Normalni ludzie w ich normalnych domach zaczynają właśnie swoją wigilijną wieczerzę. Ciekawe, czy mnie będzie dane zasiąść do mojej pierwszej wigilii z rodziną. Moją rodziną. Przełykam zestresowany. Po tym, co usłyszałem od Aśki nawet brzuch przestaje mnie boleć. Nie chciałbym mieć takiego życia… Ruszam dalej. Moje przygnębienie narasta z każdą minutą. Pozostaje mi wciąż kilkadziesiąt kilometrów. Powinienem dotrzeć za jakąś godzinę.
Są święta a ja tłukę się kawał drogi wierząc, ze uda mi się naprawić to, co zburzyłem przeszło rok wcześniej. Moja córka ma już trzynaście miesięcy. Był to czas, który spędziła beze mnie. Siedząc teraz za kierownicą mojego nowego auta i jadąc błagać kobietę, którą upokorzyłem i zawiodłem o wybaczenie, nawet nie pamiętam już tego uczucia, które przedłożyłem ponad jej życie i nasze szczęście. To boli mnie najbardziej. Moja krótkowzroczność mnie boli. A co jeśli ona rzeczywiście ułożyła sobie życie? Jeśli otworzy drzwi
i wyśmieje mnie i moje przeprosiny? Myślę o Marcinie, Ance i Asi… Nie spotkałem ich chyba tak zupełnie przez przypadek. Może to magia okresu świąt i zostali oni postawieni na mojej drodze w jakimś szczególnym celu? Skręcam i zaciskam dłonie ponownie na kierownicy. Jestem na ostatniej prostej. Zjeżdżam z obwodnicy i wjeżdżam do miasta. Gdzieniegdzie wciąż widzę pochylonych przechodniów zmierzających dokądś pospiesznym krokiem. Wszyscy się dokądś spieszą. Taki wieczór. Kolorowe światła ozdób świątecznych lśnią w oknach mieszkań, bibeloty podrygują poruszane wiatrem a śnieg jakby coraz natarczywiej zasypuje moją szybę. Zatrzymuję samochód na parkingu tuż obok bloku, w którym mieszkają moje dwie kobiety. Moje dwie kobiety… Pięknie to brzmi. Odszukałem odpowiednie okno i czuję siły uścisk w żołądku. W oknach jej mieszkania jest ciemno. Moja determinacja zaczyna ulatniać się wraz z ostatnim oddechem. Dłonie spociły się a brzuch znowu zaczął boleć. Ktoś zbliża się do klatki, dlatego gnany ostatkiem dobrej woli, otwieram bagażnik i wyciągam zeń moją walizkę. Podbiegam do człowieka i już od ulicy krzyczę, żeby nie zamykał drzwi. Wjeżdżam windą na szóste piętro. Im bliżej jestem celu, tym bardziej drżą mi kolana. Cholera, nigdy tak się nie bałem…. Staję przy drzwiach i przykładam do nich ucho. Ktoś jednak jest w środku.. Pukam i czuję nagłą potrzebę ucieczki! Boże, jestem gotów spieprzać dalej niż widziałem! Nagle zapragnąłem znaleźć się ponownie w moim mieszkaniu we Wrocławiu, zamknąć drzwi i urżnąć się w pień! Ale stoję w miejscu na uginających się pode mną nogach ze wzrokiem utkwionym w drzwiach przed moim nosem. Gdybym, choć umiał tak, jak Marcin udawać, że nic złego się nie stało i móc tak po prostu pojawić się na święta…
W drzwiach zgrzyta zamek. Zamieram. Drzwi najpierw uchylają się niepewnie, widzę w ich świetle połowę jej twarzy. Patrzy na mnie przez moment zaskoczona. Wydaje mi się, że nie wie za bardzo, jak powinna zareagować. Pochylam głowę i wyciągam przed siebie kwiaty. Trochę tandetny pomysł, ale lepszy nie przyszedł mi do głowy.
- Dobry wieczór Marysiu. Jestem…. Przepraszam.- Głos grzęźnie mi w gardle. Wtedy ona otwiera drzwi szerzej i widzę małą dziewczynkę kurczowo uczepioną jej nogawki. Boże, myślę i na tym się kończy. Odrzucam torbę na podłogę i opadam na kolana. Nie widzę nic, bo łzy przesłaniają mi obraz. To jest moja córka. Malutka widząc pajaca padającego na kolana aż piszczy zadowolona i przecisnąwszy się przez szparę w drzwiach człapie na czworaka do mnie. Nie wiem, jak się zachować. Wyciągam ręce i chwytam ją pod ramionka. Wspina się wtedy i wtula w moje piersi. Czy małe dzieci są aż tak bezpośrednie?
- Wejdźmy do środka.- Powiada Marysia i cofa się w korytarzu. Ja zaś podnoszę się z klęczek i ściskając małą księżniczkę przestępuję próg ich mieszkania. Rozejrzawszy się wokół przypominam sobie słowa Anki. Spoglądając w ufne oczęta wpatrujące we mnie, obiecuję sobie, że nigdy nie dopuszczę, by cokolwiek złego mogło jeszcze spotkać te dwie istoty. Będę je czcił, kochał i pielęgnował jak dwa najcenniejsze kryształy. Siadam na kanapie i przyciskam do piersi delikatne ciałko mojej córki.
- Zjesz z nami kolację Rafał?

- Tę i każdą kolejną Marysiu. Jeśli pozwolisz…

Na naukę nigdy nie jest za późno- Magdalena Witkiewicz

Zawsze drażniło mnie, kiedy moja mama bez przerwy powtarzała, ucz się. Obiecywałam sobie już wtedy, że nigdy, przenigdy nie będę używała wobec moich dzieci tych samych monotematycznych sloganów. I słowa dotrzymałam! Nie mówię- ucz się! Jak przyczajona hiena kąsam na początek pytaniami, coraz natarczywiej a w końcu uderzam... Czy ty się w ogóle uczysz?! Wrr! Bycie rodzicem, to wyjątkowo trudne zadanie... Najtrudniejszy projekt, jaki przychodzi nam dorosłym prowadzić.


Chcąc jednak coś osiągnąć, trzeba się uczyć. Właściwie wiek nie jest istotny, uczymy się każdego dnia. Sztuką jest tylko tę wiedzę wykorzystać w mądry sposób, na przykład jako budulec...

Moim budulcem są obserwacje. Nie trudno zgadnąć, że środowisko wydawnictw, pisarzy, jak każde inne pełne jest ciemnych zaułków, zakamarków, w które lepiej nie wchodzić oraz dróg, którymi wręcz należy podążać. A jak dokonać wyboru? Ja stawiam na obserwacje. Jestem obserwatorem, więc czuję się, jak ryba w wodzie...

A temat obserwacji wyjątkowo wdzięczny... Starsze koleżanki po piórze i spotkania autorskie.

MAGDALENA WITKIEWICZ

Pierwszym zatem, na które wybrałam się, było spotkanie autorskie Magdy Witkiewicz zorganizowane w Empiku w warszawskiej Arkadii 6 października 2015 roku. Teren mój, więc czułam się pewnie. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to atmosfera spotkania. Gospodyni wyglądała olśniewająco, uśmiechnięta rozmawiała ze wszystkimi zebranymi w sposób, który pozwalał sądzić, że jednostka w jej otoczeniu znaczy tyle samo, co tłum. Nie dało się odczuć nieprzyjaznych emocji ani wibracji, które mogłyby pozwolić, by człowiek stawiający pierwsze kroki w tym świecie mógł poczuć się przytłoczony, onieśmielony. Tegoż dnia Lewy brzeg miał zaledwie kilka dni, miałam zatem prawo czuć lekki przestrach, bo oto pojawienie się mojej powieści na półkach wypchnęło mnie lekko przed szereg...
 Wracając, gospodyni okazała się wyjątkowo ciepłą i otwartą kobietą. W brawurowy wręcz sposób, z wdzięcznym uśmiechem operowała słowem opowiadając o swoich powieściach. Mówiła o nich tak, jakby każda historia w nich zawarta zajmowała istotne miejsce w jej życiu, jakby wszystkie były jej bliskie a każda z osobna wyjątkowa. Bardzo ciepła, niemal przyjazna atmosfera spotkania udzielała się uczestnikom, gospodyni aparycją i wrodzonym wdziękiem oczarowywała mnie z każdą kolejną minutą trwania spotkania. Zachłyśnięta nastrojem zakupiłam oczywiście książkę i stanęłam po kilka słów dedykacji. I kolejnym szokiem okazało się co? Magdalena Witkiewicz, kobieta sukcesu, autorka polskich bestsellerów pamięta z imienia i nazwiska otaczających ją czytelników i twórców.
Nie muszę mówić, że zapomniałam języka w ustach, kiedy gracja wymówiła moje imię i nazwisko z wymownie uniesioną do góry brwią. W moich oczach urosła do niebagatelnych rozmiarów.
Wniosek?
1. Zwracaj uwagę na mniejszych. Bądź otwarta, zyskasz w ten sposób szacunek innych.

Jedno spotkanie rozbudziło we mnie chęć poznawania... Niestety w międzyczasie przepadły mi dwa spotkania z Nataszą Sochą i Agnieszką Lingas-Łoniewską. Mam nadzieję, przepadły tylko tamte terminy nie szanse.

Nad tym teraz pracuję...

Pomyślałam, że mogę dzielić się z Wami fragmentami powieści, nad którymi aktualnie pracuję. Będę to robiła właściwie z dwóch powodów. Po...