Spotkania autorskie


Spotkania...
Te autorskie organizowane przez biblioteki, czy też promujące pojawienie się na rynku nowej książki w księgarniach, albo, co jest już dużym wydarzeniem- targi książki. Wszystkie one dostarczają nie lada wrażeń.
Wiecie, bo wciąż to powtarzam, że lepiej czuję się siedząc po tej drugiej stronie, bez mikrofonu w dłoni, bez oczu zwróconych w moim kierunku. I to się nie zmieni. Za każdym razem, kiedy mam uczestniczyć w jakimś spotkaniu, czuję ogromną tremę. Ale wystarczy, że rozsiądę się wygodnie i zaczniemy rozmawiać, ten lęk mija. Bo człowiek czuje lęk przed tym, co nieznane. Nikt nie czuje się komfortowo, kiedy jest zaskakiwany. Wy też tak macie?
Wystarczy jednak wczuć się w atmosferę spotkania, poczuć te pozytywne wibracje a trema i lęk znikają. Nawet w moim przypadku. ;-)

W piątek 25 maja miało miejsce pierwsze spotkanie promujące premierę Andromedy. Spotkanie to odbyło się w Łodzi, w księgarni Bookszpan. Tak jak spodziewaliśmy się, odległość od centrum miasta, krótki czas na promowanie wydarzenia nie sprzyjały pojawieniu się wielu zainteresowanych, ale nie taki diabeł znowu straszny, a codzienność potrafi zaskakiwać ;-)!
Jeden z moich przyjaciół powiedział mi kiedyś, że z serca życzy mi, bym doświadczyła spotkania, na którym pojawi się niewielu Czytelników. Słysząc Go, byłam oburzona, bo to przecież dramat, kiedy spośród całego zastępu wiernych Czytelników, nikt nie zaszczyci odwiedzającego autora swoją obecnością. Mylę się? Wtedy tak myślałam, ale teraz rozumiem sens tamtego życzenia.

Podczas łódzkiego spotkania, swoją obecnością zaszczyciła mnie zaledwie garstka ludzi. Obyło się bez gwaru i szumu rozmów, ale doznałam czegoś zupełnie niesamowitego! I absolutnie nie czułam rozżalenia a moja wiara, że to co robię jest słuszne, w niczym nie ucierpiała. Spotkanie poprowadziła Wiola Umecka z bloga Subiektywnie o książkach. Ikona sama w sobie. Trochę się obawiałam, bo obserwuję blog Wioli i nie ukrywam zachwytu nad dystansem i profesjonalizmem, z jakim jest prowadzony. Okazało się, i jedynie utwierdziło mnie to w przekonaniu, że Wiola w roli prowadzącej spotkanie z Czytelnikami, sprawdza się wybornie. Jako Czytelniczka, odebrała Andromedę dokładnie tak, jak chciałam, by została ona odczytana. A więc każdy szczegół został rozszyfrowany a pytanie- kiedy kontynuacja- zupełnie mnie nie zaskoczyło.
Kameralne spotkania mają ten niesamowity nastrój. Umożliwiają dłuższą rozmowę, dają możliwość poznania Czytelników i wysłuchania tego, co mają do powiedzenia. A przede wszystkim uczą pokory. I tak właśnie się czuję. Bogatsza o nowe doświadczenie, szczęśliwa, bo poznałam w końcu czarującą Kasię @Katie M-k.

A już jutro Wrocław. Spotkanie poprowadzi nikt inny, tylko Agnieszka Lingas-Łoniewska! Znowu szykują się emocje. Znów czuję ten znajomy niepokój. Wpadnijcie do Empiku Renoma. Jutro, 29 maja o godzinie 18:00. Zapraszam.

Wrocław potraktował mnie nieco przychylniej ;-) Mam na myśli szersze grono Czytelniczek. Mało tego, nie spodziewałam się ujrzeć Eleonory, nawet Fb milczał w temacie Jej pojawienia się. A tu proszę! Taka niespodzianka. Spotkanie we Wrocławiu poprowadziła Agnieszka Lingas- Łoniewska. A więc i rozmowa potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Wspominałam już chyba nie raz, że w chwilach, kiedy stawiałam swoje koślawe kroki w środowisku literackim, Agnieszka nie szczędziła mi słów mobilizujących do działania. Takich mentorów pamięta się całe życie. Omówiłyśmy kwestie merytoryczne, plany na przyszłość i usłyszałam, że Andromeda to intrygująca powieść. Dla takich chwil warto pisać!

I Warszawa!
Wiecie, jakie mam przemyślenia dotyczące mojej dotychczasowej trasy promującej pojawienie się na rynku Andromedy? Odczuwam satysfakcję z każdego stawianego kroku, upewniam się w poczuciu szacunku do poświęcanego mi czasu i uwagi. A to daje siłę. Bo jednak jest nas, Was, coraz więcej i łączy nas również coraz więcej. I tę relację porównałabym do rozpędzającej się maszyny. Niech się rozpędza, niech daje nam i Wam jak najwięcej. Bo tak trzeba!
Warszawa to dom, więc na spotkaniu w Empiku czułam się jak w domu. Aleksander Rogoziński, który prowadził już moje wcześniejsze spotkanie, zadbał o ciepłą atmosferę. Ku mojemu zaskoczeniu, rozłożył Andromedę na części i sięgnął po psychologiczne wzorce, którymi posłużyłam się przy jej pisaniu. Czy to nie brzmi fascynująco? Każde dotychczasowe spotkanie nauczyło mnie bardzo wiele. Moi Prowadzący zaskoczyli wnikliwością, co przyjęłam z ogromną wdzięcznością.

A jutro Gdańsk. Zobaczymy się w Bookszpanie, w CH Metropolia. I wiecie kto poprowadzi spotkanie? Magdalena Witkiewicz! Do zobaczenia!

To było niezwykle energetyczne wydarzenie dla mnie. Czasami myślę sobie, że niewiele w życiu jest jeszcze w stanie mnie zaskoczyć. Przeżyłam już niejedno i niejednego doświadczyłam. I właśnie ta wyprawa, właśnie do Gdańska dowiodła, że jestem w błędzie. Nie wystarczy doświadczyć, trzeba z owego doznania wyciągnąć wnioski a najlepiej, jeśli będą one nauką. I nie mam tu na myśli doświadczeń tylko niepozytywnych. Wręcz przeciwnie, to, czego doświadczamy, nawet kiedy boli, niesie ładunek, który odpowiednio zinterpretowany przynieść może wiele korzyści. To jest pozytywne myślenie, którym należy się kierować. Taki właśnie mam zamiar. Co Wy na to? A więc od dziś, zaczynam widzieć świat nie tylko w jego naturalnych, nieco przykurzonych kolorach. Zamierzam je przetrzeć, nasycić się nimi i być przykładem,że można dostrzec coś dobrego w rzeczach, bądź czynnościach, które pozornie zdają się temu przeczyć. Trudne, ale nie niemożliwe. 

A na koniec Katowice.

Spotkanie poprowadziła Magda Zimna. I po pierwsze: Magdalena przygotowana była do spotkania wzorowo. Jej pytania zaskakiwały mnie głębią i szczerością. A ja szczerość ponad wszystko, to chyba już wiecie. Bardzo podobał mi się wytworzony klimat w naszej książkowej komórce pod schodami, co również było zasługą Magdy. Bo wiecie, że Ona jest momentami tak otwarta, że obezwładnia. Chłopcy siedzieli grzecznie, w pewnej chwili zagadałyśmy się do tego stopnia, ze przestałyśmy na nich zwracać uwagę. Do czasu, aż uświadomiłyśmy sobie, że szum, który nas otaczał, to był monotonny odgłos czytającego Kuby Damian, fantastyczny narzeczony, to okaz opiekuńczości i troski. Madzia, jestem spokojna o Ciebie. Z tym mężczyzną nie stanie Ci się krzywda. A w Empiku, bo potem wybrałyśmy się do Empiku, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście Andromeda na półkach leży( leży!!), to Damian wymieniła tytuły, które Madźka zamierzała kupić. Taki facet!Katowice widziałam dziesięć lat wcześniej, to dwa. Pojechałam tam zupełnie sama z dzieciakami, to trzy. Tylko raz, beznadziejna nawigacja kazała jechać pod prąd, ale przedstawiciel mundurowy pokręcił tylko głową i zatoczył palcami okrąg. Zrozumiałam natychmiast.  A do tego uśmiechał się czarująco. Hm, może to mój wrodzony urok powstrzymał go przed przygrzmoceniem mi mandatu?  Z pewnością. To cztery.Teraz pięć, kupiłam trzy książki. Ale nie zrobiłam jeszcze zdjęcia. Wrzucę je później. I dodam, że znalazłam w Tak Czytam swoje Za zakrętem. A podczas drogi do Katowic, nauczyłam się piosenki Sławomira na pamięć. Więc, śmiało możecie uznać, że wyleczyłam się z alergii na disco polo.... To już sześć.A siedem, skręciliśmy, wracając, do Będzina i choć wszystko było już zamknięte, zrobiliśmy sobie zdjęcia przy murach zamku. Pisałam, że byłam w tych rejonach dziesięć lat wcześniej. Julka miała sześć lat! A teraz... Ale ten czas leci. A więc bilans jest i tak na plus. I bardzo dziękuję Madzi za poprowadzenie spotkania. Swój pierwszy raz w tej roli zaliczyła celująco.

Doświadczyłam wielu wspaniałych chwil podczas tej podróży. Prowadzący moje spotkania okazali się bardzo intrygującymi i niezwykle interesującymi osobami. Bardzo serdecznie dziękuję za Wasz czas, rady i wskazówki. Jestem wdzięczna, że zechcieliście spędzić ze mną tak te ważne dla mnie chwile.

I to byłoby na tyle. Moje spotkania wiele mnie nauczyły a rozpiętość wrażeń, których dostarczyły jest tak szeroka, jak wachlarz. Bardzo dziękuję za każde zamienione ze mną słowo, okazaną sympatię i rozmowę. Dziękuję również za Wasze prezenty i ciepłe przyjęcie. Za to wszystko jest bardzo wdzięczna i to wszystko będę pamiętała. <3 



Konkurs z Andromedą w tle


Kochani,
doczekałam się w końcu premiery Andromedy. Mam nadzieję, że podzielaliście moje napięcie i, przynajmniej część z Was, również czekała na pojawienie się tej powieści na rynku. A żeby tradycji stało się zadość, nadszedł czas, że i ja ogłoszę konkurs. Do wygrania mam dla Was, co następuje:

- miejsce I Andromeda z dedykacją, kubek, torba i kilka zakładek.
- miejsce II zakładeczki i torba
- miejsce III zakładeczki i ołóweczki

Gra warta świeczki, co przyznać musicie.
Zaczynamy od dziś, czyli 27 maja 2018 roku a zabawę kończymy za tydzień, czyli 3 czerwca o tejże samej porze.
Udział może wziąć każdy, wyłonię tylko trzech szczęśliwców i tych nagrodzę.
Na dole znajdziecie formułkę związaną z nowo obowiązującymi nas zasadami ochrony danych osobowych RODO.
A teraz pytanie:

Młodość rządzi się swoimi prawami. Dopiero z wiekiem nabieramy o tym przekonania i na nasze życie, w tamtym okresie, patrzymy już z dystansem a nawet z przymrużeniem oka. Czy znacie takie przypadki, które wpłynęły na życie Waszych znajomych, bliskich, a może i Was samych? Czy gdyby cofnąć czas, życie miałoby okazję potoczyć się inaczej?

Nie oczekuję, że opowiecie mi o jakichś dramatycznych przeżyciach z przeszłości. To może być drobiazg, jakiś fragment młodzieńczej fascynacji.... Wasza inwencja i decyzja :-)

Życzę powodzenia i miłej zabawy,
Ania













POLITYKA PRYWATNOŚCI
§1
POSTANOWIENIA OGÓLNE
1        Administratorem Pana/Pani danych jest ŚWIAT RÓWNOLEGŁY FHU ANNA DWORAK-STĘPIEŃ. ul. POPRZECZNA  4, 05-124 GÓRA, e-mail: annakasiuk@vp.pl
2        Pana/Pani dane osobowe przetwarzane będą w celu realizacji umowy sprzedaży (realizacji zamówienia) lub do podjęcia na Pani/Pana żądanie działań poprzedzających zawarcie umowy sprzedaży oraz ewentualnego dochodzenia przez administratora praw wynikających z tej Umowy, na podstawie przepisu art. 6 ust. 1 lit. b RODO (w odniesieniu do Pani/Pana danych osobowych).
3        Odbiorcami tych danych będą firmy świadczące usługi kurierskie oraz pocztowe wykonujące na zlecenie Administratora usługi transportowe, niezbędne do wykonania umowy sprzedaży.
4        Pani/Pana dane osobowe będą  przechowywane 14 dni od momentu zakończenia realizacji umowy sprzedaży na podstawie art. 27–29 ustawy o prawach konsumenta.
5        Ma Pan/Pani prawo żądania od Administratora dostępu do danych, ich kopii, sprostowania, usunięcia (w przypadkach przewidzianych przepisami prawa) lub ograniczenia przetwarzania, prawo sprzeciwu, prawo do przenoszenia danych jak i prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
6        Podanie danych osobowych jest dobrowolne, przy czym ich  nie podanie wiąże się z konsekwencją niezawarcia umowy sprzedaży.
7        Administartor korzysta z usług platformy www.blogger.com firmy Google. Proszę więc o zapoznanie się z polityką prywatności tego serwisu. Oprócz tego na blogu znajduje się widgetu portalu Lubimy Czytać. (LINK:  https://konto.lubimyczytac.pl/polityka-prywatnosci)


§2
KONKURSY
1.      Administrator danych osobowych uczestników konkursu informuje, ze podanie danych osobowych jest niezbędne do udziału w konkursie oraz odebrania nagrody. Po zakończeniu konkursu i odebraniu nagrody przez zwycięzców dane zostaną niezwłocznie usunięte.
2.      W celu organizacji konkursu przetwarzane będą dane takie jak imię, nazwisko oraz adres e-mail, a w przypadku Zdobywców Nagród także adres do wysyłki i numer telefonu. (art. 23 ust. 1 pkt. 1 Ustawy o Ochronie Danych Osobowych, a od 25 maja 2018r. na podstawie art. 6 ust. 1 pkt. a) Rozporządzenia Parlementu Europejskiego i Rady w Sprawie Ochrony Danych)
3.      Dane te będą udostępniane firmom świadczącym usługi kurierskie oraz pocztowe wykonujące na zlecenie Administratora usługi transportowe, niezbędne do wysłania nagród dla zwycięzców.


§3
POSTANOWIENIA KOŃCOWE
W sprawach nieuregulowanych niniejszą umową mają zastosowanie przepisy kodeksu cywilnego oraz ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych.

Wiosna!!

Nareszcie.... W sumie nie mam nic przeciwko zimie. Cóż znaczyłoby moje narzekanie na niską temperaturę, na zalegający śnieg i konieczność skrobania szyb w samochodzie? Śniegu wiele tej zimy nie było, temperatura też nie dawała się we znaki, a szyby w samochodzie zawsze oczyścił mąż, zanim jeszcze zdążyłam wyjść z domu. Nie narzekam zatem. A jednak... Bardzo się cieszę, że w końcu przyszła wiosna. Uwielbiam tę porę roku! Chyba jeszcze bardziej niż jesień.
Wiosna kojarzy mi się z narodzinami czegoś pięknego, niepowtarzalnego. Uwielbiam ten świeży zapach wiatru, słabą, ledwo wyczuwalną woń lasu. Słońce świeci, ale tak nieśmiało, bojaźliwie. Jakby jeszcze wahało się... Może to za wcześnie? Może jeszcze poczekać? Każdego roku o tej porze świat budzi się z długiego snu, zupełnie, jakby zapomniał, że ta historia powtarza się rokrocznie! 
A z drugiej strony, choć wydaje mi się, że wszystko wygląda tak samo, z każdym rokiem jest inaczej. Patrzę na świat inaczej, zwracam uwagę na inne rzeczy, szukam wciąż nowych inspiracji i doznań. To niezbędne. I to nie tylko w moim życiu, wszyscy czekamy na tę chwilę odrodzenia.
Może dlatego z takim entuzjazmem oczekiwaliśmy dzisiejszego dnia. Pogoda dopisywała, nikogo nie trzeba było rano budzić, a wręcz przeciwnie. Kuba zaraz po śniadaniu nauczył się na poniedziałek i przestępował z nogi na nogę, bo w planach mieliśmy dziś wycieczkę rowerową. A moi chłopcy to zaprawieni rowerzyści! Pokonują z nami długie trasy, już od co najmniej dwóch lat i to nie są ścieżki rowerowe, zapewniam Was. A przy tym, wciąż mówią... Gdybym ja miała tyle do powiedzenia... Choć uzupełniamy się. Oni bez przerwy mówią, a ja decydowanie wolę słuchać. Wzorowe relacje!
Tak więc, chłopcy wybrali się do Kościoła a ja miałam chwilę na zamknięcie rozdziału. Kocham takie momenty. W końcu byliśmy gotowi... To była nasza pierwsza wyprawa od jesieni. Zrobiliśmy, co prawda, tylko dziesięć kilometrów, ale przez większość drogi jeździliśmy lasem. Moich trzech panów zaliczyło upadki, ale nikomu nic się nie stało. Były snapy, insta releacje i obowiązkowe zdjęcia. Wiecie co sprawia mi największą radość, podczas tych rowerowych wypadów? Różnimy się, każde z nas ma swoje widzimisię i patrzy na świat inaczej, a mimo to, nie obyło się bez westchnień zachwytu i obowiązkowych przystanków, bo tylko w niektórych miejscach ptaki śpiewały tak głośno i wyraźnie, a tych koncertów nie można było zignorować. Trzech moich mężczyzn, a każdy z nich potrafi zwrócić się w stronę natury i zachwycać jej urokiem. Wzruszam się za każdym razem, kiedy widzę ich w tych szczególnych chwilach. Nie ma wtedy znaczenia kto jest twardzielem, a kto na co dzień sprawia wrażenie małego tyrana( Wituś). W tych szczególnych chwilach, zachowujemy się bardzo podobnie. 
Po powrocie usłyszałam, że to dobrze, że mieszkamy na wsi. A nasze wycieczki są najfajniejsze na świecie :-) Warto było. Choć teraz nie czuję siedzenia a nogi mam jak z ołowiu, warto było. Nie będę narzekała, bo to ja uparłam się, że muszę mieć rower w pięknym turkusowych kolorze z wielkimi kołami, a te wszystkie udziwnienia w postaci przerzutek i innych są dla mięczaków... Nie narzekam!
A potem piekliśmy kiełbaski na grillu. Nawet Julia znalazła chwilę, żeby zejść i zjeść z nami ;-) Godnie powitaliśmy wiosnę. I będziemy się nią cieszyli tak długo, jak to możliwe, aż przyjdzie lato a wtedy to będzie już zupełnie inna historia, z innymi zapachami i pięknymi wschodami słońca.

Ferie, nowe znajomości i miłość do gór.


Ferie, ferie i po feriach, chciałoby się rzec. Ale to nie tak. Dwa tygodnie czasu wolnego, spędzonego z najbliższymi minęły, pozostawiając wiele wspomnień, dając wytchnienie i odpoczynek.
Znacie mnie, nie powinniście być zatem zdziwieni, że skupię się na wspomnieniach.

Tydzień naszych ferii spędziliśmy pod Zakopanem. Decyzja o wyjeździe zapadła spontanicznie i wydaje mi się, że takie wyjazdy są najlepsze. Nie ma wiele czasu na deliberowanie o ich słuszności. Z pewnością, gdybym wiedziała o wszystkich szczegółach związanych z tym wyjazdem, nie zdecydowałabym się. A tak, w niedzielę zarezerwowaliśmy miejsce, a do piątku musiałam zadbać, żebyśmy nie pojechali w jesiennych butkach :-)

Wspaniale było podziwiać zmieniający się za oknem krajobraz. Mazowsze żegnało nas plusową temperaturą i słońcem a południe przywitało śniegiem i nieznacznym minusem. Dodatkowym dreszczem dla mnie były łańcuchy, w które zaopatrzył nas zapobiegliwy mąż. I to on wciąż powtarzał- zwolnij, tu jest zima, tu jest ślisko. Ja zachłyśnięta widokami, cóż, nie bardzo pilnowałam prędkościomierza...

Potem było już Zakopane... Drewniane chaty ustawione blisko wąskiej ulicy, śnieg zalegający na chodnikach i to niepowtarzalne wrażenie, że w którymś momencie, to musiało być mgnienie, trafiliśmy do bajkowego świata. W końcu dojechaliśmy na miejsce.... I tu przeżyłam nowe zaskoczenie. Aby wjechać na podwórze domu, w którym mieliśmy się zatrzymać, trzeba było przejechać przez stodołę! Wąska dróżka pomiędzy zasypanymi śniegiem płotkami, potem zjazd drogą nachyloną niemal prostopadle i stodoła... Zachłysnęłam się tym klimatem. Spokojem i otulającą zewsząd ciszą. Choć niezupełnie, dwa psy naszej gospodyni szczekały na przemian, domagając się w ten sposób uwagi. Obrazek całkowitej sielanki. Bajkowy świat, w którym odnalazł się nawet, mój do bólu realnie patrzący na życie, mąż.
Zakopane nie różni się wiele od innych miasteczek. Jest deptak, są turyści, kwitnie więc handel. To zrozumiałe. Sama straciłam głowę pośród tych kolorowych straganików z pamiątkami i rękodziełem. Ale nie tego szukaliśmy.
Ogromną atrakcją stała się dla nas pokaźna górka za domem... Dawno nie bawiliśmy się tak doskonale. I nie mam na myśli dzieci... Mam na myśli nas, rodziców! Czułam się jak dziewczynka, zaopatrzona w różowe sanki, zapomniałam się i razem z dzieciakami cieszyłam swobodą i pięknem otaczającej nas natury. A było co podziwiać... Promienie słońca odbijały się w bialutkim śniegu, drewniane chaty zdobiły zbocza wzniesień, z ich kominów unosiły się równe, białe smugi dymu. I tylko psy szczekały. Czas zatrzymał się. Nikt nie narzekał, nikt się nie spieszył, nikt nie miał niczego do nauczenia, załatwienia a nawet nadrobienia. Liczyła się tylko ta chwila, która pozwalała zapomnieć o dorosłości i obowiązkach. Byliśmy wolni!!!

Oczywiście poza sankami cieszyliśmy się również innymi atrakcjami. Odwiedziliśmy Termy Chochołowskie i fantastyczne baseny na świeżym powietrzu, spacerowaliśmy Gubałówką we mgle, to tam rozgrzewała nas gorąca czekolada. Jeździliśmy na łyżwach....
A na zakończenie każdego dnia wracaliśmy do pachnącego świeżym drewnem domu, rozpalałyśmy z Ewą w kominku i rozmawialiśmy do późnych godzin.
Ten wyjazd, nasze ferie, już na zawsze zapiszą się w mojej pamięci i sercu. To był szczególny czas, wszystko co nas otaczało, choć nie stanowiło czegoś nowego, czego nie znalibyśmy, sprawiało radość, bo wiązało się z odpoczynkiem. A zwieńczeniem moich wspomnień niech będzie Aniela. Tak, to właśnie Aniela była gospodynią. To w jej domu zatrzymaliśmy się i cieszyliśmy wolnością i pyszną góralską kuchnią. Zupełnie jak w powieści Za zakrętem, Aniela służyła rozmową i obdarowywała nas swoim ciepłem. Nie pomyliłam się w jej ocenie. Ta kobieta opisana w powieści oddaje charakter Anieli, którą poznałam w rzeczywistości. Może dlatego, że tak właśnie wyobrażałam ją sobie? Może tego jej ciepła i otwartych ramion własnie potrzebowałam?
Najważniejsze, że gdzieś tam, w pięknym drewnianym domu jest ona, kochana, otwarta i czeka na naszą kolejną wizytę.

Spotkanie z Czytelnikami 2017

Tradycji musi stać się zadość. Oto krótka relacja ze spotkania, które zorganizowałyśmy z Agnieszką Lis.
Pomysł przyszedł nam do głowy nagle, ale podobno takie są właśnie najlepsze. I reguła, co nagle to po diable zdaje się tracić na wartości w tym przypadku. Miały odbyć się dwa spotkania, w krótkim, bo tygodniowym odstępie czasu, ale wtedy któraś z nas nie spotkałaby się z częścią z Was! A przecież o to chodziło, żeby mieć możliwość porozmawiania i świątecznego wyściskania naszych Czytelników. I tak oto wybrałyśmy najpierw Szynk Praski, jednak w międzyczasie, z przyczyn, o których już zapomniałam, musiałyśmy zmienić lokal. I tu z pomocą pospieszyła niezastąpiona Lidia Szarna! Wiecie, jak odbieram Lidzię? Jeśli za rogiem czai się jakiś potwór, który ma pokrzyżować plany, Lidia z pewnością znajdzie sposób, by pognać go precz. I tak stało się tym razem. Banjaluka, brzmiała wiadomość na messengerze, którą olśniła mnie. Dostałam jeszcze telefon, żebym szukać nie musiała i tak wczoraj, 9 grudnia o godzinie piętnastej z minutami, bo spóźniłam się, usłyszałam głosy dobiegające znad długiego stołu, ustawionego w zacisznym kącie restauracji.

Atmosferę podgrzewała wzajemna sympatia i przyjaźnie. Rozmów i śmiechu nie było końca. Przyznam szczerze, że momentami obawiałam się, że zostanie nam zwrócona uwaga, bo przemieszczaliśmy się po lokalu zupełnie swobodnie. Jednak goście okazali się bardzo życzliwi a kelnerzy wyrozumiali i gibcy, jak na wykonywaną profesję. Nie raz miałam nad głową tacę ze strzelającym gorącym posiłkiem a kelner omijał mnie tanecznym krokiem, bo własnie kucałam przy Ani Brengos i Julicie Strzebeckiej. A przy okazji, Julita pisze kolejną powieść a premiera wyczekiwanej przeze mnie Prażeńki Ani Brengos będzie miała miejsce już w kwietniu 2018 roku! Czekam, niecierpliwie czekam!!! Zażyczyliście sobie relacji, o co postarał się Aleksander. Jemu takie relacje wychodzą zdecydowanie lepiej niż mnie :-) Nie obyło się również bez podpisania kilku egzemplarzy książek, pamiątkowych zdjęć i prezentów....

Tych przywiozłam do domu całą masę. I siedziałam później w domu wzdychając i zachwycając się Waszą wyobraźnią i wspaniałomyślnością. Jestem naprawdę wdzięczna i wciąż zastanawiam się czymże zasłużyłam na tak okazaną sympatię...Ale tu z wyjaśnieniem pospieszył mój ośmioletni syn. Obydwaj siedzieli w moim pokoju i przyglądali się, jak odwijam pamiątki. Wituś w pewnej chwili westchnął i kiwając swoim blond łebkiem rzekł:
- Mamusiu, ty te prezenty dostałaś od swoich czytelników? Oni muszą cię naprawdę lubić...
 Za oprawę fotograficzną odpowiadała Moniczka Szydłowska, kobieta o niespożytej energii. Samo przebywanie w Jej towarzystwie powodowało nagły przyrost empatii i pozytywizmu. A zdjęcia? To możecie ocenić sami na fejsie. A Eleonora? Po raz kolejny udzieliła kilku bezcennych wskazówek. A propos.... Premiera Andromedy już zupełnie blisko, jeśli będziecie mieli wątpliwości co do wyboru imienia jednej z kluczowych bohaterek, mam nadzieję, że moje ogromna sympatia i podziw dla Eli wyjaśnią wszystko :-) Zabraknąć nie mogło tortu i odśpiewanego Sto lat dla naszej solenizantki. I wiecie co myślałam wtedy? Byłoby świetnie posłuchać niektórych z nas w wersji solo.... A w Banjaluce odbywają się wieczory karaoke.... Może to jakiś pomysł? Świat literacki i blogosfera skrywają wiele wciąż nieodkrytych talentów wokalnych, zapewniam Was!!! Aga Sonenberg i Aleksander chyba się nie obrażą...
Potem był spacer. Poszliśmy podziwiać Stare Miasto. Aleksander przewodził, opowiadał anegdoty i zdradzał warszawskie ciekawostki a my otuleni szalami i kapturami napawaliśmy się nastrojem i swoją bliskością. Okazało się, że wypicie butelki wina nie było złym pomysłem. Paweł, mam rację, prawda? Przynajmniej nie zmarzłam. Jednak o Julce nie mogę tego powiedzieć... Choć dziś ma się zupełnie dobrze, wczoraj po powrocie do domu jeszcze długo siedziała przy kominku złorzecząc na pogodę.
- Spacerów ci się zachciało... I to zimą...- Hm, młodzież...
Pożegnanie, choć konieczne nie należało do chwil przyjemnych. Wieczór, na który czekaliśmy tyle tygodni dobiegł końca. Choć twarze mieliśmy wciąż uśmiechnięte, w sercu zrobiło się jakoś tak smutniej. To był jeden z przyjemniejszych wieczorów a pomysł, żeby spotykać się z Wami częściej, kochani nasi Czytelnicy, wydaje się być naprawdę trafiony. Mam nadzieję, że podzielacie moje zdanie.

A wiecie co w takich spotkaniach jest najprzyjemniejsze? To mianowicie, że ich okruchy na zawsze pozostaną w naszych sercach. Waciki, od dziś będę kojarzyła z Agnieszką Sonenberg a białe wino z Pawłem i tak dalej.... Czasami, choć mieszkamy naprawdę blisko siebie, codzienność pozbawia nas możliwości spotykania się częściej. Ale zawsze możemy napisać do siebie list, zadzwonić. Dobrze, że Was mam. I bardzo za to dziękuję.

Nad tym teraz pracuję...



Pomyślałam, że mogę dzielić się z Wami fragmentami powieści, nad którymi aktualnie pracuję. Będę to robiła właściwie z dwóch powodów. Po pierwsze, mam nadzieję, że ten podsycany ogień ciekawości będzie się w Was tlił nieprzerwanie. A po drugie, liczę po cichutku na motywującą łapkę w górę.

Tym razem mam dla Was fragment Namiętności pachnącej terpentyną... To już moje ostatnie szlify... Ostatnie!


- Czy pani nowa powieść jest odzwierciedleniem pani tęsknot?
- Nie. Moja nowa powieść nie opowiada o mnie. Żadna z moich powieści nie opowiada mojej historii. One opierają się o moje przeżycia, ale nie opisują ich. Nie uważam, żeby moje życie było na tyle intrygujące, a już pewnością, by mogło fascynować, żeby umniejszać wartość tego, co się dostaje od losu na rzecz przeżywania czyjegoś życia. Jest to historia pisarki, której dotąd poukładane życie ulega zupełnemu przewartościowaniu.
- A co chce nam pani pokazać, oddając w nasze ręce właśnie taką historię? Bo zakładam, że będzie to historia inna niż wszystkie? Dotąd pisała pani powieści, powiedziałbym, przygnębiająco życiowe. Nie głaskała pani, nie oszukiwała. Czy teraz zaskoczy nas pani czymś innym?
- Sądzę, że tak. Tym razem przygotowuję historię, która jest jak wulkan emocji, doznań i optymizmu. Tym razem wyplątuję moich bohaterów z problemów, dodaję im empatii i  odwagi, popycham w ramiona życia.
Słuchałam swoich słów i powoli docierało do mnie, co robił Wiktor.
- Szanowni państwo- zaczęłam świadoma, że kilkanaście par oczu wpatruje się we mnie czekając na kolejną wskazówkę, drogowskaz, który wskaże im drogę.- Życie jest jak kielich, z którego każdy ma prawo czerpać tyle, na ile pozwala mu jego pragnienie. Jeśli czujecie państwo ogromną potrzebę życia, wasze łyki będą nacechowane zachłannością, chęcią poznawania. Jeśli nie macie odwagi, a dodatkowo doznawaliście przykrości, bólu i cierpienia, wasze kielichy będą wciąż pełne. Należy cieszyć się życiem, choć czasem nie jest nam do śmiechu. Ale mamy je tylko jedno! Nie warto pogrążać się w rozpaczy, oddawać się wspomnieniom i rezygnować z życia. Ono zostało nam dane, by cieszyć. Każdego dnia pomalutku powinniśmy pić je małymi łyczkami, bo może tylko takie są nam dane, albo zachłannie, czerpać głęboko i odważnie. To zależy już od państwa…

Westchnęłam głęboko, bo zrozumiałam, co chciałam przekazać zebranym w sali. Kiedy skończyłam mówić, wokół jeszcze przez chwilę panowała cisza. Jakby wszyscy potrzebowali chwili, by odnieść moje słowa do swojego życia. 





A może jakiś fragmencik Andromedy?


– Naprawdę nie wiem, co ta dziewczyna w sobie ma. – Podenerwowana Oliwia kręciła głową z dezaprobatą i dyszała ciężko, ponownie wkładając w usta lizaka. Zawsze miała ich spory zapas w plecaku. Powtarzała, że jest od nich uzależniona, dlatego dotąd nie sięgnęła jeszcze po inną używkę. Kiwała przy tym wymownie głową, krytykując w ten sposób Judytę i jej uległość wobec nałogu palenia papierosów.
– Daj spokój. Spotyka się z Szymonem, a skoro reaguje w ten sposób, to jej związek do najbardziej udanych raczej nie należy.
– Wydaje mi się, że on już dawno ją pogonił. Pamiętasz tą sprawę z narkotykami w ubiegłym semestrze?
– Nie. I nie chcę zaprzątać sobie tym głowy. Tak samo jak nie chcę, żeby ktokolwiek kojarzył mnie z Szymonem. Mamy tylko przeczytać i opracować lekturę. Oli, przynajmniej ty odpuść i nie doszukuj się drugiego dna w naszej dość jasno określonej relacji. Łączą nas Rozmowy z katem i koniec. Temat ciężki, ale gotowa jestem zrobić wszystko sama i udostępnić mu moją pracę, byleby tylko nikt nie tracił czasu na niepotrzebne rozmyślania. Jest przystojny, ale – jak mawia Tyler Joseph– nie należy ufać ludziom zbyt idealnym. A ja nie potrzebuję towarzystwa, mam przecież tatę, ciebie, Eleonorę… – Wyliczała na palcach. –, I to wystarczy. Na pewno nie zamierzam stać się dla kogokolwiek zagrożeniem.
Zwróciła się twarzą do przyjaciółki. Ta słuchała jej przez moment. Za chwilę jednak pobladła i uniosła spojrzenie nieco wyżej, ponad głowę Judyty.
– No nie. Tylko nie to… – Judi zacisnęła powieki i czekała.
– Ty i zagrożenie, Judyta?
Niski głos Szymona zadźwięczał w końcu tuż za nią.
– Owszem. Właśnie zostałam zaatakowana przez twoją różową landrynę. Dlatego byłabym wdzięczna, gdybyś wytłumaczył jej, że wspólna lektura to nie stosunek oralny i zamkniemy sprawę.
– Jesteś jakaś spięta, Judyto. – Szymon opuścił oczy i pospiesznie przeczesał palcami nieco za długie włosy. Czyżby się zawstydził?
Zaskoczona Judyta przechyliła głowę na bok. Co zatem robił z nią wieczorami? – zaśmiała się w duszy.
– Poza tym, ta różowa landryna nie jest moja i nie mam wpływu na to, co robi. Oto twoja książka. Byłem w bibliotece i wypożyczyłem dwie. Ile czasu potrzebujesz, by ją przeczytać? – Wyciągnął w jej stronę rękę i potrząsnął trzymaną książką.
Judyta przeniosła osłupiałe spojrzenie z niego na książkę, potem znowu na niego.
– We wtorek będę gotowa.
– Mamy miesiąc.
– Im szybciej przez to przejdziemy, tym lepiej. Nie mam czasu na zabawy.
– Jak wolisz. Możemy pominąć zabawę.
Judyta już otwierała usta, by odeprzeć atak tego przemądrzalca, kiedy spojrzała na Oliwię. Ta stała z pochyloną głową i obracała w ustach patyczek od lizaka. A miała przy tym niebywale rozanielony wyraz twarzy. Co się z tymi dziewczynami dzieje? – przemknęło Judycie przez myśl. – Czy one wszystkie powariowały?
Znowu spojrzała na Szymona w nadziei, że dozna jakiegoś nagłego olśnienia i odkryje to coś, co tak zawracało w głowach dziewczynom z jej klasy. On zaś stał przed nią, z dłonią wciąż wyciągniętą w jej stronę i wyglądał dobrze. I tyle, po prostu dobrze. Wyższy od niej o głowę, z burzą przydługich, kręcących się za uszami i wchodzących w oczy włosów w kolorze piasku, co przywodziło jej na myśl wokalistę The Doors, Jima Morrisona, którego uwielbiała. Nie dała się jednak zwieść pozornemu zauroczeniu włosami. Wyjęła z jego dłoni książkę i przesunęła opuszkami palców po szorstkich krawędziach jej kartek.
– We wtorek będę ją miała przeczytaną.
– W takim razie do wtorku. Omówimy wtedy szczegóły pracy nad nią.


 Namiętność pachnąca terpentyną.


- Zdążymy wrócić na czas?
- Sabina, zaufaj mi. Zdążymy wrócić. To zupełnie niedaleko.
Rzeczywiście nie oddaliliśmy się zbytnio. Wiktor zabrał mnie w przepiękne, malownicze rejony Beskidu Niskiego. Jak urzeczona wpatrywałam się w mijany krajobraz. Piękne doliny, łagodnie wznoszące się ku niewysokim górom, i skrywające u ich podnóży nieliczne skupiska wiosek, skradły moje serce. Stare cmentarze, zapomniane przez ludzi i czas, wymuszały na człowieku ciszę i szacunek. Powietrze tych przybytków, bo zatrzymaliśmy się na dwóch, spośród wielu, jakie widziałam, zdawało się pachnięć przeszłością. Poszczerbione kamienie, litery na postumentach wytarte przez czas przypominały o tym, co było nieuchronne. W tych szczególnych miejscach wydawało mi się, że nie słyszę szumu wiatru ani śpiewu ptaków. Otaczający nas szmer, był dla mnie jak szept wdzierającej się bezpośrednio do mózgu modlitwy. Czułam się tak, jakby dusze ludzi spoczywających na tych cmentarzach rozmawiały z nami, zaintrygowane obecnością obcych, zainteresowane naszym szacunkiem i ciszą, szeptały, dzieliły się swoimi historiami, tymi ich fragmentami, których nie zdołano za życia opowiedzieć.
Na Wiktorze ta wyprawa chyba również wywarła głębokie wrażenie. Właściwie nie rozmawialiśmy. Dotykaliśmy kamieni, przykucaliśmy z twarzami przysuniętymi blisko do kamiennych płyt z nadzieją na odczytanie, choć fragmentów wyrytych nań nazwisk. Od czasu do czasu słyszałam dźwięk pracującego aparatu. Kiedy odwracałam głowę, Wiktor bezgłośnie poruszał ustami wypowiadając słowa przeprosin.
W końcu dotarliśmy do celu. Wiktor wyjął z bagażnika swojego auta stolik i dwa krzesła a widząc mnie stojącą nieopodal i rozglądającą się dookoła, postawił je przy mnie. Od razu zasiadłam podekscytowana i wyjęłam swój komputer. Nie zastanawiałam się długo. Moje działania były, jak instynkt. Potrzebowałam w tamtej chwili tylko miejsca, żeby usiąść i zapisać to wszystko, co mi pokazał. Czułam, że muszę przelać moje myśli na papier bez względu na to, czy wykorzystam te wrażenia w tej, czy innej powieści. Po prostu musiałam zacząć pisać. Wsłuchana w otaczające mnie szmery leśnego gwaru, zapomniałam na moment o obecności Wiktora, nie zauważałam jego utkwionego we mnie spojrzenia, ciepłego uśmiechu ogrzewającego twarz i blasku w oczach, który towarzyszył mu podczas przygotowywania posiłku. A robił to wszystko na jednym z trzech wielkich, płaskich kamieni ułożonych pośrodku polany, na której zatrzymaliśmy się. Ja siedziałam w niewielkim oddaleniu od centralnego punktu, dokąd słońce docierało już zaledwie kilkoma drżącymi promieniami, przedzierając się przez gałęzie starych, bardzo wysokich drzew. Wiktor zaś siedział w słońcu i co jakiś czas unosił głowę znad kuchenki, którą zabrał ze sobą, rozglądając się dookoła i nasłuchując. To było chyba zawodowe przyzwyczajenie. Tak oceniłam jego ciągłe skupienie i powłóczące po najbliższej linii drzew spojrzenie. Ten szczegół zaobserwowałam zdecydowanie wcześniej i nawet postanowiłam zapytać go o to, ale jakoś dotąd nie znalazłam ku temu odpowiedniej chwili.
Zerknęłam za siebie, szukając go. Siedział na kamieniu z nogą podciągniętą pod siebie i podpierał głowę na ramieniu. Widząc, że szukam go, machnął mi ręką i wsunął w usta kawałek chrupiącej papryki. Uśmiechnęłam się. Nie potrafiłam ukryć ogromnej radości, jaką sprawił mi tą wyprawą, czym równocześnie zaskarbił sobie moją ogromną wdzięczność.
Wróciłam do pisania. Czas zwolnił, moje życie i jego rozterki znowu odsunęły się na dalszy plan, zapomniałam o Jakubie, jego młodych i silnych ramionach porywających mnie w swoje zachłanne objęcia, zapomniałam o otulającym wspomnieniu mojego męża, przyjemnym zapachu panującym w moim domu. Liczyła się ta chwila i słowa wypływające nieprzerwanie spod moich palców. Stałam się narzędziem, którego zadaniem było przekazanie czytelnikowi tego, co ten odległy a miejscami nawet zapomniany kawałek świata miał do pokazania. Stałam się kompatybilną z płynącymi myślami świadomością, która przetwarzała dostrzeżone obrazy i ubierała je w słowa, by dotrzeć do grona tych, którzy kiedyś zechcą te miejsca zobaczyć, cieszyć się nimi zupełnie jak ja właśnie czyniłam. To było dla mnie w tamtej chwili istotą, kwintesencją mnie.


Skończyłam. Podekscytowanie wirujące we mnie ulotniło się zastąpione poczuciem satysfakcji i spokoju. 

Przedświąteczna zabawa!

Czas minął. Konkurs zamykamy. A dwie zwyciężczynie to:
- Aneta Samulik
- Ewa Butkiewicz- Wągiel

Miłe Panie, obie wybrałyście Pensjonat pod Świerkiem. Poproszę jeszcze o podanie Waszego rozmiaru oraz adresów w prywatnej wiadomości. Wasze świąteczne historie bardzo mnie urzekły i obie zostaną przeze mnie wykorzystane w jednej z moich powieści. Oczywiście o tym dowiecie się później. :-)

A dla Basi, Moniki i Agnieszki Caban-Pusz mam drobne upominki. Sztuką jest opowiedzieć o swoich przeżyciach. Pamiętacie Szeherezadę i jej opowieści?
Poproszę również o Wasze adresy, moje miłe Panie.

A wszystkim Wam dziękuję za poświęconą uwagę i podzielenie się ze mną swoimi historiami <3




Trochę czasu minęło od ostatniego konkursu u mnie. Czas najwyższy zmienić to.
Mam taki oto pomysł.

Potrzebuję poznać Wasze najpiękniejsze wspomnienie związane ze Świętami Bożego Narodzenia. Mogą to być jakieś romantyczne wspomnienia, wyjątkowe chwile, albo takie, które przyniosły ze sobą gorzką naukę. Decyzję pozostawiam Wam.

Spośród Waszych pomysłów wybiorę dwa, które nagrodzę książkami. 
Do wybory będziecie mieli Za zakrętem i Pensjonat pod Świerkiem. 
Do książki dorzucę T-shirt z cytatem zaczerpniętym z sagi Łowiska. 
I na koniec, wykorzystam obydwa pomysły w którejś z kolejnych powieści.

To nagrody główne.
Kolejne dwie osoby, których historie poruszą mnie, otrzymają ode mnie drobiazgi w postaci zakładek i ołówków z logo Świata równoległego.
Konkurs potrwa do niedzieli 12 listopada, do północy. Zwycięzców wyłonię 13 listopada, bo to piękna data.


Poproszę o odpowiedzi tutaj, na blogu. To pozwoli nam uniknąć poszukiwań.
A teraz życzę miłej zabawy i czekam na Wasze pomysły!

Spotkania autorskie

Spotkania... Te autorskie organizowane przez biblioteki, czy też promujące pojawienie się na rynku nowej książki w księgarniach, albo, c...