Na naukę nigdy nie jest za późno- Tomasz Witkowski


Zanim napiszę, co działo się na spotkaniu, na które wybrałam się w ostatnią sobotę, czyli 7 października, muszę podzielić się z Wami jednym spostrzeżeniem. Mianowicie, ostatnie spotkania autorskie, w których uczestniczyłam, były czymś więcej niż tylko rozmową, obcowaniem z Czytelnikami. U Agnieszki Walczak-Chojeckiej czas umilała nam Antonina Peak, U Alka Rogozińskiego gościem był Rafał Maślak a ponadto słyszałam, że w innych miastach Czytelnicy rozkoszowali się wypiekami takemycake.eu A jest się czym rozkoszować... Widzieliście już blog Pawła? Koniecznie tam zajrzyjcie! Słodycze może nie są moim najlepszym przyjacielem, ale samo patrzenie dostarcza mi niebywałych doznań. Link do bloga znajdziecie na dole. 

A teraz do rzeczy. Ostatnie spotkanie, na którym byłam to spotkanie promujące pojawienie się na rynku tomiku z wierszami, fraszkami i limerykami Tomasza Witkowskiego. Tomek udziela się szeroko w nowodworskim gronie artystycznym, poza tym Jego prace cechuje niebywałe poczucie humoru, wrażliwość i subtelność. Oczywiście pochwalę się, że swój egzemplarz Niewysublimowane mam i zdążyłam się już zapoznać z jego zawartością. Fantastyczne w tej twórczości jest to, co Tomasz pięknie określił we fraszce, którą napisał dla mnie(!)
Ania
Opisała już pół świata
W ramach sześciu swych powieści
Ja kolanem jak ten szatan
Gniotę treść, by w wierszu zmieścić.

Dla jednych napisanie powieści wydaje się być zadaniem niewykonalnym, inni zaś uważają, że zawrzeć obszerną treść w kilku wersach wiersza to jakaś abstrakcja. A jeśli ten krótki utwór zdoła wywołać w Czytelniku poruszenie? To sztuka! Jestem pełna podziwu, naprawdę.

Już z chwilą, kiedy weszłam do budynku, gdzie miało odbyć się spotkanie, spostrzegłam Tomasza, jak przystało na gospodarza, stojącego pośrodku i oczekującego gości. Nieco spięty, wyprostowany, niczym żołnierz przy Grobie Nieznanego Żołnierza, był przejęty, ale przy tym wyjątkowo czarujący. Cóż, początki bywają trudne. Ciekawa jestem, czy podenerwowanie i przejęcie wiążące się z wystąpieniami publicznymi mijają z czasem? Będę musiała kiedyś zapytać o to bardziej doświadczonych...
Tomasz przeczytał kilka swoich utworów i zaprosił na scenę swoją profesorkę. Rozczuliło mnie to. Pomyślałam o moich polonistkach. Szczególnie dwie wspominam z ogromnym sentymentem. Bo to dzięki nim pokochałam ten przedmiot, co wydaje mi się przysłużyło się temu, co teraz stanowi moją pasję.
Kilku znajomych Gospodarza przeczytało wybrane utwory, a wśród nich znalazłam się również ja. To fantastyczne wrażenie. Światło padające na scenę, zupełnie przesłoniło wpatrzonych w nas widzów, co pomogło w wyeliminowaniu stresu. Bawiłam się doskonale. 
A już na samym końcu jeden z wierszy został zaprezentowany w nieco innej wersji. Mianowicie dwóch synów Tomka i ich kolega, wykonało utwór z tekstem jednego z wierszy. I uwierzcie mi, chłopaki stanęli na wysokości zadania, co docenili zebrani, prosząc o bis. 
Będę musiała pomyśleć o czymś równie interesującym podczas mojego spotkania premierowego.... A to już zupełnie niedługo!

Bawiłam się doskonale. I jestem przekonana, że atmosfera panująca podczas spotkań tego typu jest czymś niepowtarzalnym. To nie jest jedynie kontakt Czytelnika z lubianym autorem, to jest wyjątkowa więź, która zawiązuje się podczas ich trwania i pozostaje nierozerwalnym elementem ich wspólnej przygody.
Tomasz, gratuluję i dziękuję za wspólnie spędzony czas.

link do bloga kulinarnego Pawła Płaczka http://www.takemycake.eu

Na naukę nigdy nie jest za późno- Agnieszka Walczak-Chojecka



Już po raz kolejny wybrałam się na spotkanie Agnieszki Walczak-Chojeckiej.
Spotkanie odbyło się w warszawskim Empiku i promowało pojawienie się trzeciej, ostatniej części Sagi Bałkańskiej, zatytułowanej Nie czas na pożegnanie.

Spotkania autorskie Agnieszki, w przeciwieństwie do spotkań z innymi autorami, zawsze kojarzą mi się z siłą rodzinnego wsparcia, ogromną więzią, którą określiłabym nawet zależnością.
To ostanie prowadziła Kasia Bulicz-Kasprzak.
Niesamowita autorka, której temperament i wiedza zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Kasia z powagą na twarzy, niczym lekarz przeprowadzający zabieg, rozbierała sagę bałkańską na czynniki pierwsze, analizowała fabułę, opisywane w powieści nastroje i dopasowywała je do zdarzeń, które stały się podwaliną do powstania tej powieści. Mogłabym siedzieć i słuchać tych rozważań bez przerwy. Zastanawiać się nad koligacjami, nastojami panującymi w Jugosławii w okresie, kiedy to główni bohaterowie sagi poznali się i przyszło im dowieść swych uczuć. Czy to nie jest piękne, poznawać historię ludzi, którym życie postanowiło rzucić pod nogi chyba wszystkie możliwe kłody i w ten sposób wystawić na próbę siłę ich uczucia, wiarę i moc charakterów. Historia, jakich w tamtym okresie wiele napisało życie.

 Spotkanie przeplatało się z ucztą wokalną, której sprawczynią była młodziutka wokalistka Antonina Peak. Mocny głos w tak młodej piersi nakazywał ciszę i skupienie podczas występu. Byłam urzeczona. I wydaje mi się, z pewnością żywię ku temu nadzieję, że jeszcze dane mi będzie tę, obdarzoną talentem wokalnym istotę, usłyszeć. Trzymam kciuki za sukces.

Przyjemna atmosfera skupienia i refleksji, służyła również recytacji. Córka Agnieszki, Gabrysia, jak zwykle, stanęła na wysokości zadania. Pięknie wyrecytowany fragment, w ustach dziewczynki, która rozgrywające się w tamtym okresie historie znać może jedynie z kart historii i opowiadań bliskich, zdawała się przeżywać każde wypowiadane słowo tak, jakby na własnej skórze przyszło jej odczuć ówczesne tragedie. A obserwując pasję i ambicję tej młodziutkiej damy na co dzień, jej poczynania na małym ekranie, śmiało możemy wysnuć, że Gabrysia ma przed sobą bardzo ciekawą przyszłość. Oczywiście niech będzie świetlana. Tego jej życzę.

I co dalej? Na spotkaniu dowiedziałam się, że będziemy musieli troszkę poczekać na kolejne historie opowiadane nam przez Agnieszkę Walczak- Chojecką. Nikogo chyba nie zdziwi, że talent pisarski Agnieszki nie jest Jej jedynym orężem i nad szlifowaniem tych pozostałych postanowiła się aktualnie skupić. Tylko jak długo wytrzyma....
Z doświadczenia wiem, że pisanie jest jak narkotyk, który spróbowany raz, pochłania bez reszty. Ale poczekamy, dlaczego nie?
Tymczasem gorąco zapraszam do czytania Sagi Bałkańskiej.

Na naukę nigdy nie jest za późno- Magdalena Witkiewicz

Pamiętam pierwsze spotkanie autorskie, na które się wybrałam. Miało to miejsce tydzień po premierze Lewego brzegu, kiedy to byłam na samym początku tej cudownej, jednakże nie mniej wyboistej drogi, jaką jest kariera pisarska. Ładnie to brzmi... Kariera pisarska.

Było to spotkanie z Magdą Witkiewicz. Siedziałam wtedy cała spięta, zaczarowana atmosferą i pięknie opowiadającą o swojej książce i życiu autorce, która jawiła się w moich oczach niczym diva.

Tym razem było jeszcze inaczej. Nie czułam tego nieznośnego napięcia, nie byłam zestresowana. Pozwoliłam się porwać nastrojowi. A ten dopisywał.
Spotkanie prowadził Aleksander Rogoziński, co nie było trudne do przewidzenia. Ten pisarski duet jest wyjątkowo zgrany. Tworzą niesamowitą mieszankę emocji, dobrego humoru, co w rezultacie zapewnia performance na najwyższym poziomie. I w przeciwieństwie do Magdaleny i Aleksandra, wydaje mi się, że Ich wspólne dzieło mogłoby dostarczyć wielu pozytywnych wrażeń Czytelnikom.
Możecie sobie wyobrazić życiową opowieść Magdy, pełną emocjonalnych wzlotów i upadków, które byłyby rezultatem konspiracji, niedomówień i suspensu, których dostarcza Aleksander? Porywające!

Ale wracam do tematu.
Było o książkach, było o filmie, za który trzymam mocno kciuki. Było również o podróżach. 
Dzięki atmosferze, jaka wytworzyła się na sali, czułam się zupełnie jak w domu. A to jest chyba najważniejsze- atmosfera i klimat. Dzięki nim umysł bez najmniejszego problemu lawirował pomiędzy poruszanymi tematami.

Dla mnie to spotkanie obfitowało w bardzo wiele wskazówek. Cóż, na naukę nigdy nie jest za późno, tym bardziej, kiedy można czerpać z rogu obfitości, jakim jest doświadczenie pisarki kalibru Magdaleny Witkiewicz. Dlatego chłonęłam każde słowo z ogromnym skupieniem, a wiecie przecież, że słuchanie to jest dokładnie to, co lubię. Jedno zdanie zrobiło na mnie wyjątkowe wrażenie i podpisuję się pod nim obiema rękami: 
Czasem spełniają się marzenia, o których boimy się marzyć.
Dodam, że trzeba tylko zdobyć się na odwagę, by marzyć i choć droga długa i wyboista, podążać nią bez względu na utrudnienia. Takie wnioski wysnułam z tego spotkania. 

Nocne zwiedzanie Twierdzy Modlin


Miałam opowiedzieć Wam o mojej wycieczce do Twierdzy Modlin. Rozsiądźcie się zatem wygodnie, okryjcie się kocem i koniecznie miejcie przy sobie kubek z ciepłą herbatą. Z pewnością przyda się coś ciepłego do picia.  
Był piątek. Po ciężkim tygodniu w pracy, czułam się naprawdę wyczerpana. Otaczający mnie szum przejeżdżających samochodów, gwar rozmów przytłaczały, ale słowo się rzekło. Obiecałam zabrać syna na tę wycieczkę, a danego dziecku słowa nie można złamać. Organizatorzy tej nocnej eskapady ostrzegali, że jest to przedsięwzięcie dla ludzi, którzy nie boją się stawienia czoła historii. Nie bałam się, to było dla mnie nieuniknione, odkąd po raz pierwszy ją ujrzałam- piękną, potężną budowlę, której poranione mury przemawiały do mnie, opowiadały o minionych czasach.
 Cóż, dla mnie te słowa znaczyły nieco więcej. Twierdzę w Modlinie znam odkąd byłam małą dziewczynką. Wtedy jeszcze jej mury tętniły życiem, w oknach widać było głośnych i młodych chłopców, którzy odbywali tu służbę wojskową. Później, po wielu latach, kiedy chcąc pokazać moim dzieciakom tę potęgę, której początki sięgają roku 1806, zabrałam ich na spacer szutrową drogą otaczającą Twierdzę z jednej strony, zaglądałam w okna, w poszukiwaniu tych samych, śmiejących się twarzy. Jej okna niestety straszyły już tylko powybijanymi szybami, gdzieniegdzie pozabijano je łaskawie grubymi pilśniowymi płytami. To żyjące niegdyś miejsce, umierało… Choć nie raz wydawało mi się, że w cieniu zrujnowanej łazienki przemknął jakiś zabłąkany cień, Twierdza Modlin była wymarła. Mnie jednak wciąż coś ciągnęło do tego budynku. Gotowa byłam zaryzykować i zejść wąskimi schodami, przedrzeć się przez ciasne, pachnące wilgocią korytarze, pośród strachu, smrodu ludzkich odchodów, byle tylko dostać się do środka. Tak, chciałam wejść do środka. I w miniony piątek, udało mi się….
 
Dzięki temu, że są wśród nas ludzie, dla których podziw dla takich miejsc, fascynacja potęgą i powiew historii są czymś bardzo ważnym, my, zwiedzający mogliśmy podziwiać otwarte tylko tego wieczora miejsca, które dawno temu stanowiły schronienie dla walczących, ale i chorych. Napoleon, Car Mikołaj, Generał Thommee, te postacie zaznaczyły się w historii tego miejsca na trwałe. Ich decyzje, odcisnęły się piętnem na niejednym ludzkim istnieniu, ale i zaznaczyły mury Twierdzy Modlin wojennym zębem zniszczeń. Nasz Przewodnik opowiadał z ogromnym skupieniem o historii, pokazywał ślady i kierując na mapę snop światła swojej latarki, oprowadzał ścieżkami, którymi podążali niegdyś żołnierze. W końcu weszliśmy do koszar… Obydwoje, ja z moim synem, byliśmy niesamowicie podekscytowani, podczas gdy mój mąż w skupieniu słuchał, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co działo się wokół. Mój syn, ze swoją dziecięcą ciekawością aż podrygiwał w miejscu. Zatrzymaliśmy się na schodach, słuchając entuzjazmu przemawiającego przez Przewodnika, kiedy mój mały explorer szepnął:
- Chodź, chodź pójdziemy do końca korytarza…
Poczułam się wtedy znowu jak ta dziewczynka, która spacerując wzdłuż murów z lękiem spoglądała na ogromnego, zbudowanego z czerwonej cegły potwora. Gdzieś w mojej wyobraźni znowu rozbrzmiał śmiech żołnierzy. Cofnęła się kilka kroków do tyłu, by spojrzeć w ciemne podwoje korytarza wiodącego środkiem koszar…. Tam światło nie docierało. Nie wiedziałam, co zastanę na jego końcu. Spojrzałam na mojego syna, na wsłuchanego w opowiadane historie męża i ruszyliśmy. Postanowiliśmy sami zdobyć to miejsce…
Pokoje najbliżej schodów, gdzie zatrzymała się wycieczka, były wysprzątane. Ściany pomalowano tu na biało a wewnątrz czułam powiew wieczornego wiatru i zapach rzeki płynącej u podnóży skarpy, na której wzniesiono tę ogromną budowlę. Jednak nie zawsze tak bywało. Dawno temu, to miejsce było mroczne, pachniało prochem i wilgocią, która kradła oddech zamkniętych wewnątrz żołnierzy. Mój tata, powiedział kiedyś, że Twierdza Modlin nie cieszyła się dobrą sławą. Przydział do odbycia w jej murach służby wojskowej, traktowano jako zły los.
Twierdza Modlin w centrum leży. Jest mogiłą dla żołnierzy…
Pamiętałam jego słowa, on tę służbę zakończył, wielu przed nim się to nie udało. Mam na myśli nie tylko tych, którym nie starczyło psychicznej siły, ale i walczących o to, byśmy mogli swobodnie przemierzać ulice naszego miasta.
Światło za nami zaczęło blednąć a zapał mojego syna rósł proporcjonalnie do pogrążającej nas łapczywie ciemności. Zaglądaliśmy do kolejnych pokoi, oddalając się od grupy. W końcu otoczyły nas całkowite ciemności, biała farba pokrywająca ściany również zniknęła, a w jej miejscu pojawiły się złuszczone płaty opadające na podłogę. Kolejne pokoje już nie były tak wysprzątane, stare płytki gumoleum sterczały, jak powyginane kikuty i straszyły swoim widokiem. Do tego dotyk zimnego wiatru, który hulał po pomieszczeniach, napawał mnie lękiem. Wdzierał się w nasze uszy i snuł opowieść walczących. Moich uszu dobiegł dziwny dźwięk, przypominał nieznośnie narastający szum. Czy tak szumiała spadająca bomba? Zadarłam głowę wysoko, chcąc upewnić się, że dwumetrowej grubości mury zapewnią mnie i mojemu synowi bezpieczeństwo. Wydało mi się, że czuję woń przepoconych mundurów i zapach prochu. Coś dotknęło mojej dłoni, a zimno wspięło się szybko po moim ramieniu. Gdzieś zza okna dobiegł nas odgłos wrzeszczącego puszczyka. Jak czuli się ci, dla których Twierdza Modlin była przez wiele lat domem? Czy tak ją traktowali, kiedy otoczeni przez najeźdźcę bronili jej? Czy mieli świadomość, że stanie się ona dla nich mogiłą?  Czy bali się?
W którymś z kolejnych pokoi ujrzeliśmy poustawiane metalowe prycze. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła widok szarych koców i nocne skrzypienie sprężyn uginających się pod ciężarem spoczywających na nich ciał.
Nie starczyło mi odwagi, by brnąć dalej, choć mój mały bohater, dysząc ciężko z podekscytowania gotów był iść. Przypominał mi wtedy tę małą dziewczynkę, która czekała prawie trzydzieści lat na ten moment, by znaleźć się w środku tego przepełnionego wspomnieniami miejsca! Wydało mi się jednak, że nasza ciekawość, chęć znalezienia choć najmniejszego dowodu na potwierdzenie tego, co zapisano na kartach historii, stanowią pogwałcenie panującej wokół ciszy. Ten moloch dawno spał zasłużonym snem, wyczerpany okrucieństwem wspomnień z okresu obu wojen.
- Wracamy.
Szepnęłam, choć całą sobą pragnęłam zostać i wsłuchiwać się w tę ciszę. Pozwolić jej napełnić mnie swoim cierpieniem. Tak długo na to czekałam. Chwyciłam małego za rękę i zawróciliśmy. I nie jestem pewna, czy tylko wydawało mi się, ale znowu mignął mi cień sylwetki żołnierza. Był tu jednak, przez te wszystkie lata… Prężne młode ciało zniknęło za kolejnymi drzwiami ponaglając, byśmy podążali za nim… Spojrzałam na syna. Jego oczy lśniły nieznanym dotąd blaskiem. Czyżby widział to co ja? Pociągnęłam go mocniej i wróciliśmy do światła latarek zwiedzających, głosu Przewodnika i uśmiechniętej twarzy mojego męża.
- Gdzie wy byliście?- Zapytał nas.

Odwzajemniłam jedynie uśmiech. Bo my zdobywaliśmy Twierdzę Modlin. Stawialiśmy czoło drzemiącej w jej murach historii… 







Nadmorski Plener Czytelniczy 2017

Widok morza zawsze wzbudzał mój zachwyt. Jego nieograniczona powierzchnia, zapach, a w końcu otaczający nas zewsząd dźwięk, który więzimy w muszlach, przywożonych z nadmorskich wypraw… Coś pięknego, stanowiącego zdecydowanie więcej niewiadomych niż Kosmos. Zdajecie sobie sprawę, że człowiek zdołał poznać tajemnice Kosmosu, jednak głębia oceanów wciąż stanowi dla nas niezbadane tajemnice? A nieznane budzi lęk, nieprawdaż?

Ale od początku…
Nareszcie zaczęłam urlop. Na chwilę wyłączyłam się z korporacyjnego szumu, ciśnienie z pewnością ustąpi, choć prawdopodobnie stanie się tak dopiero pod koniec czasu wolnego 😊
I wystartowaliśmy. Autostradą, bo miało być szybko, a tego potrzebowałam na prośbę Agi Krizel, którą miałam w końcu poznać osobiście. Autostrada jednak okazała się przereklamowaną mrzonką. Korki towarzyszyły nam bez przerwy i nie wynikały one z natężonego ruchu a z bezmyślności kierowców. Dzięki temu jednak w szybkim tempie zjadłam cały zapas nerwów, jaki tkwił we mnie od kilku dni. Złośliwość, krótkowzroczność i potrzeba bycia pierwszym, wbrew możliwościom koni drzemiących pod maską. To cechuje polskich kierowców. Obłęd. Nasz Cytrusek, bo chyba wspominałam Wam, że w mojej rodzinie wszystko ma swoje imię, spisał się średnio. To nie jest samochód dla mnie. Owszem, pruł nić autostrady uprawiając okupiony moim stresem slalom gigant, ale w rezultacie jego szaleństw, już w Gdańsku musiałam tankować… O zgrozo, wypłukał bak do ostatniej kropli… Może macie ochotę kupić Citroena Picasso C3?
Ale dojechaliśmy. Dzieciaki znudzone, wściekłe na siebie i piekielnie głodne. Gdańsk przywitał nas korkami, a jakże. Ale jako, że my Warszawę mamy na co dzień, korki też potraktowaliśmy z przymrużeniem oka, co dodatkowo wynagrodziło nam piękne, przytulne mieszkanko na cieszącej się niezbyt dobrą sławą, jak się potem okazało dzielnicy Gdyni, zwanej Chylonią. I tu pozdrawiam Anitę Scharmach i Daniela Koziarskiego 😊
Dałam radę, spacer wieczorową porą do sklepu, żeby kupić dzieciakom coś do jedzenia na śniadanie zakończył się sukcesem. Ale z drugiej strony, my Nowodworzanie potrafimy o siebie zadbać, to nawet dobry temat na książkę. Może kiedyś zbiorę się i napiszę o moim mieście?
Dotarliśmy, złapaliśmy oddech i pognaliśmy na gdyński bulwar. W międzyczasie Cytrusek zaczął dziwnie popiskiwać, grzechotać, jakby zebrało mu się na chęć zagrania na kastanietach. Obawiam się, że to hamulce, może nawet tarcze rozprysły, jak Perseidy na niebie. Trudno. Oceniłam go pochopnie i zdecydowanie rozstaniemy się niebawem.
Kamienna Góra przygięła nieco mój kark do ziemi, kiedy pokonywałam milion schodków dzielących mnie od bulwaru, bo auto zostało gdzieś daleko na głównej ulicy. Ale parliśmy do przodu, dzieci bo głodne i spragnione kąpieli, ja w nadziei, że zdążę jeszcze spotkać Izę Milik i nie zawiodę czekającej na mnie Agnieszki Krizel.

Udało się. Po drodze spotkałam Agnieszkę Kowalską, stacjonującą wakacyjnie nad morzem i popędziłyśmy do stoiska Novae Res, gdzie w dalszym ciągu trwało spotkanie Izy, zjawiskowo pięknej, niebywale skromnej i wrażliwej autorki. A swoją drogą, osoba tak subtelna, nieskazitelna wręcz napisała thriller z polityką i perwersyjnym seksem w tle! Kocham przeciwieństwa! Oczywiście książkę mam, nawet z autografem. Ale o wrażeniach po jej przeczytaniu opowiem, kiedy ją przeczytam. Poznałyśmy się w końcu, porozmawiałyśmy i wiecie co? Stres już zupełnie opuścił mnie. Tak wiele fragmentów naszych życiorysów wydało mi się podobne.


Ania Sakowicz, którą również spotkałam twierdzi, że w naszym pisarskim środowisku zjawisko chemii również odgrywa wielkie znaczenie. Nie popadajmy w skrajności, nie cechuje nas perwersja, ale między autorami musi zaiskrzyć, by czas, który spędzamy razem pozostał w pamięci na dłużej. Poczułam ten zastrzyk sympatii do Izy i zyskałam koleżankę, co przyznaję z dumą. A Ania Sakowicz nie pomyliła się. Już kolejny zresztą raz. Jej ciepło i wszechstronność są dla mnie, jak księga. A rady, których udzieliła, posłużą  z pewnością w niedalekiej przyszłości.
I przysiadłam na krzesełku obok Izy, potem przeniosłyśmy się na ławeczkę, mając stoisko mojego Wydawcy wciąż w zasięgu wzroku. Jakoś tak wyszło, że nie ruszyłam z tej ławeczki nawet na krok. Towarzystwo miałam przednie, dołączyła do nas znana w środowisku posiadaczka najpiękniejszego imienia Eleonora, którą z największą chęcią spakowałabym w walizkę i zabrała ze sobą do domu. Cóż to za kobieta!!! Wulkan optymizmu, niespożytej energii i skarbnica wiedzy. A Jej syn ma na przedramieniu tatuaż, jaki na zawsze pozostanie w sferze moich marzeń! WOW! Mam zdjęcie, więc podziwiam…

Eleonoro, już Ci zdradziłam, że przygotowałam małą pamiątkę naszego bulwarowego spotkania. Zrobiłaś na mnie ogromne wrażenie.



W międzyczasie dobiła do nas Anita Scharmach, pojawiła się również Monika Halman, przynosząc dowcip, żarty i doskonały nastrój, jakim kipiała nasza ławeczka. W końcu zasiadłam na krzesełku, bo nastała 15:40, czyli czas mojego spotkania z Czytelnikami. Czułam się wybornie. Do tego stopnia, że ukradłam odrobinę czasu Danielowi Koziarskiemu, którego w końcu udało mi się poznać. Przesympatyczny mężczyzna, przysiadł na krzesełku obok i rozmawialiśmy tak, jakbyśmy widzieli się zaledwie dzień wcześniej. Napisałam wyżej, że człowiek lęka się nieznanego. To prawda. Ale w towarzystwie osób, które nie kryją życzliwości, rozmawiają otwarcie, coś takiego, jak stres nie istnieje! To proste. Poznałam Agnieszkę Krizel. Udało nam się. Aga jest osobą bardzo zdystansowaną, spokojną, ale czujną. Jest obserwatorką i podchodzi do swojego blogerskiego zajęcia z największym skupieniem. Pewnie powtórzę się, ale to moja Patronka. Jestem dumna.
W końcu zauważyłam skradającą się od strony namiotów innych wystawców kobietę. Od razu wiedziałam, że to Agnieszka Sonenberg. Kolejna istota, która jest trybem napędzającym, motywującym i wspierającym. I znowu radości nie było końca. Jeszcze tego samego dnia, a raczej wieczora, dwie osoby zagadnęły- Czy ta pani w krótkich spodenkach, to była przypadkiem Agnieszka Sonenberg? A ja nie przywitałam się…


Wiecie co? Nasuwa mi się pewien wniosek. Otoczenie, w jakim się znajdujemy, jakie oddziałuje na nas, ma ogromny wpływ na to, czym się zajmujemy a w końcu jakie są efekty naszej pracy. Mam wspaniałych Czytelników, wspaniałe i bardzo wartościowe


Patronki i Przyjaciół, których obecność pozbawia mnie lęku przed nieznanym, przed reakcją na to, w jaki sposób zostanę odebrana ja i moja praca. I to jest wspaniały dar.

Bardzo dziękuję za spotkania z Wami. Wartościowe i niezwykle przyjemne. Długo będę je wspominała. Dziękuję za pamiątki, już zajęły swoje miejsce na regale wśród książek i cieszą oko, przypominają o tym, co ważne. I, mam gorącą nadzieję, do następnego razu!



Warszawskie Targi Książki 2017

Ach, takie oczekiwanie, tyle emocji a teraz pozostały już tylko wspomnienia po zakończonych w maju targach książki w Warszawie. Tym razem pojawiłam się na nich tylko w sobotę, choć zwykle nie potrafię sobie odmówić przyjemności spotkań z koleżankami, kolegami i Czytelnikami i jestem obecna podczas dwóch weekendowych dni. Ale w tym roku komunię miał mój Kubuś i musiałam stanąć na wysokości zadania.
Już na początku ogromne wrażenie zrobiło na mnie stoisko mojego Wydawcy. Po raz pierwszy miałam stanąć twarzą w twarz z przedstawicielami NovaeRes. I byłam pod wrażeniem ciepłej, niemal rodzinnej atmosfery, jaka panowała na stoisku. Wszyscy byli uśmiechnięci i otwarci. Żartowali, jakbyśmy znali się od lat. Potem zaczęli pojawiać się Czytelnicy i rozmowom nie było końca.
Dostałam kilka cennych rad od starszych w tym zawodzie, za co jestem niezwykle wdzięczna. Spotkałam kilku młodszych autorów, których aż chciałoby się uściskać za te Ich spojrzenia :-)

Mimo, że to nie były moje pierwsze targi, że wielu z Was rozpoznaje mnie już i nie kryje zadowolenia ze spotkania, dla mnie to wciąż niesamowite przeżycie. Jestem niezwykle przejęta, wzruszona a na koniec przeszczęśliwa. A gdzieś tam, bardzo głęboko w sercu dumna, że udało mi się przedrzeć przez tłumy innych debiutantów i zająć miejsce w szeregu, obok cenionych autorów. To niewyobrażalne szczęście. Dziękuję.
I kilka moich zdobycznych targowych fotek.
















Na naukę nigdy nie jest za późno- Tomasz Witkowski

Zanim napiszę, co działo się na spotkaniu, na które wybrałam się w ostatnią sobotę, czyli 7 października, muszę podzielić się z Wami jednym...