Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...


No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o pojedyncze jednostki, o odwieczną walkę człowieka o władzę. Chodzi o pozycję człowieka w hierarchii w ogóle. Dostaliśmy koronę i nastał czas, byśmy oswoili się z ciężarem przygniatającym skronie. Nie będzie łatwo pozbyć się jej a już z pewnością zapomnieć o tym przykrym doświadczeniu.
I tu rodzi się pytanie, jak zachowamy się po ustaniu COVID-19. Czy kryzys jaki dotknął ludzkość pozostawi spuściznę w postaci refleksji nad tym co i jak robiliśmy? Czy też szybko zapomnimy o jego morderczym istnieniu i wrócimy do dawnych nawyków i oddamy się rozpustnemu nadrabianiu straconego czasu?
Takie własnie nękają mnie przemyślenia w tym trudnym dla nas wszystkich okresie. Szczególnie dzieje się to nocą, kiedy opadnie już kurz dnia, zamilkną ptaki a dzieci zasną spokojne w swoich łóżkach. Właśnie noc przynosi zbawienny dla mnie czas, który mogę poświęcić tylko sobie i wsłuchuję się w wewnętrzny głos podpowiadający mi różne warianty dla dotyczących mnie wyborów.
Już za kilka dni nastanie czas Świąt Wielkanocnych, które są przecież czasem radości, odbudowy i odrodzenia. A tu, w tle zupełnie inny scenariusz. Wiele bliskich mi osób nie podejmuje wyzwania zorganizowania świąt. Swoją decyzję tłumaczą panującym przygnębieniem i strachem o każdy kolejny dzień. Cóż, nie sposób czuć się inaczej, kiedy już czwarty tydzień siedzimy w domach, zamknięci i wystawieni na próbę poradzenia sobie z nawałem przytłaczających nas wiadomości serwowanych w kolejnych komunikatach telewizyjnych i radiowych. Ile jeszcze jesteśmy w stanie znieść? Jak długo jeszcze wytrzymamy? Nie mam odpowiedzi na te pytania. Nie mam krzepiących słów, którymi mogę pocieszyć siebie, Was, moich bliskich. Ale mam kilka przemyśleń, którymi chętnie się podzielę.
Gdyby tak postąpić wbrew panującej atmosferze i pozwolić swojej wyobraźni na pogalopowanie w kierunku marzeń. Ten czas, zły czas, w którym tkwimy kiedyś przeminie. Wyobraźmy sobie, że znowu będziemy świętowali Wielkanoc, w promieniach słońca i towarzystwie najbliższych będziemy spacerowali ulubionymi ścieżkami, które normalnie przemierzamy, nawet nie bacząc już na ich urok. Wyobraźmy sobie suto zastawione stoły, bo tak mamy i gwar rozmów, albo spokój towarzyszący nam w tym okresie. Tak kiedyś znowu będzie! A oddając się tym nieszkodliwym fantazjom, dogrzebmy się do nowych pokładów cierpliwości i trwajmy w tym trudnym okresie z nadzieją, że jej kres wreszcie nadejdzie.
A co wtedy?
Bardzo chciałabym, żeby tragedia, która nas dotknęła pozostawiła w nas trwały ślad, żebyśmy nauczyli się dostrzegać piękno w najmniejszych szczegółach naszego życia. Żebyśmy nauczyli się cieszyć tym, co mamy. Bo, tak sobie myślę, że to zawieszenie, w którym tkwimy, jest właśnie takim czasem na przeprowadzenie rozmowy z samym sobą i przewartościowanie naszych celów i planów.
Wiecie, co ostatnio przyszło mi do głowy? Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co było, kilka dni, może tygodni przed zburzeniem mojego świata przez CV. Nie zajęło mi to długo, a jednak życie przed pojawieniem się wirusa jawi się jak odległa przeszłość. W moim przypadku była to wyprawa do Paryża. Wymarzona, wyśniona i oczekiwana. Znalazłam się w miejscu idealnym, w doborowym towarzystwie i z napiętym planem zobaczenia tak wiele, jak tylko zdołam. Teraz, kiedy czasami jest mi smutno, bo, choć moje zamknięcie przebiega w idealnych dla mnie warunkach, jestem tu bez tych, którzy stanowią część mojego życia. Mąż musiał zostać w domu, bo pracuje, a Ewa wyjechała, bo przysięgała z narażeniem życia i zdrowia strzec ojczyzny. I dotarło do mnie, że choć otacza mnie piękno, które zawsze pragnęłam oglądać, to nie cieszy mnie ono tak, jak wtedy, gdybym mogła się nim dzielić. Dlatego rozmyślam o życiu, jakie wiodłam przed atakiem tego niewidzialnego wroga. Cieszę się nim i marzę o powrocie do normalności. Mam swoje nowe pasje, odkryte w Paryżu, uwielbiam drzwi. Uwieczniłam ich całkiem sporą ilość a teraz odtwarzam towarzyszące tamtym chwilom uczucia. Czy to może coś znaczyć? Metafizyczne znaczenie drzwi, ich ciężkie okucia i solidne wykonanie? The Doors i Père-Lachaise w Paryżu. Stare cmentarze też kocham, zawsze pochłaniał mnie ich klimat i panujący tam spokój. Kwiaciarka i widok starego cmentarza w Przemyślu na Słowackiego, kielich, z którego musimy nauczyć się czerpać z rozwagą i odwagą, bo wystarczy jedna chwila, by marzenia i plany stały się zaledwie wspomnieniem. Czy to wszystko ma jakieś znaczenie? Idzie nowe, moi mili. Idzie nowe. A Wy jesteście ze mną, ja z Wami.

Dlatego, pozostańmy w domach, odnajdźmy te wspomnienia, które rozczulą i zapalą pochodnię wytrwałości. Damy radę. Musimy, by po wszystkim znowu cieszyć się odzyskanym życiem. Nic nie będzie już takie same, wszystko się zmieni, a my musimy być gotowi na te zmiany. A jeśli w okresie świąt dostrzeżecie jakiegoś mundurowego, pomyślcie o mojej Ewie, która bardzo się bała wrócić do pracy. Ale musiała, bo przyrzekała. Popatrzcie na nich z wyrozumiałością, bo oni też się boją, mają rodziny i chcą do nich wrócić. To też są ludzie a mundur nie jest ich tarczą.

Kochani, pozostańmy w kontakcie a na święta życzę Wam przede wszystkim spokoju i cierpliwości. Znajdźmy sobie coś, co odwróci naszą uwagę od rozgrywającego się dramatu, choć na tę chwilę, by zachować harmonię. Bądźcie zdrowi.









Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...

No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...