Moje życie, nie moje decyzje

                                                 
 Opowiadanie 

Kochanie…Przechadzał się po niewielkim pokoju swojego mieszkania, które wynajmował w Centrum. Okolica wydawała mu się wystarczająco motywująca, by skupić się na pracy, którą często zabierał ze sobą do domu. A cóż miał robić? Magda, jego żona nie chciała przeprowadzić się do Warszawy. Ona była urodzoną artystką, do pracy potrzebowała ciszy i natury. On zaś, z chwilą kiedy odziedziczył pozycję i odpowiedzialność za rodzinną firmę opadła na jego ramiona niczym królewskie gronostaje, porzucił ciszę, spokój, ich wspólne spacery i przeniósł się do Warszawy. Tu wynajął niewielkie mieszkanie, umeblował je i natychmiast poczuł się jak w swoim wymarzonym świecie. Z tą chwilą zrozumiał, że do takiego świata należał.  Kochanie, powtórzył jeszcze raz, zacierając ręce i pochylając się pokornie do przodu. Miał wyrzuty sumienia, nie był przecież potworem, starał się jej wszystko wynagrodzić. Zarabiał bardzo dobrze, przelewał jej dwie trzecie swojej pensji, kupił terenówkę, żeby mogła przemierzać te swoje ukochane łąki, przestrzenie, które malowała. Różnili się jednak, co zrozumiał, kiedy przyszło mu spędzić pierwszy miesiąc z dala od domu. Ale to nie wpływało na fakt, że wciąż kochał swoją żonę, z całym tym roztargnieniem, które rozkosznie skrzyło w jej spojrzeniu i nadawało jej wydętym niewinnie ustom tak ponętnego wyglądu. Kochał ją i nigdy nie zamierzał porzucić, ale…. Cóż, odległość dzieląca ich, czyniła niemożliwym ciągłe pojawianie się w domu, a co za tym idzie spełnianie wszystkich małżeńskich obietnic, jakie sobie złożyli. Miał kochankę. Właściwie to nawet nie była kochanka, tylko koleżanka z firmy współpracującej z jego. Nic ich nie łączyło poza seksem. Ona, powtarzał to często patrząc w lustro, też mieszkała z dala od swojego chłopaka.
Opadł na rozłożyste łóżko, które wciąż pachniało jej gorącym ciałem. Kącik ust powędrował natychmiast do góry na wspomnienie ciała Ewy. Wciągnął powietrze ustami i podniósł się z łóżka przywołując się do porządku. Była Wigilia, a on musiał zadzwonić do żony i poinformować ją, że przyjedzie do domu dopiero następnego dnia. Zacisnął powieki i znowu zaczął przemierzać długość pokoju. Ściskał telefon. Jego spocone dłonie drżały, kiedy wybierał numer telefonu do Magdy.
- Kochanie? To ja…- Zatrzymał się i oparł czoło o chłodną taflę szyby. Przemieszczające się ulicami samochody wyglądały jak paralityczne owady, chaotycznie poruszające się wydrążonymi korytarzami zatłoczonych ulic. Była Wigilia, a Warszawa wciąż tętniła światłami przemieszczających się, w tę i z powrotem aut.
- Cześć Tomek.- Jej głos brzmiał sucho, przeczuwała z czym dzwonił.
- Jak twój obraz? Uchwyciłaś klimat, o jaki ci chodziło?- Zaczął i lekko uderzył głową w szybę. Brzmiał idiotycznie.
- Zaprosiłam moją siostrę z jej chłopakiem. Nie będę sama, jeśli o to chcesz zapytać. Oczywiście będzie mi przykro, że siedzę przy stole bez ciebie, ale nie to mnie złamie.
- Magdusiu, ja naprawdę muszę zostać. Tylko ten jeden dzisiejszy dzień. Jutro z samego rana przyjadę. To wszystko przez tę fuzję, pamiętasz? Mówiłem ci… Zaraz po Nowym Roku..
- Tak, mówiłeś. Rozumiem. Cały czas trzymam kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia. Ciężko pracowałeś na swój sukces.
- Kocham cię Magduś…
- Ja też cię kocham Tomek. – W telefonie zastukało coś i jej głos nagle wydał mu się tak bardzo odległy, smutny.
- Jeśli uda mi się, zbuduję nam na wsi piękny, ogromny dom, będziesz żyła jak królowa. Będziemy mieli dzieci, psa i dwa koty. Tak, jak chciałaś kochanie. Pamiętasz?
- Tak Tomek, pamiętam… Pamiętam też, że obydwoje tego chcieliśmy. A teraz jest inaczej a ty brzmisz… Cóż, jak ktoś, kto się tłumaczy. Kocham cię. Ale jeśli nie będzie cię obok mnie jutro, moja miłość może odejść w niepamięć. To są święta, dotąd spędzaliśmy je razem. Rozumiem, że masz fuzję. Nie podważam tego, co mówisz, ale nie jestem głupia, Tomku. Mija rok, zdążyłam już ochłonąć i trochę inaczej patrzę na nas. Pamiętaj o tym. Masz czas do jutra.
- Przyjadę. Muszę tylko zebrać wszystko do kupy i jutro jestem w domu, kochanie.
- Do jutra zatem. Albo nie przyjeżdżaj już więcej…- Rozłączyła się. Poczuł pustkę, ale za chwilę ulga wyparła to przykre uczucie bardzo skutecznie. Odrzucił telefon na łóżko, wypił resztę zimnej już kawy i pogwizdując włożył płaszcz, otulił się wełnianym kominem i wyszedł przed budynek apartamentowca.
- Kurwa…- Zaklął pod nosem, kiedy uświadomił sobie, że telefon i portfel zostały na łóżku. Zadarł głowę do góry i spojrzał na równą ścianę szklanego domu, w którym mieszkał.
- Co? Zapomniał pan dokumentów?- Usłyszał tuż obok siebie. Spojrzał w twarz niskiego, nieco szpetnego mężczyzny, mijającego go powolnym krokiem. Stary uśmiechał się, ale jego śmiech niewiele miał wspólnego z radością. To była raczej satysfakcja płynąca z czyjegoś potknięcia. Tomasz znał to uczucie, często odczuwał przyjemne mrowienie, kiedy jego kontrahenci potykali się o swoje przyduże, szykowne buty, wychodząc w pośpiechu z jego biura i umykając w ten sposób przed palącym smakiem porażki. Tomasz westchnął głośno, czując dumę rozpierającą jego pierś. Był zwycięzcą. Starzec wykrzywił usta i przytaknął kilkakrotnie, zupełnie, jakby dane mu było słyszeć myśli łechcące pęczniejące ego Tomasza.
- Niech się pan nie wraca. Nie warto, to i tak niczego nie zmieni.- Mrugnął porozumiewawczo i bujając się niezdarnie na boki poszedł w swoją stronę. Tomasz wzdrygnął się patrząc za starcem i zszedł do garażu. Właściwie telefon nie był mu do niczego potrzebny. Była Wigilia, więc i tak nie miał zamiaru dzwonić do nikogo. Wszystko, co miał omówić, dawno zrobił. Potrzebował zaledwie kilku godzin, by przygotować pozostałą dokumentację i mógł wracać do domu. Jego BMW sunęło leniwie Złotą, ciepło cicho sączące się do środka i jakaś spokojna kolęda wprawiały go w zupełnie przyjemny świąteczny nastrój. Zanim zorientował się, zaczął nucić melodię uderzając palcami o kierownicę.
Wtem jednak, dziwny, narastający dźwięk zagłuszył spokojne tony płynące z radia. Gwałtowne uderzenie chłodu spadło na niego, jak zimny strumień wody. Tomasz zaczerpnął głęboki oddech i prężąc się do tyły uderzał otwartymi dłońmi na oślep.
Rosnący w dalszym ciągu dźwięk, świszczał niemiłosiernie, drażniąc go i powodując dziwne uczucie kurczenia się powierzchni samochodu, w którym siedział. W końcu wszystko ucichło. Tomasz był jednak tak zmęczony, że nie miał nawet siły otworzyć oczu. Próbował, pod powiekami migały mu plamy jasnego światła i gasły. Jedynie dotykający go chłód nie opuszczał go nawet na chwilę. Próbował się podnieść, ale jego ciało bezwładnie spoczywało na czymś twardym, dodatkowo unieruchomione uciskającą obręczą otaczającą ciasno jego szyję.  I nagle zrobiło się zupełnie cicho a jego przepełnił absolutny spokój. Chłód ustąpił, świszczący wokół dźwięk ustał, a Tomasz odetchnął z ulgą i wsłuchany w równo brzmiące uderzenia swojego serca, spoczywał bez ruchu na miękkim posłaniu. Miał opuszczone powieki i analizował w skupieniu, czy podjąć próbę ich otwarcia. Nie wiedział bowiem, gdzie znajdował się, co się stało i w końcu, co zastanie, kiedy otworzy oczy. O ile w ogóle zdoła je otworzyć.
 - Czy pan śpi?- Usłyszał w końcu przerywający panującą wokół ciszę głos. Odniósł wrażenie, jakby już słyszał ten głos. Naturalnie poczułby się bezpieczny, jednak ten głos budził w nim raczej niezbyt przyjemne skojarzenia. Przełknął jedynie i wytężył słuch jeszcze bardziej, chcąc zidentyfikować dobiegający go dźwięk głosu.
- Hi, hi. Niezbyt ciekawa Wigilia zapowiada się, drogi panie. Zamiast dojechać tam, dokąd zmierzał pan, leży pan tutaj. Zastanawia się pan, dokąd trafił? Hę?- Tomasz zacisnął powieki, tym razem próbując przypomnieć sobie rzeczywiście, co mogło się wydarzyć. Jechał przecież do pracy…
- No tak… Ale miał pan wypadek. Pana samochód stoi już na parkingu i pewnie przyjdzie panu słono zapłacić za jego postój. Ale co to dla pana, nieprawdaż? Przecież jest pan właścicielem prężnie działającej firmy. I o ile nie mylę się, szykuje się jakaś fuzja? Kilkaset kolejnych osób straci pracę… Pamięta pan tego mężczyznę? No? Tego, który sprzątał w pańskim biurze. Chwileczkę, jak on się nazywał? Błażej Sierota. Czy on się tak nazywał? A może tak nazywali go pańscy pracownicy? Żeby mu dokuczyć.
- Kim pan jest?- Zdołał w końcu wydusić Tomasz. Miał spierzchnięte usta a gardło bolało go, kiedy silił się, by wycisnąć z siebie tych kilka słów.
- Kim jestem? Znam pana aż nadto dobrze. I niech tak pozostanie.
- Czego pan ode mnie oczekuje dręcząc mnie?
- Dręcząc? Pana? Dręczę… Pana… Podoba mi się.- Z oddali dobiegł Tomasza chichot i pocieranie jakiejś materii, co uznał za dotyk starczej skóry dłoni pocieranych jedna o drugą.- Zwolnił pan tego biedaka, bo został posądzony o kradzież pieniędzy.
- Skąd pan to wie?- Jęknął Tomasz.
- Tego Błażeja Sierotę też znam. A raczej znałem, bo kilka dni później popełnił samobójstwo. O, nie wiedział pan? Owszem, tak zrobił. Mieszkał ze starą, schorowaną matką a pozbawiając go pracy i wystawiając mu opinię złodzieja, uczynił go pan bezwartościowym na rynku pracy. Kiedy umierał, płakał z rozpaczy i żalu nad losem swojej matki.
- Kłamie pan…- Tomasz poczuł zimny pot spływający po jego czole. Przypomniał sobie Błażeja. Rzeczywiście zwolnił go dyscyplinarnie z powodu kradzieży pieniędzy.
- Nie, nie kłamię. Nie tym razem, przynajmniej. Nie muszę kłamać. Pan dostarcza mi wystarczająco dużo atrakcji. Błażej Sierota nie ukradł tych pieniędzy. Zrobiła to pańska sekretarka. Powinien był pan sprawdzić zapis kamer.  Ale nie znalazł pan na to czasu. A ona pozostaje bezkarna i wciąż kradnie. Nie zauważył pan w jej dokumentach medycznych wzmianki o jej skłonnościach? Ach! Pan wcale nie widział jej dokumentacji medycznej!- Ponowny chichot i tym razem lekkie skrzypienie pocierania, jakby kory drzewnej zmroziło plecy Tomasza.
- Czy może mi pan pomóc? Proszę wezwać pomoc. Ja muszę poinformować żonę o tym wypadku. Ona będzie na mnie czekała. Są święta…- W pokoju zapadła cisza. Tomasz uchylił niepewnie oczy, jednak ogarniająca go wokół ciemność opadła zasłoną na wszystko, co otaczało go.- Nic nie widzę…
- Bo jest pan w szoku. A może stracił pan wzrok? Nie wiem, nie jestem lekarzem.
- A czy może pan zadzwonić po lekarza?- Jęknął potulnie.
- Zapomniał pan telefonu, jak zamierza pan poinformować żonę o wypadku? Przecież nie zna pan nawet numeru telefonu do niej? Co innego z Ewą…. Gorąca z niej sztuka. Gdybym był nieco młodszy, sam poobracałbym jej płonące ciało. Powiem panu, tak między nami, że to bardzo otwarta dziewczyna. I towarzyska.- Chichot mężczyzny przeszedł w gardłowy pomruk.- Ale nie będę psuł panu wspomnień. Może one ogrzeją pana w nadchodzące, długie zimowe wieczory, bo chyba nie ma pan wątpliwości, co do tego, że pańska żona nie dotrzyma słowa? Ona doskonale zdaje sobie sprawę, że zdradza ją pan. Pojechał pan raz do domu w koszuli, na której gorąca Ewcia zostawiła swój zapach i dotyk. Ale z pana nierozważny mężczyzna. Doprawdy…
- Mam tego dość! Nie chcę już tego słuchać. Skąd pan wie to wszystko? Jest pan moim pracownikiem? To niemożliwe. Nie poznaję pańskiego głosu, choć wydaje mi się, że już gdzieś go słyszałem. Kim pan jest?
- Nie o mnie rozmawiamy, tylko o panu. Czy myśli pan, że pańska żona wybaczy mu kolejne wymówki? Czy wie pan o jej wystawie po Nowym Roku? Tak! Udało jej się! Będzie miała swoją wystawę! Tę samą, o której tyle panu opowiadała na początku roku. Potem przestał pan pytać, jej życie przestało pana ekscytować. Tak bardzo pochłonęło pana zdobywanie pieniędzy.
- Jest pan podły!- Warknął Tomasz zaciskając dłonie w pięści. Poczuł przypływ siły, a złość wstrząsała jego leżącym na łóżku ciałem.
- Ja? Podły? Doprawdy, z ust człowieka, który porzuca piękną, utalentowaną żonę na rzecz łatwej, gotowej zrobić wszystko, by się wybić dziewczynki, jaką jest Ewa, to żadna obelga. Ja nie zwolniłem niewinnego człowieka, dla którego praca w pańskiej firmie była jedyną radością w życiu, bo na nic innego nie miał odwagi się zdobyć. Poza tym, jeśli sądzi pan, że ta fuzja przyniesie panu grube miliony, jest pan po prostu w błędzie. Straci pan żonę, nigdy nie osiągnie szczytu, zawsze będzie pan w połowie drogi do wymarzonego sukcesu! A wie pan dlaczego tak będzie? Bo to jest typowe dla tak pustych w środku ludzi. Pan jest pozbawiony ludzkich uczuć i skończy pan, jak inni panu podobni!- Tomasz zacisnął na powrót powieki, jego nozdrza zaczęły falować rozwierając się zdecydowanie, kiedy nabierał powietrza w obolałe płuca. Z jego ust wyrwało się najpierw ciche, podobne do zranionego szczenięcia skomlenie, by za chwilę ten dźwięk nabrał mocy i brzmiał coraz bardziej donośnie. Gdzieś obok, w dalszym ciągu, słychać było skrzekliwe postękiwanie starca. Tomasz przypomniał sobie już gdzie słyszał ten głos! To był starzec pod jego apartamentowcem! Kiedy uświadomił sobie ten fakt, a jego absurdalność wydała mu się tak zaskakująca, że uwierzył w możliwość jej istnienia, jego krzyk przeszedł w gardłowe charczenie i pisk.
- Bardzo dobrze! Tak powinien pan zrobić już dawno! Proszę teraz otworzyć oczy, wsiąść do samochodu i pojechać do żony i naprawić to, co jeszcze można naprawić.
                W pokoju było ciemno, kiedy Tomasz wstał z łóżka, wyszedł do łazienki i wziął prysznic. Miał okropny sen i chciał pospiesznie zmyć go z siebie. Dochodziła piąta rano. Postanowił przygotować raport po świętach, w domu, gdzie czekała na niego Magda. Wyszedł ponownie do sypialni i odsuwając zasłony rzucił pospiesznie.

- Wstawaj Ewa. Idź do siebie. I usuń mój numer telefonu z komórki.- Poczekał, aż zaskoczona kobieta podniosła się z łóżka i w końcu zamknął za nią drzwi. Dopiero wtedy usiadł na krześle w kuchni i zapalił papierosa. Płuca piekły a w głowie wciąż brzmiał ten przerażający odgłos starczego, skrzeczącego głosu: Proszę naprawić to, co jeszcze można naprawić… Zapisał na kartce nazwisko Sierota i ściskając w dłoni klucze do swojego BMW wyszedł pospiesznie z domu. Już stojąc w windzie spojrzał na zegarek i uśmiechając się niepewnie pomyślał, że zdąży dojechać, kiedy Magda będzie jeszcze spała. Zrobi jej niespodziankę…

Na naukę nigdy nie jest za późno- Agnieszka Lingas-Łoniewska 4/11/16, Aleksander Rogoziński 10/11/16

Listopad, miesiąc zadumy i refleksji. W tym okresie zdecydowanie bardziej pochylamy się nad nurtującym odwiecznie tematem przemijania, śmierci i zastanawiamy się, co nas czeka tam, po drugiej stronie. To prawda.

Ja w tym miesiącu byłam na dwóch spotkaniach autorskich i pierwsze przemyślenia, jakie mnie naszły, dotyczyły sposobu, w jaki idziemy przez nasze życie. Zawsze powtarzam moim dzieciakom, jak bardzo istotne jest, by patrząc w lustro na koniec dnia, mieć powody do dumy. Jeśli nie zaś do dumy, bo to doprowadziłoby nas w końcu do próżności, to przynajmniej, by mieć powody do zadowolenia. Człowiek zadowolony, to człowiek szczęśliwy i spełniony, nieprawdaż?

Alek Rogoziński, od niedawna znany również, jako Alex, dzięki premierze How to kill you, darling, dał się poznać właśnie z tej strony. Człowiek pogodny, tak pozytywny, że wszystko, co mnie nęka, w jego otoczeniu zdaje się chować gdzieś tam w cieniu optymizmu tego autora. Na spotkaniu Alka ubawiłam się przednio. Już zanim zaczął opowiadać, udało nam się zamienić kilka słów, dla mnie bezcennych. W trakcie zaś spotkania, atmosfera zdawała się być coraz cieplejsza. Alek ma niesamowitą zdolność do podgrzewania nastroju swoimi opowieściami, historiami z życia wziętymi a przede wszystkim jedna bezwzględnie sympatię dzięki dystansowi, z jakim podchodzi do siebie i swojej pracy. Będąc pod wrażeniem spotkania w Legionowie zabrałam się za czytanie How to kill you, darling w oryginale… Wrażeniami podzielę się, a jakże.

Co jeszcze jest ważne, poza otwartością, optymizmem i poczuciem humoru?
Empatia. A tego ogromną dawkę otrzymałam będąc na spotkaniu z Agnieszką Lingas-Łoniewską. Oczywiście spóźniona, czego naprawdę nie znoszę, wpadłam do biblioteki, co nie pozostało niezauważone. Od razu jednak wtopiłam się w ciepłą, przyjemną i niesamowicie przyjazną atmosferę tego spotkania. Agnieszka, niczym wirtuoz nie tylko opowiada o skrajnych uczuciach w swych powieściach, ona wydobywa wspomnienie tych uczuć, które drzemie gdzieś na dnie naszych serc. Czy to nie jest istotne? Pamiętacie Małego Księcia? Pamiętacie historie o wężu, który zjadł słonia i trawił go przez wiele miesięcy. Jak wielu z nas patrząc na ten rysunek ujrzałoby słonia w brzuchu węża? Rozumiecie, co mam na myśli?


Autor jest jak drogowskaz, jego książka zaś to mapa. Pamiętajmy zatem, sztuką jest stanąć wieczorem przed lustrem i z nadzieją patrzeć w naszą przyszłość.

Pożegnanie


Opowiadanie
W tej chwili pamiętam już tak niewiele. Kiedy przyszłam na świat, błądziłeś po omacku, dopiero ucząc się być wzorem. Czynności, których nigdy nie musiałeś wykonywać, stały się chlebem powszednim, co nierzadko potrafiło przerosnąć. Ale tego nie pamiętam. Nie mam prawa tego pamiętać, bo moja świadomość tamtego okresu zniknęła, jak za dotknięciem anielskiego palca odciśniętego nad górną wargą. Pamiętam jednak samochody! Zawsze obecne w moim życiu. Kupowałeś mnie i mojej siostrze samochodziki, tak bardzo chciałeś mieć syna. Zamiast bawić się lalkami, jeździłyśmy resorakami po kałużach wydając przy tym dźwięki, których nie powstydziłby się niejeden chłopiec. Pamiętam też Twoich kolegów. Czasem wciąż zdarza mi się spotkać któregoś z nich, kiedy jestem na zakupach. Widzimy wtedy Ciebie i dlatego nagły entuzjazm szybko spływa po nas, w rezultacie czego mijamy się udając, że w ogóle się nie znamy. Na szczęście widuję ich coraz rzadziej a ich twarze z każdym rokiem stają się coraz bardziej delikatne, wiotkie. Może ta świadomość nakazuje nam schodzić sobie z drogi?

W tej chwili naprawdę pamiętam już tak niewiele. Kilka drobiazgów. Na przykład ten, że nic nie stanowiło dla Ciebie problemu. Brałeś od życia, to, co dawało. Nie bałeś się wyzwań ani ciężkiej pracy, często przygnębiająca codzienność znaczyła Twoją twarz zmęczeniem, zdarzało się, że wracałeś do domu, kiedy już spałyśmy. Pamiętam jednak, że miałeś ciepły głos, którego brzmienie, samo w sobie pozwalało mi czuć się bezpieczną. Siadałeś z mamą i rozmawialiście… Długo. O sprawach, których wtedy nie rozumiałam. Wiedziałam jednak, że mogę na Ciebie liczyć, w każdej sytuacji byłeś gotów stanąć w mojej obronie bez względu na konsekwencje. Byłeś moją tarczą, osłaniałeś przed okrucieństwem tego świata, pokazywałeś, co to znaczy kochać wbrew innym. Nauczyłeś mnie, jak sobie poradzić w trudnych sytuacjach, bym nie musiała wyciągać ręki po pomoc. Nauczyłeś mnie być kobietą silną i dumną, ale nigdy nie wstydziłeś się łez, gdy cierpienie innych przerastało Cię. Stawałeś się wtedy dla mnie jeszcze ważniejszy. Chciałam się Tobą opiekować, ochronić Cię przed bólem. Pamiętam, kiedy umarł Twój tato i Twoja mama. Pamiętam, co wtedy powiedziałeś. Byłam przy Tobie i nie płakałam. Wtedy to ja musiałam być silniejsza, tego ode mnie oczekiwałeś.

Teraz pamiętam już bardzo niewiele. Czas okradł mnie ze wspomnienia Twojego mocnego głosu, dotyku Twoich dużych i ciepłych dłoni, których szukałam przez wiele lat ściskając dłonie innych mężczyzn. Wiesz, że żadna z nich nie przypominała Twojej? Szorstkiej i silnej, gotowej osłonić mnie przed błędami, dźwigającej, kiedy upadałam pod ciężarem dorosłości. Nie pamiętam już Twojego zapachu, choć w domu wciąż stoją Twoje perfumy. Ich zapach uleciał jednak, zupełnie jak Twoje życie tamtego popołudnia.
Przez wszystkie lata naszego wspólnego życia, stałeś się moim wzorem. Byłeś silny, odpowiedzialny, oddany swojej rodzinie. Byłeś niezniszczalny… Póki byłeś obok, mogłam czuć się bezpieczna, beztroska… I tak miało być zawsze, obiecywałeś. Chciałeś mieć syna, dałam Ci dwóch wnuków, są do Ciebie bardzo podobni i choć nie mogą Cię pamiętać, jestem pewna, że poznaliby Cię w tłumie. Wiedzą jaki byłeś, kim byłeś dla mnie. Wiedzą o Tobie wszystko to, co ja wiedziałam.
Jednak odszedłeś.  Bez zaszczytów, po cichu i w samotności. Byłam wtedy przy Tobie, kiedy szeroko otwartymi oczami wpatrywałeś się ponad moją twarzą w boskie oblicze. Prosiłam, błagałam, ale tym razem nie słuchałeś mnie. Wybrałeś się w tę drogę sam, zupełnie sam. Zostawiając nas trzy nagie, bezbronne w objęciach świata, który nagle zwrócił swoje oblicze w naszą stronę. Ale nie bałam się, bo nauczyłeś mnie, jak pewnie, z odwagą kroczyć jego ścieżkami. Teraz, kiedy Ciebie już nie ma, ja stałam się dla moich dzieci taką ostoją, jaką Ty byłeś dla mnie. Dbam o ich dobro i gotowa jestem poświęcić wszystko, co mam, by zapewnić im bezpieczeństwo i szczęście. Chronię, jak Ty chroniłeś, uczę, jak Ty uczyłeś i kocham. Bezgranicznie.
A Ty odpoczywaj. Mój kochany, niezniszczalny Tato. Buduj tam wysoko dom z wielkim ogrodem, by pomieścił nas wszystkich, bo z pewnością się kiedyś spotkamy. Zasiądziemy wtedy przy ogromnym stole, pod rozłożystymi parasolami jabłoni i w cieniu modrzewi, w Twoim ogrodzie i będziemy opowiadali sobie historie, które pisał czas, podczas naszej rozłąki. Przypomnę sobie wtedy dotyk Twoich ciepłych dłoni, zapach i kojący głos, którego w dalszym ciągu bezskutecznie szukam. Do zobaczenia.
                                                                          Pamięci mojego Taty  31 października 2009 roku


Co nowego?

27 Festiwal Mozartowski w Warszawie
30,06,17
Nigdy nie ukrywałam, że jestem zwolenniczką muzyki o ciężkim brzmieniu. Uwielbiam zdecydowane dźwięki, ciężkie uderzenia basu, harmonijnie brzmiącą gitarę elektryczną i rytmiczną perkusję. Bez względu na to, w jakim jestem nastroju, to muzyka dźwiga mnie, bądź uspokaja.
A 30 czerwca dostałam prezent imieninowy. Co prawda trochę wcześniej, ale nie to jest istotne. Moja córka obdarowała mnie biletem na koncert Mozarta Requiem D-Moll. Z muzyką poważną również mam styczność, to do niej piszę między innymi. Jest nastrojowa i bardzo klimatyczna.  I pojechałyśmy. We dwie. Piękne, wystrojone i nastrojone. Świadomość, że taki koncert różni się od tych, w których dotychczas uczestniczyłyśmy, towarzyszyła nam od początku.
I to była połowa sukcesu! Panująca w Kościele atmosfera podgrzewała nastrój oczekiwania, przyciszone rozmowy ludzi, którzy, nawet mówiąc o muzyce poważnej, brzmieli jakoś tak inaczej, z czułością, jakby w ich sercach te dźwięki rozbrzmiewały bez przerwy, przysparzały nam tego specyficznego dreszczyku. Nagle poczułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie, jakby krynoliny, sztywne i szeleszczące suknie były czymś zupełnie naturalnym!
Najpierw swoje miejsca zajęła orkiestra... Nastała cisza i tylko pojedyncze dźwięki poszczególnych par instrumentów rozbrzmiewały coraz głośniej, jednej skrzypaczce pękła struna, co było dla nas czymś niebywałym! Wszystkie oczy zwróciły się w stronę tej kobiety, ale nikt nie okazywał zniecierpliwienia, znudzenia. Wszyscy wpatrywali się w jej uśmiechnięte oblicze i oczekiwali aż instrument będzie sprawny. Następnie przed ołtarzem pojawił się chór. Kamienne twarze wpatrzone ponad słuchaczami, gładko zaczesane chórzystki, wszystkie w czarnych kreacjach z ustami podkreślonymi czerwonymi pomadkami wyglądały po prostu bajecznie, ich łabędzie szyje wyciągnięte wysoko i oczy wpatrzone w dyrygenta. Cóż to za persona! Około 60 osób wpatrzonych w tę jedną osobę, która za pomocą gestów i energicznych potrząśnięć batutą wskazywała kierunek i natężenie ich podążania. Niebywałe! Jedna osoba, wprawiła w życie tyle gardeł, tchnęła moc w tak wiele instrumentów a w końcu wywołała takie emocje u nas- słuchaczy.


I było cudownie! Było nieziemsko, bajecznie. Pasja to jest najwspanialszy dar, jakim człowiek może zostać obdarowany. Z przyjemnością podziwiałam emocje malujące się na twarzach chórzystów, skupienie wyryte w spojrzeniach instrumentalistów. I na chwilę zapomniałam o całym świecie, pozwoliłam się porwać muzyce, unieść ponad moje krzesełko i wznosić się. Przez 50 minut byłam w innym świecie...
Mam wspaniałą córkę. Nie zapomnę takiego prezentu.


__________________________________________
30,06,17
Słów kilka o początkach...
Słowo pisane towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Odpowiedzialność za ten fakt ponosi mój tato. Zaszczepił we mnie najpierw zamiłowanie do czytania, to dzięki niemu poznałam wszystkie historie Winetou i powieści Jacka Londona. Czytałam nawet komiksy o Hansie Klossie i inne, równie dziewczęce pozycje. Ale nikomu to nie przeszkadzało. Mnie ani mojemu tacie na pewno.


Z KSIĄŻKĄ NA WAGARY
POETYCKA DUSZA
Już jako licealistkę pchnęło mnie w kierunku poezji. Wygrałam nawet jeden z konkursów organizowanych przez moją szkołę. Pisałam wiersze, notowałam swoje myśli na każdym dostępnym fragmencie papieru. Część z nich ginęła, część wyrzucano. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Kiedy jednak w klasie maturalnej poczułam „to coś”, nie potrafiłam skupić się na niczym innym. Nocami uczyłam się do matury, a w ciągu dnia pisałam moje pierwsze historie. A pisałam je na maszynie. Możecie sobie wyobrazić wyrozumiałość moich bliskich, kiedy zapamiętale waliłam w klawisze maszyny do pisania, znieczulona na ten przeraźliwy dźwięk?  I te kartki leżą, jak relikwie w piwnicy mojej mamy. Nikt ich nie zniszczył.
Raz tylko oberwałam niezłą burę od taty. Na moje pierwsze wagary, proszę wyobraźcie sobie, wybrałam się do biblioteki. Wypożyczyłam sobie dwie książki, tytułów już nie pamiętam, i wróciłam z nimi do domu… Nie przewidziałam niestety, że zastanę tam tatę i dostanę po uszach za przyjście z książką do domu, będąc na wagarach!
Z czasem zaczęłam poszerzać swój horyzont o moje własne wybory. Zawsze ciągnęło mnie w kierunku pozycji z dreszczykiem, więc wszystkie horrory i thrillery chłonęłam do poduszki. Jednak samo czytanie również przestało mi wystarczać, czułam niedosyt, dlatego zaczęłam notować myśli, które w czytanej pozycji zwróciły moją uwagę.
Od tamtej pory upłynęło już trochę czasu, a ja wciąż z sentymentem wspominam momenty, kiedy kształtująca się we mnie pasja rosła w siłę. Teraz nie notuję niczego na kartkach, serwetkach ani rękach. Mam kilka zeszytów, które towarzyszą mi zawsze. To w nich zapisuję swoje pomysły, rozpisuję fabułę i tworzę moich bohaterów, ich upodobania, charakter.
PISARSKA OTOCZKA
Udało mi się w końcu stworzyć miejsce, gdzie panuje odpowiedni klimat, gdzie wystarczy, że usiądę, a nastrój przychodzi sam. Piszę z reguły wieczorami i nocą, kiedy moje dzieciaki już śpią. Nie muszę wtedy odrywać się od mojego drugiego, równoległego świata. Wystarczy mi komputer, kubek z herbatą i muzyka. Ta stanowi bowiem nierozerwalne tło do opisywanych historii. Towarzyszy mi widok drzew za oknem, bo przyroda i nasza współzależność odgrywają ogromne znaczenie w moich powieściach. Kiedy wyjeżdżam, komputer jest zawsze ze mną i nie potrzebuję całej tej otoczki, by poczuć towarzyszący mojej pasji dreszczyk. To jest już fragment mnie, moja codzienność, z której nie potrafię zrezygnować.
ŻYCIOWE ZAKRĘTY
Ale nie zawsze tak było. Od czasów liceum, kiedy stworzyłam swoje pierwsze opowiadania upłynęło sporo czasu. Odsunęłam moje zamiłowanie od siebie. Życie bywa bardzo kapryśne, ale o tym wiemy. Dopiero w 2013 roku, kiedy jego zakręty zaczęły mi doskwierać nieco bardziej, usiadłam, wzięłam w rękę długopis i wróciłam do mojego starego zajęcia. Jednego wieczoru zapomniałam o wszystkim. Pisałam to, co mi przyszło do głowy. Kolejnego dnia narodził się pomysł na książkę. Sięgnęłam po komputer i zaczęłam pisać. Wtedy życie przestało straszyć, a ja znowu mogłam być oparciem dla moich bliskich. I tak już pozostało.
I myślę sobie, że wszystko w naszym życiu ma swoją wartość i znaczenie. Każdy upadek wiąże się z koniecznością podźwignięcia się, szukanie odpowiedzi zaowocować może znalezieniem czegoś więcej. Ja znalazłam. Słowo pisane towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Ale teraz, poza czytaniem tworzę to, co czytają inni.
__________________________________________

Wielkanoc 2017
 dom pachnący świętami
Święta Wielkanocne w moim rodzinnym domu budzą we mnie bardzo dobre wspomnienia. Kiedy żyły jeszcze moje babcie, zawsze przyjeżdżały do domu moich rodziców, a to była dla mnie i mojej siostry oznaka nadchodzących wyjątkowo rodzinnych chwil. Nasz dom zaczynał wtedy pachnieć piernikiem, ciastami i potrawami, serwowanymi w dwóch rejonach Polski, na południu i w centrum. Mój tato pochodził z Przemyśla, więc babcia kleiła pierogi ruskie a my z siostrą, jako małe dziewczynki oczywiście podjadałyśmy jej farsz. Nigdy tego nie zapomnę. Babcia miała takie delikatne dłonie. Natomiast mama mojej mamy była specjalistką od pierogów z serem i zawijała ich krawędzie w misterne warkoczyki. A robiła to z niemal artystyczną misternością. Do tej pory, ani moja mama ani tym bardziej my dwie, nie pojęłyśmy tej sztuki. Mój tato natomiast był odpowiedzialny za sprzątanie domu. A był bardzo dokładnym człowiekiem, więc dom po prostu lśnił.
Oczywiście dla nas, jako małych dzieci, Święta Wielkiej Nocy zaczynały się już w momencie pojawienia się babć i pierwszych kulinarnych wonności rozpierzchających się po domu. Trzy przedstawicielki rodów spędzały w kuchni ogrom swojego czasu, dlatego bywało, że w Wielki Czwartek i Piątek do Kościoła chodziłyśmy tylko z rodzicami, podczas gdy babcie odpoczywały. To piękne wspomnienie… Nastrój świąt, aromat i gwar gości, którzy odwiedzali nas wciąż brzmią w moim sercu.
Teraz jestem już mamą. Bardzo poważnie podeszłam do zachowania tradycji w moim domu. Ale nie wyglądają one już tak uroczyście i doniośle, jak kiedyś. Nie stoję w kuchni przez kilka wieczorów i nocy, by przygotować posiłki, bo nie pozwala mi na to czas. Pisanki malują moi chłopcy, mięsa piękną się wieczorami a dom sprzątamy z mężem na spółkę. Ja postawiłam raczej na atmosferę i czas, który mogę spędzić z moimi bliskimi.
Święconka jest naszym rytuałem. Niesiemy do Kościoła dwa koszyczki a potem objeżdżamy okoliczne świątynie, by pomodlić się przy grobach Jezusa. Wspomnienia grzeją moje serce, a tradycja którą wzbogaciłam odwiedzaniem Kościołów bardzo przypadła moim dzieciakom do gustu. W pierwszy dzień świąt, przed śniadaniem, spotykamy się z moją mamą i siostrą na cmentarzu, by spędzić chwilę z tatą. To wyjątkowe chwile, kiedy czas przystaje, a my możemy w końcu powspominać i cieszyć się swoją bliskością nawet, jeśli większa część nas już odeszła.
__________________________________________

Nowy Rok 2017
I mamy 2017 rok. Pośród otaczającego nas huku fajerwerków, których zmasowana ilość oznaczać miała chyba jakość a może nawet rozmiar szczęścia, przekroczyliśmy próg Nowego Roku. Samochodu na TVN nie wygrałam, ku rozczarowaniu mojego starszego syna, koty ze strachu przebiegały między nogami a Wituś z poduszką na głowie, przykryty kołdrą po same uszy modlił się, by w końcu zapanowała cisza. I wymodlił ją sobie.
Zadzwoniłam do mamy z życzeniami, bo taki zwyczaj panuje w tej rodzinie odkąd pamiętam i usiadłam na kanapie. Poza zbliżającymi się urodzinami, niewiele się zmieniło. Zobowiązania pozostają takie same, marzenia na szczęście też. Przeanalizowałam je pobieżnie i moje serce niezmiennie wyrywa się na myśl o upragnionym kącie, gdzieś w mazurskim lesie, z dala od hałasu, tego co trzeba, co powinno się robić a zdecydowanie od tego, co wypada…
I przyszło mi do głowy, że człowiek to jednak wyjątkowo skomplikowane stworzenie. Pośród rozgrywających się tragedii, podłości, na myśl, o których aż skóra na karku cierpnie, potrafimy się cieszyć czymś, co w gruncie rzeczy niewiele zmienia w naszym życiu. Może to nadzieja zagrzewa nas do stanięcia naprzeciw temu, co nadchodzi? My ludzie potrzebujemy nadziei, choć najmniejszej, nawet tej gasnącej. Potrafimy uczepić się jej wątłej iskry i przeć do przodu. I jakoś tak, z chwilą, kiedy zegar wskazuje północ tej jednej, jedynej nocy w roku, zapominamy o tym, co złe, by napełnić serca wiarą, że nowy rok przyniesie poprawę, wyczyści kartotekę złych wspomnień, uleczy, uwolni…
A może to nasza naiwność? Może jesteśmy tak bardzo krótkowzroczni, że tylko wydaje nam się, że co złe jest już za nami? Nowe, znaczy narodziny, a one niosą ze sobą życie, coś pięknego, dobrego i czystego.  Może to nasza naiwność przesłania nam oczy, stanowi o wymazaniu tego, co stare i zużyte? Sami ukręcamy łeb hydrze ubiegłorocznych zmór. Co samo w sobie również stanowić może siłę napędową. Bo któż nie chciałby mieć wyczyszczonej teczki swoich przewinień, kto nie marzy o cofnięciu czasu, by wymazać raz na zawsze słowa, które nigdy nie powinny paść, czy kroków, które okazały się zawieść nas w ślepą uliczkę?
Bądź co bądź, wierzę w magię noworocznej radości, naiwność, nadzieję, czy też nie wierzę, kolejny rok mam za sobą. To był piękny rok. Ciężki, wiele łez wylałam nad niesprawiedliwościami, które mnie dotknęły, wielokrotnie moja cierpliwość została wystawiona na próbę. Czasem padło zbyt wiele gorzkich słów, czasem zapomniałam, że nie wypada. Ale zdarzało mi się zrobić więcej niż powinnam, bo tak po prostu trzeba. Kilka osób odeszło z mojego życia z własnej woli, niektórzy wbrew niej. Poznałam wspaniałe osobowości i stałam się dzięki temu bogatsza. Wiele rzeczy zrozumiałam, z wieloma pogodziłam się. W finalnym rozrachunku jestem do przodu.
Ale jedno pozostało we mnie niezmienne- pasja. Na jej rozmiar chyba nikt i nic nie jest w stanie już wpłynąć. Ona tyka. Jak ten zegar, który przybliża nas do kolejnego noworocznego świętowania.

Kości zostały rzucone. Szczęśliwego Nowego Roku.
_______________________________________________
19 października 2016

Czasem w naszym życiu pojawiają się ludzie, których obecności nie spodziewalibyśmy się. Pojawiają się i czujemy się w ich towarzystwie tak, jakbyśmy znali się od lat. Otwierają się przed nami i nawet nie będąc świadomymi tego co czynią, pozwalają nam otworzyć się przed nimi, spojrzeć na to, czym jest relacja między ludźmi z innej perspektywy. Nie należy pakować wszystkich do jednego worka, nie należy oceniać jedną miarą i  przekreślać tego, co mają do zaoferowania. Czasem zwykła filiżanka herbaty wypita w tak przyjemnym towarzystwie, zjedzone ciastko, którego jeść się nie powinno, stają się ucztą dla ciała, podczas gdy dusza delektuje się satysfakcją, jaką daje rozmowa. Banalna, nawet nieskomplikowana. Niesamowite, ile przyjemności, korzyści i satysfakcji daje obcowanie z człowiekiem. 
Muszę podkreślić, co stanowi moje motto- w naszym życiu nic nie dzieje się bez powodu, ludzie, którzy stają na naszej drodze, nie trafiają tam bez przyczyny. Wszystko ma swój cel i znaczenie a do nas należy, czy w czasie, jaki został nam dany, nauczymy się dostrzegać ukryte w otaczających nas zdarzeniach, nawiązywanych znajomościach przesłanie. Jeśli tak, to nasze życie okaże się sukcesem. Wykorzystamy w pełni to, co zostało nam ofiarowane. Jeśli zaś nie, trudno, mamy w końcu tyle, po ile zdecydujemy się wyciągnąć rękę.
To był wspaniały dzień. Upłynął nam na rozmowie, dyskusjach, ploteczkach. Był czas na rozmowę o książkach, dzieciach, życiu. I tego było mi trzeba. I za to dziękuję.




sesja zdjęciowa z Łowiskami w tle

Łowiska, oczami Magdaleny Bieńkowskiej, czyli sesja zdjęciowa z Łowiskami w tle ;-)











Na naukę nigdy nie jest za późno- Anna Kasiuk


No i odbyło się! Moje pierwsze spotkanie autorskie. A miało to miejsce 22 września 2016 roku. Pierwszy wniosek, jaki nasunął mi się w chwili, kiedy data ta zbliżać się zaczęła coraz większymi, nieuchronnymi krokami brzmiał- łatwiej zdecydowanie pójść na spotkanie autorskie, podziwiać, zachwycać się, czy po prostu słuchać. Zdecydowanie inaczej mają się sprawy, kiedy owym autorem, nagle stajesz się ty! Ta świadomość, że będę stała po jednej stronie stolika a reszta świata po drugiej, ze wzrokiem utkwionym we mnie, z uszami otwartymi na to, co mówię przerażała mnie. I choć żadne z pytań nie było zaskoczeniem, dotyczyły bowiem mnie i mojego zajęcia, ten dysonans trwał do chwili, kiedy owe miejsce za stolikiem zajęłam. I wtedy też narodził się w mojej głowie kolejny wniosek- zdecydowanie prościej jest zamknąć się w pieleszach własnego cichego pokoju, pośród sobie znanych zapachów, dźwięków i w otoczeniu buzującej niczym oranżada wyobraźni i pisać, niż usiąść i opowiedzieć o tym. Naprawdę tak pomyślałam.



Człowiek jest bowiem tak skonstruowany, gdzieś podświadomie ma zakodowaną potrzebę akceptacji, choć powierzchownie stara się, by było inaczej. Bardzo zależało mi, by wypaść jak najlepiej, by przekazać wszystko, co jest dla mnie inspiracją, by pokazać, że jestem zupełnie zwyczajną kobietą. Nie było łatwo, dwie znajome, Bożena i Andżelika zrobiły wiele, by owa naturalność, wyglądała wyjątkowo wyraźnie. Miałam make up, zostałam ufryzowana i bądź człowieku mądry!


Jednak … Podobało mi się. Było ciepło, atmosfera drgała, zupełnie jak w książce. Raz na sali brzmiał śmiech, bo okazało się, że śmieszności w moim życiu też są obecne, raz skupienie zawisło w powietrzu, a za chwilę powaga towarzysząca tematom przemijania i śmierci, nakazała zachować absolutne milczenie. A ja brylowałam kąsana stresem, motywowana emocjami wymalowanymi na twarzach zebranych. Było o Łowiskach, o środowisku wydawniczym, było o pierwszych wagarach w szkole a Julka odważyła się rozdać wszystkim uczestnikom niewielkie niespodzianki, które przygotowałam! I o to chodziło! Udało się wyciągnąć emocje przemiłego grona zgromadzonych na wierzch, o czym usłyszałam tuż po spotkaniu. Wiele ciepłych słów uznania, pochlebstw, pytań o plany, uskrzydliły mnie. Może nie taki diabeł straszny, jak go malują? Zabieram się do pracy, wiele obiecałam ;-)

Pejzaże


Opowiadanie

Właściwie zupełnie nie zależało jej na tym, żeby jechać na to wesele. To była jakaś odległa rodzina jej ojca, a on wyglądał na równie zaskoczonego otrzymanym zaproszeniem, co ona i jej matka. Po całym tygodniu spotkań i niekończących się dyskusji nad nowym projektem pozyskania dodatkowego obszaru magazynowego, nie miała najmniejszej ochoty na wiejskie przytupanki. Chciała zostać w domu i odpocząć. Jednak, gdy Błażej dowiedział się o wyjeździe na mazurską wieś, swoim entuzjazmem natychmiast zaraził zarówno zaskoczonego zaproszeniem ojca, jak i niezdecydowaną matkę.
I tak oto, po burzliwym piątkowym popołudniu, kiedy to Błażej zaciągnął ją do domu jej rodziców i wymachując rękami nakłaniał ich do skorzystania z zaproszenia, zdecydowali się. W sobotę nad ranem wyruszyli w trzygodzinną podróż do Zgonu, niewielkiej mazurskiej wsi nad rzeką Krutyń. Nazwa wioski absolutnie nie wróżyła udanej zabawy a nastroje panujące w samochodzie zdawały się całkowicie to potwierdzać. Paulina z głową przytuloną do podrygującej w rytm jazdy szyby, słuchając cichej pracy nawiewu, wpatrywała się w pokryte wciąż gęstą kołdrą mgły połacie, coraz szerzej ścielących się wokół łąk. Łososiowe niebo z każdą minutą zbliżającą ich do celu podróży, pokrywało się smolistymi kłębami późnoletnich chmur. Widok ten zachwycał. Niezbyt wiele miała takich momentów w swoim życiu, kiedy mogła pozwolić sobie na podziwianie zachwycających widoków. Polska, pomyślała, to naprawdę piękny kraj. Powinni wybrać się z Błażejem na wakacje w kraju. Nawet na Mazury. Uśmiechnęła się do swoich myśli z nostalgią. Lato tego roku wydało jej się  być bardzo krótkie. Właściwie nie zdążyli nawet wyjechać na wakacje. Błażej, oddany pracy ciągle wyjeżdżał, ona do późnych godzin wieczornych przesiadywała w biurze. Bywało, że spotykali się zaledwie w weekendy, ale wtedy z reguły wychodzili odreagować i nie mieli czasu, by poświęcić go tylko sobie. Kiedy wracali nad ranem zbyt pijani, by delektować się tymi krótkimi chwilami swojej obecności, rzucali się na siebie odurzeni zapachem, jaki wydzielały ich upojone alkoholem i żądzą ciała. Bywało, że nawet nie docierali do pięknej, zachowanej w grafitowej tonacji sypialni. Błażej przywierał do niej już w przedpokoju ich wspólnego mieszkania, sapiąc ciężko i zionąc w jej twarz gorącym oddechem wódki, wdzierał się pomiędzy wypięte w jego stronę pośladki. To im wystarczyło. Do takiej miłości w pigułce przywykli. Westchnęła ciężko spoglądając w profil siedzącego za kierownicą mężczyzny i mgliste marzenie wspólnych wakacji na Mazurach, ulotniło się, jak balon wypełniony helem. Coś zaczynało w niej pękać i  coraz częściej przestawała zastanawiać się nad tym, co było tego powodem a delektowała się po prostu ciszą i spokojem panującym w domu podczas jego nieobecności. Powiodła palcem po ciepłym i miękkim policzku, po czym ujęła ustami wypielęgnowany paznokieć. Nie lubił, kiedy to robiła. Według niego powinna zachowywać się powściągliwie, by nie skupiać na sobie uwagi innych mężczyzn. Na początku odbierała jego słowa za oznakę zazdrości, a to z kolei schlebiało jej odrobinę. Kiedy jednak dotarło do niej, że kierowało nim jedynie lenistwo, zrozumiała, że jej związek podążał ku przepaści a ona z każdym kolejnym wybrykiem Błażeja, coraz cieplej myślała o tym, że ich koniec kiedyś w końcu nadejdzie. Wzdrygnęła się. Jej życie pozbawione było uniesień. Dawno uświadomiła to sobie, ale przyzwyczajenie i strata czasu, jaką określała konieczne zmiany, zatrzymywały ją w tym związku. Błażej nie był w końcu taki zły. Doskonale zarabiał, robił jej śniadanie w niedzielne poranki a czasem potrafił, ni stąd ni zowąd odkurzyć mieszkanie. Seks to w końcu nie wszystko, myślała. Ale altruizm, jakim emanowała na początku tego związku zaczął się powoli ulatniać. Byli ze sobą już osiem lat i chyba przyzwyczaiła się do niego, czterominutowego seksu w przedpokoju w sobotę nad ranem i samotnych wieczorów w ciągu całego tygodnia. Nauczyła się nawet przymykać oko na jego pijackie, często wymykające się spod kontroli zachowanie. Kiedyś było jej go po prostu żal, kiedy następnego dnia korzył się przed nią, błagając o kolejną szansę. A ona, naiwnie wierzyła w jego słowa. Cóż, nie każdy związek to pasmo sukcesów, tłumaczyła go. Miała normalnego faceta, przystojnego, bogatego i uwielbianego przez jej matkę. Reszta pozostawała kwestią przyzwyczajenia. Ale tak było dotąd. Teraz najzwyczajniej zaszła w niej jakaś zmiana.  
Westchnęła głęboko i znowu skupiła wzrok i myśli na krajobrazie szybko przebiegającym za oknem. Brudne różowe niebo zlewało się z przemykającymi drzewami, a świt wychylał się zdecydowanie zza horyzontu. Wydawało jej się, że zdążyła zaledwie zmrużyć powieki, kiedy jego ciepłe dłonie ścisnęły lekko jej ramię.
- Paula? Jesteśmy na miejscu. Mamy jeszcze sporo czasu, chodź położysz się w pokoju.- Uchyliła lekko powieki i wpatrywała się w jego pochylone nad nią oblicze. Był taki przystojny. Jasne gęste włosy sterczały zabawnie a roześmiane oczy zdradzały podniecenie. Wciąż zdarzały jej się momenty, kiedy przypominała sobie, co czuła do niego kilka lat temu.
- Cieszysz się, że przyjechaliśmy tu, co?
- Bardzo! Potrzebowaliśmy takiego resetu. Pomyśl tylko, - ekscytował się potrząsając dłonią tuż przy swoim czole- nigdy nie byliśmy razem na Mazurach! Jest piękne lato, normalnie spalibyśmy dziś do południa zalani w trupa.
- Według mnie, odpoczywalibyśmy po ciężkim tygodniu.- Westchnęła.
- Trochę entuzjazmu dziewczyno!- Naparł na jej ramię.
- Najpierw się wyśpię. Miałam naprawdę ciężki tydzień.
- Ok., porozmawiamy o tym później. Ty się połóż, a ja pokręcę się po okolicy.- Odstawił pospiesznie bagaże i obrzucając pokój swoim bankierskim spojrzeniem, wyszedł. Paulina niemal bez zastanowienia wtuliła się w białą, pachnącą świeżością pościel i usnęła.

- Paula! Ty wciąż śpisz?- Głos jej matki brutalnie wwiercał się w skronie wyszarpując zeń resztki przyjemnego snu. Naciągnęła kołdrę na głowę w nadziei, że uda jej się odzyskać nadszarpnięty wątek, jeszcze choć na chwilę.
- Dziecko, nie zdążymy przez ciebie na uroczystość!- Perorowała swoim piskliwym głosem matka.- Boże, nawet włosów sobie nie zrobiłaś przed snem? No, jak ty wyglądasz?- Odrzuciła kołdrę, a resztki snu uniosły się pod sam sufit. Paulina leżała jeszcze przez chwilę wpatrując się w gładką, beżową strukturę sufitu ozdobioną w załamaniach banalnymi tralkami. Pokój sprawiał wrażenie bardzo przytulnego, jednak jego nieco gadżeciarski wystrój przypominał jej o miejscu, w jakim znalazła się, dzięki nagłemu przypływowi romantyzmu jej chłopaka.
- A miałam taki piękny sen…- jęknęła.
- E tam, sen. Szykuje się wspaniała uroczystość i to w tym hotelu, w dół rzeki jest restauracja, w której ma odbyć się przyjęcie. Ja już wszystko widziałam. Poznałam rodziców młodej a jej matka wygląda zupełnie, jak ciotka Renata! A jest ode mnie młodsza o kilka lat.
- Mamo…
- Dobra, dobra. Wstawaj. Za godzinę mamy być w kościele!
Określenie budynku, w którym odprawiono ceremonię zaślubin kościołem, nieco przerastało najśmielsze oczekiwania całej ich czwórki. Idąc z hotelu wyboistą drogą, gdzieniegdzie przysypaną piachem, dotarli bowiem do czegoś, co Paula zdecydowanie określiłaby mianem obory. Jak się później okazało, w tym krytym starą, rudą cegłówką budynku mieściła się szkoła, która w niedzielę pełniła dodatkowo funkcję kościoła. Kiedy wiedzione dźwiękami odtwarzanego marsza weselnego przystanęły zaskoczone przed drzwiami szkoły, tudzież kościoła, Paulina poczuła nagły przypływ rozrzewnienia. Znalazła się bowiem w świecie tak odmiennym od tego, do którego widoku przyzwyczajona była na co dzień.
 Przyjęcie weselne również wyglądało zupełnie inaczej niż te, na których zdarzyło jej się pojawić do tej pory. Na wielkich drewnianych stołach ustawiono ogromne misy różnorodnych mięs, ale nie równo pociętych a przy tym cieniutkich plasterków kilku rodzajów wątłych szynek. To były solidne porcje dziczyzny, soczystego mięsiwa, zjedzenie którego w jej przypadku nie wchodziło nawet w grę, jednak samo patrzenie sprawiało ogromne wrażenie. Na innych półmiskach ustawiono sery, grube, niezwykle wonne plastry pobudzały żołądek do szaleńczej pracy. Poprzekładane dużymi, soczystymi owocami zielonego winogrona wspartymi o krągłe, żółte, czarne i czerwone odmiany pomidorów tworzyły na stole obraz przepychu.
- Patrz, jak to wszystko wygląda.- Ekscytował się Błażej.- Nawet nie wiesz, ile tracisz nie jedząc mięsa, kochanie.
- Nie sądzę, bym cokolwiek traciła Błażej. Czuję się świetnie, a poza tym nie zajadam się owcami, krowami i świniami, które zostały zabite, dla zaspokojenia mojego apetytu.- Obrzuciła go szerokim uśmiechem.
- Uwielbiam tę twoją zjadliwość. Jak się czujesz? Może poszlibyśmy nad rzekę, zdarłbym z ciebie tę śliczną sukienusię i zasmakował twojego mięska?- Przygryzł jej ucho pochylając się nad stołem i sięgając pieczony udziec dzika.  
- Jasne, trzymam cię za słowo.- Odsunęła się od niego gwałtownie i włożyła do ust kilka owoców winogrona.
- Będę się tu kręcił, muszę posmakować tych pyszności. Umówmy się na zewnątrz za godzinę. OK.?- Paulina skinęła głową i odeszła w stronę stołu.
 Wyszła na zewnątrz o umówionej porze. Przyjemne ciepło nocy owiało ją już w drzwiach. Natychmiast zamknęła je za sobą i wsłuchana w stłumione dźwięki dobiegające z sali bankietowej, zadarła głowę spoglądając w niebo. Była sama a nad nią rozpościerała się niczym niezmącona toń czarnego nieba obficie upstrzona połyskującymi gwiazdami. Po jej prawej stronie niebo wydawało się zdecydowanie bledsze, ale z miejsca, w którym znajdowała się, nie mogła ujrzeć wiele więcej, ponieważ restauracja zakręcała tu tworząc tym samym ramię litery t. Wtem jej uszu dobiegł dźwięk czyjegoś śmiechu. Po lewej stronie, wyłożona kamieniem alejka wiodąca od drzwi restauracji pięła się lekko w górę, a zwieńczona kilkoma stopniami łączyła się gładko z drzewem tekowym, z którego zbudowano pomosty przy sąsiadujących z rzeką zabudowaniach. Natychmiast skierowała się w stronę rzeki zaintrygowana, nie tyle dobiegającym stamtąd śmiechem, co szumem wody i przyjemnych chłodem. Cały dzień przespała, w związku z tym nie zdążyła poznać okolicy a ta, nawet o tej porze zachwycała ją prostotą i naturalnością. Nucąc pod nosem zasłyszaną na sali piosenkę wspinała się po stopniach zadowolona. Doskonały humor dopisywał jej przez cały wieczór. Snuła się po sali, przysiadając co chwilę obok gości i przysłuchując się ich rozmowom. Jej rodzice wiedli prym na parkiecie a Błażej zniknął gdzieś, co nie stanowiło dla niej zaskoczenia a wręcz przeciwnie uwolniło ją od jego ciążącego ostatnio towarzystwa.
Unosząc odrobinę długa spódnicę swojej kremowej letniej sukienki stanęła na pomoście i wciągając głęboko orzeźwiające i wilgotne powietrze zmrużyła oczy. Świat pod przymkniętymi powiekami wirował, choć Paula nie piła, była lekko zamroczona panującą wewnątrz, niezwykle rodzinną i ciepłą atmosferą. Dopiero cisza, która zapadła na pomoście z chwilą jej pojawienia się, wyrwała ją z przyjemnej kontemplacji. Spojrzała w kierunku siedzącej na pomoście pary a jej oddech zamarł w piersiach. Chciała postąpić do przodu, by przyjrzeć się bliżej dwóm osobom wpatrującym się w nią intensywnie, jednak obcas jej pantofla ugrzązł między deskami zatrzymując ją w miejscu.
- Błażej?- Rzuciła z niedowierzaniem. Siedzący nieopodal mężczyzna poderwał się i otrzepując spodnie podszedł do niej.
- Tak, to ja. Siedzimy tu sobie z Asią. To siostra pana młodego.- Mówiąc to nerwowo przeczesywał włosy dłońmi, spoglądając równocześnie na czubki swoich butów.- Twój but utknął Paulo? Pomogę ci…- Schylił się i wyjął najpierw jej stopę z pantofla, po czym postękując stanął przed nią wręczając jej go.
- Nawet godziny nie poświęciłeś mnie, podczas tego wesela Błażej. Ale dla Asi znalazłeś czas.- Wyjrzała zza jego pleców na dziewczynę, która siedziała wciąż z nogami spuszczonymi nad taflą wody.
- Ej, my tylko rozmawiamy Paulo…- Próbował się uśmiechnąć ukrywając podenerwowanie, które podrygiwało napiętymi mięśniami na jego policzkach.
- Cześć.- Zdezorientowana Asia uniosła niepewnie dłoń i skinęła w jej kierunku.
- Cześć Asiu.- Odpowiedziała miłym, może trochę zbyt wyuczonym tonem.
- Daj spokój. To przecież nic takiego. Jutro nie będziemy o tym pamiętali.- Błażej postąpił za wycofującą się Pauliną kilka kroków, wyciągając przed siebie ręce.
- Ja będę pamiętała.- Warknęła odwracając się nagle do niego.- Pamiętam każdą koszulę, które przywoziłeś ze swoich podróży służbowych. To ja je prałam Błażej. I mam dość udawania.- Chwycił ją mocno za nadgarstki i przyciągnął do siebie. W jego spojrzeniu nie widziała już podenerwowania. Teraz królowała w nim wściekłość.
- Nie dasz sobie beze mnie rady Paulina. Nie wygłupiaj się i przestań psuć to, na co pracowaliśmy tyle lat. Co powiedzą twoi rodzice? Myślałaś o swojej matce? A nasz ślub? Zastanów się, co mówisz.- Jego kwaśny oddech przyklejał się do jej twarzy. Zamknęła oczy wyobrażając sobie, że wszystko, co teraz cisnęło jej się na usta, jutro mogło okazać się opłakane w skutkach. A jeśli tak naprawdę nie chciała, by odszedł?
- Wydaje mi się Błażej, że mam już dość udawania.- Powtórzyła, choć jej głos pozbawiony był pewności, która w rzeczywistości przepełniała jej serce.- Chciałabym, żebyś zniknął z mojego życia.- Wyszarpnęła się z jego uścisku i z tkwiącym niezmiennie w jej dłoni pantoflem przyciśniętym do piersi ruszyła schodami w dół, kamienną alejką, nierówne krawędzie której porastały okazałe modrzewie i w górę, rozłożystymi schodami prowadzącymi wokół restauracji, z której dobiegał teraz melodyjny fragment utworu November rain. Paulina przyspieszyła dopiero, kiedy znalazła się na szerokiej ulicy, a blask okrągłego księżyca obrzucił jej sylwetkę swoim martwym światłem. Nagle znalazła się z dala od Błażeja, od swojej pracy i poczucia obowiązku wobec wszystkiego, co musiała robić, i czego nie było jej wolno. I nagle poczuła się lekka, zwiewna i nieograniczona barierami jasno określającymi jej życie. Przystanęła na chwilę rozglądając się wokół, niestety beztroskie poczucie wolności rozpłynęło się w otaczającej ją ciemności.
- Co teraz?- Bąknęła pod nosem i zatoczyła koło rozglądając się dookoła. Wioska zdawała się spać smacznie pogrążona w ciszy, zaledwie gdzieś w oddali szczekał pies. Ciepły wiatr dotykał jej nagich ramion, jak dłonie matki ponaglające dziecko do postawienia kolejnego kroku. A ona szła zamyślona przed siebie rozpamiętując zajście sprzed kilku chwil. Obcas jej pantofla uderzał głucho w piach pokrywający przemierzaną ulicę. Drugi zaś mocno przyciskała do piersi, jak oręż, który miał służyć jej do obrony. Wtem zatrzymała się i gwałtownie odwróciła do tyłu, nagle bowiem przepełniło ją zwątpienie. Może to, co zastała nad rzeką wcale nie było tym, czym uznała, że było? Może najzwyczajniej zobaczyła to, o czym tak intensywnie ostatnio rozmyślała? Potarła dłonią czoło i czując ogarniającą ją panikę przed grożącą jej samotnością, skierowała się do stojącej nieopodal budki. Na pierwszy rzut oka wyglądała ona na przystanek autobusowy i choć odbiegał on zdecydowanie od tych wszystkich, zimnych i metalicznie pachnących przystanków, usiadła w jego wnętrzu opierając głowę o szorstką powierzchnię nieheblowanych desek. W powietrzu unosił się zapach drzewa a kurz, który wzbiła szurając, wzniósł się wysoko oblepiając jej łydki i siłą wdzierając się do nosa i ust. Jej dłonie drżały. Wyobraziła sobie pustkę panującą w mieszkaniu i ład, jaki miał zapanować z chwilą, kiedy z jej życia zniknąłby Błażej. Samotne niedzielne poranki, piątkowe długie wieczory, które spędzałaby siedząc przed telewizorem. I pogrążając się w tych depresyjnych rozmyślaniach rozpłakała się. Nagle zabrakło jej jego zapachu, skarpet, które rzucał pod łóżko i krótkiego piątkowego seksu. Poczuła się samotna, odrzucona i niepotrzebna. Podciągnęła stopy pod siebie i otuliła ramiona dłońmi. Gdzieś obok usłyszała szczekającego psa i czyjeś, zbliżające się kroki.
- Boże, spraw, żeby to był on. Niechby okazało się, że wziął sobie do serca moje słowa i postanowił zrobić wszystko, żebym zmieniła decyzję.
Ściskając pantofel w dłoniach, uniosła głowę wyciągając szyję w kierunku, skąd dobiegał odgłos kroków. Ktoś zmierzał powoli, nie spiesząc się. Jego kroki były ciężkie, ale było to raczej wynikiem tłumienia ich przez piach. Otarła łzy z twarzy w chwili, kiedy z cienia po jej prawej stronie wyłonił się mężczyzna. Nie miała szansy przyjrzeć mu się, na głowę miał zaciągnięty kaptur a ręce wcisnął głęboko w kieszenie.
- Dobry wieczór.- Rzucił i minął przystanek. Nie był to Błażej, którego równie mocno przestraszyć miała perspektywa samotności.  Pociągając nosem przywarła ponownie do ściany przystanku, pogrążając się w otchłani rozpaczy. Nie trwało długo, a znowu ujrzała tego mężczyznę. Tym razem zatrzymał się przy ścianie przystanku. Paulina natychmiast wyprężyła się i pospiesznie wcisnęła pantofel na stopę gotowa do ucieczki, podczas gdy mężczyzna po prostu stał z twarzą zwróconą w stronę księżyca.
- Piękna noc, nieprawdaż?- Zaczął. Jego głos brzmiał wyjątkowo ciepło. Nie spojrzała nawet w jego stronę, zadzierając jednak głowę do góry i wpatrując się w niebo. – To dziwne, spogląda pani w niebo. Czy o pięknej nocy świadczy właśnie niebo? Na ten urok składać się może przecież temperatura, siła wiatru, albo cienie rzucane przez księżyc.
Rozprostowała długą spódnicę i skinęła głową w nadziei, że mężczyzna zrozumie ten gest i zostawi ją samą. On natomiast odrzucił kaptur na plecy i wsparł obie dłonie na przewieszonym przez ramię futerale. To był aparat fotograficzny, westchnęła w duchu.
- Pan jest fotografem?- Zapytała niepewnie.
- Tak. Jestem fotografem. Dlaczego siedzi pani o tej porze na przystanku i płacze? To dość nietypowy obraz, szczególnie w takiej wsi.
- Tu kobiety nie mają swoich zmartwień?- burknęła.
- Z pewnością mają ich zdecydowanie więcej, niż te, które żyją w wielkich miastach. Ale te żyjące tu mają siłę, by je skrywać głęboko. Zatem nie jest pani stąd, jak mniemam.- Spojrzał na nią wyczekująco i przysiadł obok, wyciągając stopy przed siebie.
- Nie. Nie jestem stąd.
- W takim razie turystka?
- Niezupełnie. Przyjechałam na wesele.- Westchnęła niechętna kontynuowaniu tej rozmowy.
- Czy impreza wzruszyła panią do tego stopnia?- Zażartował, na co obrzuciła go gromiącym spojrzeniem.
- A więc chodzi o mężczyznę.
- Kim pan jest?- Odwróciła się do niego i dopiero teraz ujrzała twarz siedzącego. Przyjemne ciepło przebiegło jej ciało i uniosło włoski na przedramionach. Zatrzymała się w pół słowa, zupełnie jak gimnazjalistka, której udało się wyrwać z domu i zachłyśnięta wolnością dławiła się jej smakiem.
- Czy to cokolwiek zmieni, jeśli odpowiem na to pytanie?
- Jeśli okaże się, że jest pan wziętym fotografem?- Prychnęła rozbawiona.- Nie znam pańskich prac, proszę mi wybaczyć. Moja szefowa natomiast jest zakochana w pejzażach. Wisi pan na ścianach naszego korytarza.
- To miłe.- Roześmiał się i ponownie naciągnął kaptur na głowę.
- Zdaje się pan być rozczarowany tym, że go rozpoznałam?
- I tym różnią się kobiety z wielkich miast od tych, które zamieszkują małe, zabite dechami wioski. Tu mogę być sobą, zapomnieć o rozpoznawalności. Tu mogę skupić się na pracy i odpoczywać równocześnie.
- Tak, wydaje mi się, że wiem, o czym pan mówi. Zanim zobaczyłam mojego narzeczonego obściskującego siostrę pana młodego, poczułam się tak, jakbym będąc tu, wymknęła się wszystkim moim ograniczeniom. Sądzi pan, że to możliwe?
- Wierzę w to. Jak ma pani na imię?
- Paulina.- Podniósł się i stanął naprzeciw niej, przesłaniając blask księżyca i zamykając przed nią przestrzeń. Wyciągnął dłoń w jej kierunku. Była ciepła i miękka.
- Andrzej.- Uśmiechnęła się ściskając wyciągniętą dłoń.
- Zgadza się.
- Pójdziesz ze mną Paulino na spacer?- Przechyliła głowę na bok i zadarłszy głowę wpatrywała się w skrytą w cieniu postać.
- Na spacer? O tej porze? Przecież tu jest ciemno.- Wzruszyła ramionami i pociągnięta w górę stanęła tuż przy nim. Ciepło bijące od niego i oszałamiający zapach męskiego ciała mieszający się z wonią aromatycznego tytoniu na chwilę zdekoncentrowały ją. Mogłaby wykorzystać otaczający ją klimat niebytu, wrażenie znajdowania się gdzieś pomiędzy czasami i zasmakować bliskości innego mężczyzny. Gdyby zrobiła to, czego Błażej nawet nie starał się przed nią zbyt gorliwie ukrywać, mogłaby dokonać czegoś w rodzaju zemsty. Cóż, kto mieczem wojuje, od miecza ginie, drogi Błażeju.
- Udawajmy więc, że wszystko jest w porządku, ja nie jestem wziętym fotografem a twój narzeczony nie okazał się zwykłym kutasem. Po co nam światło?- Prychnęła głośno, bo nagle stanęła przed oczami jej wyobraźni twarz Błażeja. Uznała, że w obliczu ostatnich wydarzeń, określenie go kutasem, było wyjątkowo trafne.
- Uśmiechasz się. To dobrze. Idziemy?- Pociągnął ją za sobą i stanął w blasku księżyca. Był wyższy od niej. Doskonale wiedziała, jak wyglądał. Wielokrotnie widziała jego zdjęcia w prasie. Wysoki, masywnie zbudowany, silny… Zdjął bluzę i podaj jej.- Myślę, że emocje nie grzeją cię aż tak. Załóż.- Uczyniła to niemal natychmiast wciągając łapczywie jego zapach wciąż skrywający się w załamaniach miękkiego materiału. Andrzej wskazał dłonią kierunek i ruszył przed siebie.
- Moja szefowa zrobiłaby wiele, gdyby mogła znaleźć się teraz na moim miejscu.- Obejrzał się na nią uśmiechając się.
- Zapomnij o niej. O nim, o wszystkim. Myśl teraz tylko o sobie, o tej chwili. Potrafisz?
- Nie wiem.
- Tu skręcimy.- Zboczył z ulicy i zniknął w zupełnie ciemnej i wąskiej alejce pomiędzy dwoma pochylającymi się do wewnątrz drewnianymi płotami.
- A to są wrota do innego świata?- Szepnęła i zatrzymała się.
- Do twojej wyobraźni Paulo. Chodź.- Wychylił się z mroku i chwyciwszy ją za rękę pociągnął za sobą. To było ekscytujące wrażenie. Obcy mężczyzna, trzymający jej dłoń w swojej i bardzo delikatnie muskający jej krawędź małym palcem. Czy robił to świadomie? Nie miała pojęcia, jednak sprawiało jej to taką przyjemność, że nie potrafiła nawet pomyśleć o tym, by przestał.
Zmrużyła powieki i rozglądała się wokół. Księżyc zniknął gdzieś za dachami mijanych domostw a oni schodzili wąską polną ścieżką w dół. Im niżej byli, a domy zostawały za nimi, tym chłód otaczający ich stawał się dotkliwszy. Wysoka trawa uderzająca w jej stopy zostawiała wokół kostek wilgotne ślady.
- Dokąd idziemy?- Szepnęła i po raz pierwszy spróbowała stawić mu opór, wyciągając dłoń z jego uścisku. Natychmiast zatrzymał się i obrócił do niej twarzą.
- Jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów i znajdziemy się nad rzeką. Będziemy polowali.
- Nie chcę polować. Miałam myśleć tylko o sobie, a ja nie lubię krzywdzić zwierząt. Nawet nie jem mięsa.
- Naprawdę? Nie wiesz, ile tracisz.
- Ale mam czyste sumienie.
- Czyste sumienie mogłabyś mieć wtedy, kiedy wpłynęłabyś na opinię innych. Kiedy inni przestaliby jeść mięso tak, jak ty. W tej chwili zaledwie chowasz głowę w piasek, albo odwracasz ją od problemu mięsożerności na świecie. Chodź, będziemy polowali moim aparatem.
- Chcesz wiedzieć, co się stało? Dlaczego siedziałam na przystanku?- Zapytała.
- Już mi powiedziałaś. Twój narzeczony obściskiwał kuzynkę pana młodego. Niezbyt to musiał być miły widok dla ciebie. Co zamierzasz?- Zatrzymał się i nasłuchiwał przez chwilę, po czym wskazał dłonią w lewo i pochylony do przodu ruszył ostrożnie. Paulina zrobiła to samo, choć uznała widok ich pochylonych sylwetek za wyjątkowo zabawny. Dwoje ludzi skradających się nocą nad rzeką. W pewnym momencie Andrzej przystanął i przeskoczył przez jakąś przeszkodę znikając w ciemnościach.
- Świetnie.- Jęknęła Paula uderzając dłońmi o szeleszczący materiał swojej spódnicy.
- Widać cię w tej białej sukience na kilometr, zachowaj choć ciszę kobieto z wielkiego miasta. Jestem tuż przed tobą, chodź za moim głosem.
- Ale ja nic nie widzę i boję się, że wpadnę do rzeki.
- Zaufaj mi.
- Jasne.
- Psujesz całą zabawę!- Jego szept brzmiał tak cicho, jednak nie chciała uronić nawet słowa, które do niej wypowiadał, dlatego ruszyła niepewnie wiedziona jego głosem. Zimne liście wierzby ocierały się o jej ramiona niczym palce kochanka, który rozpalał w ten sposób jej zmysły. Kiedy jednak pomiędzy jej nogami przemknęło coś śliskiego i wilgotnego przestraszyła się i truchtem ruszyła do przodu. Niemal natychmiast wpadła w jego ramiona uczepiając się karku i przylegając do niego całym ciałem.
- Coś dotknęło moich nóg.
- Nie masz powodów do obaw. Jesteśmy w Polsce a tu nie ma jadowitych węży. Spokojnie.- Jego uścisk zelżał. Paulina poprawiła niezręcznie włosy i oczekiwała na rozwój wydarzeń. Jeszcze dwukrotnie przeskakiwała za nim po jakichś wilgotnych i miękkich kępach traw, aż w końcu znaleźli się w miejscu, do którego Andrzej zmierzał. Usiadł na ziemi i pociągnął ją za sobą. Paulina przyciągnęła kolana pod brodę i wsparta o jego silne ramiona, mocno zaznaczające się pod podkoszulkiem wpatrywała się w ciemność. Z zadowoleniem zauważyła, że wokół nie było tak ciemno, jak wydawało jej się dotąd. Księżyc w całej swej okrągłej okazałości oświetlał okolicę dość jasno, więc niektóre kształty przestały wzbudzać w niej lęk, wręcz przeciwnie rozpoznała w nich drzewa, powalone konary i kępy traw, po których skakali, by znaleźć się po drugiej stronie rzeki.
- Popatrz,- wskazał dłonią rzekę- widzisz kaczki?- Brzmienie jego elektryzującego szeptu powodowało dreszcze.
- Widzę.- Odparła mrużąc oczy i wciągając jego zapach głęboko. Przyjemne mrowie przebiegało po jej plecach, ramionach i miętosiło zapamiętale rosnącym w jej brzuchu podnieceniem.
- Tak jest w życiu, Paulina. To, co do tej pory wydawało ci się naturalne, wcale takie być nie musi. A to, czego do tej pory nie widziałaś, bo widzieć nie chciałaś, zauważysz. Rozumiesz? To tak, jak z tym księżycem, przed chwilą nie widziałaś niczego, bo księżyc schował się za chmurami. Teraz, widzisz nawet kaczki na rzece, mimo że one były tu przez cały czas. Wystarczy nauczyć się patrzeć.
- Mówisz do mnie tak, jakbyś wiedział o wszystkim, czego doświadczałam ostatnio. Czego się boję i na co przymykałam oczy. – Roześmiał się tłumiąc dźwięk, przyciskając policzek do ramienia. Odniosła nawet wrażenie, że odchylił się nieco do tyłu, by poczuć jej bliskość.
- Jestem od ciebie trochę starszy. Mam za sobą nieudane małżeństwo i rozwód. Też musiałem nauczyć się patrzeć.- Przytaknęła i zsunęła się odrobinę niżej. Andrzej wyjął aparat i znieruchomiał przyciskając go do twarzy. Po chwili powtarzający się dźwięk jego pracy zmącił panującą ciszę.
- Nie wrócę do niego.
- Myślę, że nie powinnaś. Zakazany owoc smakuje najlepiej, a jeśli ten facet już go spróbował, to nie wydaje mi się, by zadowolił się jednym razem. Choć osobiście muszę ci powiedzieć dziwię mu się. Jesteś naprawdę piękną dziewczyną. Zasługujesz, by dbać o ciebie, dogadzać ci a przede wszystkim pozwolić, żebyś rozwinęła skrzydła.- Paula zaledwie jęknęła cicho.
Siedzieli tak jeszcze chwilę w ciszy podziwiając zaskakujące obrazy, którym noc nie ujmowała wcale uroku. Blask księżyca odbijał się w szerokiej tafli wody, ukazując coraz to więcej tajemnic, dotąd skrywających się przed Paulą za ciemną kotarą nocy. Jej wzrok przywykł do otaczającego ją mroku i odważnie wychwytywał coraz drobniejsze, niemniej zaskakujące ją cuda.
- Tamtędy przyszliśmy?- Wskazała kilka rozległych kęp trawy, tworzących w wodzie niewielkie wyspy.
- Tak. W tamtym miejscu woda jest bardzo płytka. Widzisz? Jesteś bardzo spostrzegawcza.
- I zmęczona. Ale nie chcę wracać do pokoju, w którym go zastanę. Muszę przemyśleć to wszystko, podać rodzicom powody mojej decyzji i jakoś wrócić do domu.
- Tak, czasem konsekwencje naszych wyborów bywają bolesne,- roześmiał się ponuro- ale nie przejmuj się tym. Pamiętaj, że to ty jesteś najważniejsza w tym wszystkim. To twoje życie i musisz zadbać, by było szczęśliwe.
- Masz rację. Najchętniej zostałabym tutaj, gdzie nikt mnie nie widzi, nie ocenia..
- I nie zadaje pytań.- Przerwał jej.- Chodźmy w takim razie. Wiesz, że za dwie godziny wzejdzie słońce?- Wstał i wyciągnął do niej rękę. Podała mu dłoń i niechętnie ruszyła za nim. Tak niewiele czasu jej pozostało. Zaledwie dwie godziny do wschodu słońca, kiedy wszystkie jej zmartwienia i konsekwencje wyborów, którymi Andrzej nazwał trudne decyzje, ponownie ujrzą światło dzienne, czyniąc ją tym samym widoczną dla świata. Szli w ciszy łąkami, wzdłuż rzeki. Co jakiś czas Andrzej przykucał, pociągał ją za sobą i zamierał w bezruchu. Następnie bezszelestnie unosił aparat i niczym snajper oddawał strzały uwieczniając nocne pejzaże.
W końcu dotarli do samotnie stojącego nad rzeką domu ogrodzonego drewnianym płotem. Tuż nieopodal niego rozpościerał się szeroko ciemny las. Woda w tym miejscu szumiała nieco głośniej odbijając się echem od ściany drzew i uderzając z impetem dźwięcznego szumu w drewniane ściany chaty. Andrzej wszedł na teren posesji i zdecydowanie ruszył do drzwi. Paulina szła za nim rozglądając się z zainteresowaniem.
- Czy to twój dom?
- Tak. Wbrew pozorom nie potrzebuję niczego więcej. Rano odwiozę cię do hotelu a teraz napijemy się umówionej kawy, jeśli pozwolisz.- Zamek w drzwiach zachrzęścił złowrogo, pozbawiając ją pewności.
- Zaufałaś obcemu mężczyźnie, wybrałaś się ze mną na spacer, nie bałaś się pójść ze mną nad rzekę. Czy sądzisz, że skrzywdzę cię we własnym domu? Paulo?- Wszedł do środka nie czekając na jej odpowiedź. Słysząc jego słowa, oparła się plecami o gładką ścianę i rozejrzała dookoła. Świat ponownie wydał jej się złowrogi a ciemność przestała ogarniać otoczenie nieprzeniknioną zasłoną. Dziewczyna prychnęła pod nosem. Świadomość powrotu do hotelu i konieczność podjęcia dalszych kroków mających uwolnić jej życie od Błażeja, pozbawiała ją absolutnie poczucia pewności. Zupełnie, jakby to ona zrobiła coś złego, za co miała zostać osądzona przez najbliższych. Stała rozmyślając dotąd, aż obok pojawił się Andrzej. Podparł ramieniem futrynę wciąż otwartych drzwi i wręczył jej kubek z parującą kawą. Przyjemny aromat uderzył w nią pobudzającą mocą i rozpłynął się w nocy, która dziwnie, stawała się, jakby nieco przejrzystsza. Sięgnęła kubek i zadarła głowę, by spojrzeć w twarz górującego nad nią wzrostem mężczyzny. Zmarszczki pokrywające nierówną siatką okolicę jego oczu rozciągnęły się a na czole wystąpiła poprzeczna żyłka. Jego uśmiech był pełen ciepła.
- Podoba mi się tu.- Wpatrywała się w niego z nadzieją. Przyszła jej do głowy ta sama myśl, która pojawiała się w jej umyśle za każdym razem, kiedy była stawiana przed koniecznością podjęcia poważnych decyzji; gdyby tak ktoś wskazał jej najlepszą drogę, taką, którą mogłaby podążać przez życie unikając smutków i niepotrzebnych rozczarowań. Tak czuła się przy Andrzeju. Przez zaledwie kilka godzin, nietypowych godzin, które z nim spędziła, czuła się pewna, zdecydowana i odpowiedzialna za swoje życie. Niestety wystarczyło, że zniknął za drzwiami swojego domu, w którym ona była jedynie gościem, by jej życie wróciło do tego samego porządku, który przez osiem lat akceptowała, uległości, podporządkowania i przewidywalności. Andrzej ogarnął wzrokiem okolicę a jego uśmiech rozbłysł na twarzy.
- Tak, pięknie tu. Widzisz Paulina, nauczyłem się patrzeć i moje pojęcie dobra postawiłem ponad to, co inni uznawali za odpowiednie dla mnie. Tak zacząłem budować swoje życie i dzięki temu ja jestem szczęśliwy i z pewnością mogę w ten sposób uszczęśliwiać innych.- Zatrzymał wzrok na niej.- Zgodzisz się ze mną? Jeśli ty będziesz szczęśliwa, będziesz mogła obdarowywać wszystkich tym, co posiadasz dobrego.- Powiódł wzrokiem po jej twarzy, gładkiej linii długiej i delikatnej szyi i omiótł odważnym spojrzeniem ramiona i dekolt.
- Jesteś piękna. Twój facet to kompletny idiota.- Stwierdził.
- Czy jeszcze kiedyś cię spotkam?- Zapytała i zwróciła się do niego całym ciałem. Dreszcz niepewności wzdrygnął nią, ale nie uciekła wzrokiem.
- Jestem tu przez większość roku. Jeśli będziesz w okolicy, zapraszam na kawę.- Ruchem głowy wskazał kubek, który trzymała oburącz przed sobą. Po czym pochylił się lekko i zatrzymał twarz przy jej twarzy. Jego wielkie zielone oczy płonęły ciepłem, choć gdzieś w tym spojrzeniu tkwiła zadra rozczarowania a może raczej smutku. Paulina wyciągnęła szyję pozwalając, by jego oddech muskał jej policzki i obiecała sobie dowiedzieć się więcej na jego temat.- Długo będę pamiętał tę noc. Mazury jednak potrafią zaskakiwać. Moje najpiękniejsze zdjęcia pochodzą właśnie stąd. Irracjonalność tej nocy jest wręcz niemożliwa do zaakceptowania.- Słuchała jego szeptu drżąc na całym ciele. Dotykał jej słowami, otwierał jej duszę i wlewał w nią siłę i wspomnienia nie bacząc, jak zachłystywała się ich mnogością.
- Andrzej…
- Cicho Paulina. Słuchaj nocy, zapisuj to w swoich wspomnieniach, żebyś mogła czerpać siłę z tego, czego dziś doświadczyłaś. Jutro życie wywlecze wszystkie brudy, jakie teraz przykrył mrok i będzie od ciebie oczekiwało rachunku sumienia nie wiedząc, że ty patrzysz na siebie i swoje życie już z zupełnie innej perspektywy.
Zaczęła zastanawiać się nad słowami, które wypowiadał, kiedy spadł na nią gorącymi, smakującymi parzona kawą ustami i spalił jej obawy, wątpliwości i strach. Przygarnął silnym, pachnącym mężczyzną ramieniem i zdusił w swoich objęciach. Dłonie znalazły drogę do jej ciała wsuwając się pod ciepłą bluzę, którą wciąż miała na sobie i paliły żywym ogniem swojego dotyku delikatną, chłodną skórę. Włosy uniosły się na jej głowie lekko a krew, niczym nurt płynącej obok domu rzeki, szumiała w uszach pozbawiając kontaktu ze światem. Jego usta, niczym wirtuoz dawkowały jej emocje spijając najpierw niepewnie buchające wewnątrz, skrywane pożądanie, a za chwilę wdzierały się pomiędzy  jej rozedrgane wargi pompując żar jego zdecydowania. Poczuła jego dłonie na pośladkach, pantofel zsunął jej się ze stopy, kiedy pozwalając mu na tę zuchwałość przywarła do niego mocno biodrami, rozchylając przy tym lekko uda. Poczuła go i w tej chwili przestała analizować swoje postępowanie a liczenie się z konsekwencjami zepchnęła na później. Nie myślała o Błażeju i czekającym ją poranku, w tamtej chwili przypieczętowywała lekcję, którą otrzymała tej nocy od życia.





Warszawskie Targi Książki 2017

Ach, takie oczekiwanie, tyle emocji a teraz pozostały już tylko wspomnienia po zakończonych w maju targach książki w Warszawie. Tym razem po...