Nocne zwiedzanie Twierdzy Modlin


Miałam opowiedzieć Wam o mojej wycieczce do Twierdzy Modlin. Rozsiądźcie się zatem wygodnie, okryjcie się kocem i koniecznie miejcie przy sobie kubek z ciepłą herbatą. Z pewnością przyda się coś ciepłego do picia.  
Był piątek. Po ciężkim tygodniu w pracy, czułam się naprawdę wyczerpana. Otaczający mnie szum przejeżdżających samochodów, gwar rozmów przytłaczały, ale słowo się rzekło. Obiecałam zabrać syna na tę wycieczkę, a danego dziecku słowa nie można złamać. Organizatorzy tej nocnej eskapady ostrzegali, że jest to przedsięwzięcie dla ludzi, którzy nie boją się stawienia czoła historii. Nie bałam się, to było dla mnie nieuniknione, odkąd po raz pierwszy ją ujrzałam- piękną, potężną budowlę, której poranione mury przemawiały do mnie, opowiadały o minionych czasach.
 Cóż, dla mnie te słowa znaczyły nieco więcej. Twierdzę w Modlinie znam odkąd byłam małą dziewczynką. Wtedy jeszcze jej mury tętniły życiem, w oknach widać było głośnych i młodych chłopców, którzy odbywali tu służbę wojskową. Później, po wielu latach, kiedy chcąc pokazać moim dzieciakom tę potęgę, której początki sięgają roku 1806, zabrałam ich na spacer szutrową drogą otaczającą Twierdzę z jednej strony, zaglądałam w okna, w poszukiwaniu tych samych, śmiejących się twarzy. Jej okna niestety straszyły już tylko powybijanymi szybami, gdzieniegdzie pozabijano je łaskawie grubymi pilśniowymi płytami. To żyjące niegdyś miejsce, umierało… Choć nie raz wydawało mi się, że w cieniu zrujnowanej łazienki przemknął jakiś zabłąkany cień, Twierdza Modlin była wymarła. Mnie jednak wciąż coś ciągnęło do tego budynku. Gotowa byłam zaryzykować i zejść wąskimi schodami, przedrzeć się przez ciasne, pachnące wilgocią korytarze, pośród strachu, smrodu ludzkich odchodów, byle tylko dostać się do środka. Tak, chciałam wejść do środka. I w miniony piątek, udało mi się….
 
Dzięki temu, że są wśród nas ludzie, dla których podziw dla takich miejsc, fascynacja potęgą i powiew historii są czymś bardzo ważnym, my, zwiedzający mogliśmy podziwiać otwarte tylko tego wieczora miejsca, które dawno temu stanowiły schronienie dla walczących, ale i chorych. Napoleon, Car Mikołaj, Generał Thommee, te postacie zaznaczyły się w historii tego miejsca na trwałe. Ich decyzje, odcisnęły się piętnem na niejednym ludzkim istnieniu, ale i zaznaczyły mury Twierdzy Modlin wojennym zębem zniszczeń. Nasz Przewodnik opowiadał z ogromnym skupieniem o historii, pokazywał ślady i kierując na mapę snop światła swojej latarki, oprowadzał ścieżkami, którymi podążali niegdyś żołnierze. W końcu weszliśmy do koszar… Obydwoje, ja z moim synem, byliśmy niesamowicie podekscytowani, podczas gdy mój mąż w skupieniu słuchał, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co działo się wokół. Mój syn, ze swoją dziecięcą ciekawością aż podrygiwał w miejscu. Zatrzymaliśmy się na schodach, słuchając entuzjazmu przemawiającego przez Przewodnika, kiedy mój mały explorer szepnął:
- Chodź, chodź pójdziemy do końca korytarza…
Poczułam się wtedy znowu jak ta dziewczynka, która spacerując wzdłuż murów z lękiem spoglądała na ogromnego, zbudowanego z czerwonej cegły potwora. Gdzieś w mojej wyobraźni znowu rozbrzmiał śmiech żołnierzy. Cofnęła się kilka kroków do tyłu, by spojrzeć w ciemne podwoje korytarza wiodącego środkiem koszar…. Tam światło nie docierało. Nie wiedziałam, co zastanę na jego końcu. Spojrzałam na mojego syna, na wsłuchanego w opowiadane historie męża i ruszyliśmy. Postanowiliśmy sami zdobyć to miejsce…
Pokoje najbliżej schodów, gdzie zatrzymała się wycieczka, były wysprzątane. Ściany pomalowano tu na biało a wewnątrz czułam powiew wieczornego wiatru i zapach rzeki płynącej u podnóży skarpy, na której wzniesiono tę ogromną budowlę. Jednak nie zawsze tak bywało. Dawno temu, to miejsce było mroczne, pachniało prochem i wilgocią, która kradła oddech zamkniętych wewnątrz żołnierzy. Mój tata, powiedział kiedyś, że Twierdza Modlin nie cieszyła się dobrą sławą. Przydział do odbycia w jej murach służby wojskowej, traktowano jako zły los.
Twierdza Modlin w centrum leży. Jest mogiłą dla żołnierzy…
Pamiętałam jego słowa, on tę służbę zakończył, wielu przed nim się to nie udało. Mam na myśli nie tylko tych, którym nie starczyło psychicznej siły, ale i walczących o to, byśmy mogli swobodnie przemierzać ulice naszego miasta.
Światło za nami zaczęło blednąć a zapał mojego syna rósł proporcjonalnie do pogrążającej nas łapczywie ciemności. Zaglądaliśmy do kolejnych pokoi, oddalając się od grupy. W końcu otoczyły nas całkowite ciemności, biała farba pokrywająca ściany również zniknęła, a w jej miejscu pojawiły się złuszczone płaty opadające na podłogę. Kolejne pokoje już nie były tak wysprzątane, stare płytki gumoleum sterczały, jak powyginane kikuty i straszyły swoim widokiem. Do tego dotyk zimnego wiatru, który hulał po pomieszczeniach, napawał mnie lękiem. Wdzierał się w nasze uszy i snuł opowieść walczących. Moich uszu dobiegł dziwny dźwięk, przypominał nieznośnie narastający szum. Czy tak szumiała spadająca bomba? Zadarłam głowę wysoko, chcąc upewnić się, że dwumetrowej grubości mury zapewnią mnie i mojemu synowi bezpieczeństwo. Wydało mi się, że czuję woń przepoconych mundurów i zapach prochu. Coś dotknęło mojej dłoni, a zimno wspięło się szybko po moim ramieniu. Gdzieś zza okna dobiegł nas odgłos wrzeszczącego puszczyka. Jak czuli się ci, dla których Twierdza Modlin była przez wiele lat domem? Czy tak ją traktowali, kiedy otoczeni przez najeźdźcę bronili jej? Czy mieli świadomość, że stanie się ona dla nich mogiłą?  Czy bali się?
W którymś z kolejnych pokoi ujrzeliśmy poustawiane metalowe prycze. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła widok szarych koców i nocne skrzypienie sprężyn uginających się pod ciężarem spoczywających na nich ciał.
Nie starczyło mi odwagi, by brnąć dalej, choć mój mały bohater, dysząc ciężko z podekscytowania gotów był iść. Przypominał mi wtedy tę małą dziewczynkę, która czekała prawie trzydzieści lat na ten moment, by znaleźć się w środku tego przepełnionego wspomnieniami miejsca! Wydało mi się jednak, że nasza ciekawość, chęć znalezienia choć najmniejszego dowodu na potwierdzenie tego, co zapisano na kartach historii, stanowią pogwałcenie panującej wokół ciszy. Ten moloch dawno spał zasłużonym snem, wyczerpany okrucieństwem wspomnień z okresu obu wojen.
- Wracamy.
Szepnęłam, choć całą sobą pragnęłam zostać i wsłuchiwać się w tę ciszę. Pozwolić jej napełnić mnie swoim cierpieniem. Tak długo na to czekałam. Chwyciłam małego za rękę i zawróciliśmy. I nie jestem pewna, czy tylko wydawało mi się, ale znowu mignął mi cień sylwetki żołnierza. Był tu jednak, przez te wszystkie lata… Prężne młode ciało zniknęło za kolejnymi drzwiami ponaglając, byśmy podążali za nim… Spojrzałam na syna. Jego oczy lśniły nieznanym dotąd blaskiem. Czyżby widział to co ja? Pociągnęłam go mocniej i wróciliśmy do światła latarek zwiedzających, głosu Przewodnika i uśmiechniętej twarzy mojego męża.
- Gdzie wy byliście?- Zapytał nas.

Odwzajemniłam jedynie uśmiech. Bo my zdobywaliśmy Twierdzę Modlin. Stawialiśmy czoło drzemiącej w jej murach historii… 







Nadmorski Plener Czytelniczy 2017

Widok morza zawsze wzbudzał mój zachwyt. Jego nieograniczona powierzchnia, zapach, a w końcu otaczający nas zewsząd dźwięk, który więzimy w muszlach, przywożonych z nadmorskich wypraw… Coś pięknego, stanowiącego zdecydowanie więcej niewiadomych niż Kosmos. Zdajecie sobie sprawę, że człowiek zdołał poznać tajemnice Kosmosu, jednak głębia oceanów wciąż stanowi dla nas niezbadane tajemnice? A nieznane budzi lęk, nieprawdaż?

Ale od początku…
Nareszcie zaczęłam urlop. Na chwilę wyłączyłam się z korporacyjnego szumu, ciśnienie z pewnością ustąpi, choć prawdopodobnie stanie się tak dopiero pod koniec czasu wolnego 😊
I wystartowaliśmy. Autostradą, bo miało być szybko, a tego potrzebowałam na prośbę Agi Krizel, którą miałam w końcu poznać osobiście. Autostrada jednak okazała się przereklamowaną mrzonką. Korki towarzyszyły nam bez przerwy i nie wynikały one z natężonego ruchu a z bezmyślności kierowców. Dzięki temu jednak w szybkim tempie zjadłam cały zapas nerwów, jaki tkwił we mnie od kilku dni. Złośliwość, krótkowzroczność i potrzeba bycia pierwszym, wbrew możliwościom koni drzemiących pod maską. To cechuje polskich kierowców. Obłęd. Nasz Cytrusek, bo chyba wspominałam Wam, że w mojej rodzinie wszystko ma swoje imię, spisał się średnio. To nie jest samochód dla mnie. Owszem, pruł nić autostrady uprawiając okupiony moim stresem slalom gigant, ale w rezultacie jego szaleństw, już w Gdańsku musiałam tankować… O zgrozo, wypłukał bak do ostatniej kropli… Może macie ochotę kupić Citroena Picasso C3?
Ale dojechaliśmy. Dzieciaki znudzone, wściekłe na siebie i piekielnie głodne. Gdańsk przywitał nas korkami, a jakże. Ale jako, że my Warszawę mamy na co dzień, korki też potraktowaliśmy z przymrużeniem oka, co dodatkowo wynagrodziło nam piękne, przytulne mieszkanko na cieszącej się niezbyt dobrą sławą, jak się potem okazało dzielnicy Gdyni, zwanej Chylonią. I tu pozdrawiam Anitę Scharmach i Daniela Koziarskiego 😊
Dałam radę, spacer wieczorową porą do sklepu, żeby kupić dzieciakom coś do jedzenia na śniadanie zakończył się sukcesem. Ale z drugiej strony, my Nowodworzanie potrafimy o siebie zadbać, to nawet dobry temat na książkę. Może kiedyś zbiorę się i napiszę o moim mieście?
Dotarliśmy, złapaliśmy oddech i pognaliśmy na gdyński bulwar. W międzyczasie Cytrusek zaczął dziwnie popiskiwać, grzechotać, jakby zebrało mu się na chęć zagrania na kastanietach. Obawiam się, że to hamulce, może nawet tarcze rozprysły, jak Perseidy na niebie. Trudno. Oceniłam go pochopnie i zdecydowanie rozstaniemy się niebawem.
Kamienna Góra przygięła nieco mój kark do ziemi, kiedy pokonywałam milion schodków dzielących mnie od bulwaru, bo auto zostało gdzieś daleko na głównej ulicy. Ale parliśmy do przodu, dzieci bo głodne i spragnione kąpieli, ja w nadziei, że zdążę jeszcze spotkać Izę Milik i nie zawiodę czekającej na mnie Agnieszki Krizel.

Udało się. Po drodze spotkałam Agnieszkę Kowalską, stacjonującą wakacyjnie nad morzem i popędziłyśmy do stoiska Novae Res, gdzie w dalszym ciągu trwało spotkanie Izy, zjawiskowo pięknej, niebywale skromnej i wrażliwej autorki. A swoją drogą, osoba tak subtelna, nieskazitelna wręcz napisała thriller z polityką i perwersyjnym seksem w tle! Kocham przeciwieństwa! Oczywiście książkę mam, nawet z autografem. Ale o wrażeniach po jej przeczytaniu opowiem, kiedy ją przeczytam. Poznałyśmy się w końcu, porozmawiałyśmy i wiecie co? Stres już zupełnie opuścił mnie. Tak wiele fragmentów naszych życiorysów wydało mi się podobne.


Ania Sakowicz, którą również spotkałam twierdzi, że w naszym pisarskim środowisku zjawisko chemii również odgrywa wielkie znaczenie. Nie popadajmy w skrajności, nie cechuje nas perwersja, ale między autorami musi zaiskrzyć, by czas, który spędzamy razem pozostał w pamięci na dłużej. Poczułam ten zastrzyk sympatii do Izy i zyskałam koleżankę, co przyznaję z dumą. A Ania Sakowicz nie pomyliła się. Już kolejny zresztą raz. Jej ciepło i wszechstronność są dla mnie, jak księga. A rady, których udzieliła, posłużą  z pewnością w niedalekiej przyszłości.
I przysiadłam na krzesełku obok Izy, potem przeniosłyśmy się na ławeczkę, mając stoisko mojego Wydawcy wciąż w zasięgu wzroku. Jakoś tak wyszło, że nie ruszyłam z tej ławeczki nawet na krok. Towarzystwo miałam przednie, dołączyła do nas znana w środowisku posiadaczka najpiękniejszego imienia Eleonora, którą z największą chęcią spakowałabym w walizkę i zabrała ze sobą do domu. Cóż to za kobieta!!! Wulkan optymizmu, niespożytej energii i skarbnica wiedzy. A Jej syn ma na przedramieniu tatuaż, jaki na zawsze pozostanie w sferze moich marzeń! WOW! Mam zdjęcie, więc podziwiam…

Eleonoro, już Ci zdradziłam, że przygotowałam małą pamiątkę naszego bulwarowego spotkania. Zrobiłaś na mnie ogromne wrażenie.



W międzyczasie dobiła do nas Anita Scharmach, pojawiła się również Monika Halman, przynosząc dowcip, żarty i doskonały nastrój, jakim kipiała nasza ławeczka. W końcu zasiadłam na krzesełku, bo nastała 15:40, czyli czas mojego spotkania z Czytelnikami. Czułam się wybornie. Do tego stopnia, że ukradłam odrobinę czasu Danielowi Koziarskiemu, którego w końcu udało mi się poznać. Przesympatyczny mężczyzna, przysiadł na krzesełku obok i rozmawialiśmy tak, jakbyśmy widzieli się zaledwie dzień wcześniej. Napisałam wyżej, że człowiek lęka się nieznanego. To prawda. Ale w towarzystwie osób, które nie kryją życzliwości, rozmawiają otwarcie, coś takiego, jak stres nie istnieje! To proste. Poznałam Agnieszkę Krizel. Udało nam się. Aga jest osobą bardzo zdystansowaną, spokojną, ale czujną. Jest obserwatorką i podchodzi do swojego blogerskiego zajęcia z największym skupieniem. Pewnie powtórzę się, ale to moja Patronka. Jestem dumna.
W końcu zauważyłam skradającą się od strony namiotów innych wystawców kobietę. Od razu wiedziałam, że to Agnieszka Sonenberg. Kolejna istota, która jest trybem napędzającym, motywującym i wspierającym. I znowu radości nie było końca. Jeszcze tego samego dnia, a raczej wieczora, dwie osoby zagadnęły- Czy ta pani w krótkich spodenkach, to była przypadkiem Agnieszka Sonenberg? A ja nie przywitałam się…


Wiecie co? Nasuwa mi się pewien wniosek. Otoczenie, w jakim się znajdujemy, jakie oddziałuje na nas, ma ogromny wpływ na to, czym się zajmujemy a w końcu jakie są efekty naszej pracy. Mam wspaniałych Czytelników, wspaniałe i bardzo wartościowe


Patronki i Przyjaciół, których obecność pozbawia mnie lęku przed nieznanym, przed reakcją na to, w jaki sposób zostanę odebrana ja i moja praca. I to jest wspaniały dar.

Bardzo dziękuję za spotkania z Wami. Wartościowe i niezwykle przyjemne. Długo będę je wspominała. Dziękuję za pamiątki, już zajęły swoje miejsce na regale wśród książek i cieszą oko, przypominają o tym, co ważne. I, mam gorącą nadzieję, do następnego razu!



Warszawskie Targi Książki 2017

Ach, takie oczekiwanie, tyle emocji a teraz pozostały już tylko wspomnienia po zakończonych w maju targach książki w Warszawie. Tym razem pojawiłam się na nich tylko w sobotę, choć zwykle nie potrafię sobie odmówić przyjemności spotkań z koleżankami, kolegami i Czytelnikami i jestem obecna podczas dwóch weekendowych dni. Ale w tym roku komunię miał mój Kubuś i musiałam stanąć na wysokości zadania.
Już na początku ogromne wrażenie zrobiło na mnie stoisko mojego Wydawcy. Po raz pierwszy miałam stanąć twarzą w twarz z przedstawicielami NovaeRes. I byłam pod wrażeniem ciepłej, niemal rodzinnej atmosfery, jaka panowała na stoisku. Wszyscy byli uśmiechnięci i otwarci. Żartowali, jakbyśmy znali się od lat. Potem zaczęli pojawiać się Czytelnicy i rozmowom nie było końca.
Dostałam kilka cennych rad od starszych w tym zawodzie, za co jestem niezwykle wdzięczna. Spotkałam kilku młodszych autorów, których aż chciałoby się uściskać za te Ich spojrzenia :-)

Mimo, że to nie były moje pierwsze targi, że wielu z Was rozpoznaje mnie już i nie kryje zadowolenia ze spotkania, dla mnie to wciąż niesamowite przeżycie. Jestem niezwykle przejęta, wzruszona a na koniec przeszczęśliwa. A gdzieś tam, bardzo głęboko w sercu dumna, że udało mi się przedrzeć przez tłumy innych debiutantów i zająć miejsce w szeregu, obok cenionych autorów. To niewyobrażalne szczęście. Dziękuję.
I kilka moich zdobycznych targowych fotek.
















Najciekawsze cytaty z moich powieści


Mroki Łowisk:

Kobieta, którą chciałbym widzieć przy swoim boku, powinna być inteligentna, powinna wiedzieć, czego chce. Powinna być silna, zdeterminowana i powinna mieć w sobie cechy delikatnej, kruchej istoty, która, kiedy wymaga tego od niej sytuacja, potrafi walczyć jak lwica w obronie najbliższych i swoich racji. O, czy to nie ty taka jesteś.

Kiedyś jego babka mówiła, że nadzieje wypowiedziane w złej minucie mogą przynieść tragedię i zemścić się na człowieku.

– Czy go kocham? Nie wiem, czy kochać to znaczy, że chcę być obok niego, chcę czuć jego ciepło. Tęsknię za tym jego lodowatym spojrzeniem, bo budzi we mnie lęk, ale i podkręca do tego stopnia, że nie mogę się opanować. Ja czasem czuję się przy nim jak mała dziewczynka, która potrzebuje opieki, ale takiej, którą właśnie on mi daje. Za chwilę znowu czuję coś zupełnie przeciwnego, jakbym potrzebowała odetchnąć od niego, odpocząć. Chcę tam wrócić. Muszę. Żebyś widziała Łowiska…


jesteś jego kobietą i nie miałem prawa posunąć się tak daleko. Żadnym wytłumaczeniem nie jest to, że cię kocham. Już wtedy nad jeziorem posunąłem się za daleko, ale nie potrafiłem się zatrzymać. Kocham cię, chcę ciebie tylko dla siebie i nie mogę nic z tym zrobić.

– Wszystko. Wiodłam całkiem normalne, trochę nawet nudne życie. A potem to wszystko się skomplikowało. Pojawił się twój brat, potem ty. I nie ma już taty. Jestem uwięziona pomiędzy tym, co już się skończyło, a wami obydwoma. Nie wiem, co teraz.

Dlatego kochaj mnie dziś tak, jakby nic złego się nie stało, a jutro miałoby nigdy nie nadejść.

Jagoda, cytat:

Fizyczna jedność, możliwość dotykania cię, czucia twojego smaku, zapachu były mi dane na krótko, ale są dla mnie nagrodą, która wystarczy, żebym kochał cię w tym i tamtym wymiarze. Jesteś moim życiem i przeznaczeniem, które musi się dopełnić w ten czy inny sposób. Pamiętaj o tym i nie przekreślaj mnie. Jestem twoim niewolnikiem, jestem zależny od tego, co do ciebie czuję, bo to daje mi siłę, żeby walczyć i żyć dalej. Kocham cię, znaczy tak mało, jeśli patrzysz wstecz naszego czasu, ale uwierz mi dla mnie ma siłę wieków. I nie potrafię się temu przeciwstawić.

Jesteś taka soczysta, apetyczna. Mógłbym cię jeść, kawałek po kawałku. Jesteś esencją, która trzyma mnie przy życiu Maju. Dla ciebie gotów jestem zostać tu, gdzie jestem. Zniknąć.

Maju, chciałem ci tylko powiedzieć, że nie miałoby dla mnie znaczenia, dokąd trafię, gdybym miał teraz umrzeć. Gdybym miał umrzeć wiedząc, że kochasz mnie tak, jak kochałaś jego, nic nie miałoby dla mnie znaczenia. Ani niebo, ani piekło. Wytrzymaj tylko tę próbę, błagam cię kochanie…- Ciepłe ramię wsunęło się pod jej kark a silna dłoń spoczęła na jej ciężarnym brzuchu, podczas gdy jej świadomość jak skulony kot spoczęła na dnie jej duszy uśpiona.

Czasem to, co wydaje nam się być prostym jedynym wyjściem z sytuacji, może okazać się próbą, na którą nie jesteśmy w stanie zdobyć się.

- Tak sądzisz? Nie wydaje ci się, że trudniej jest stawić czoło życiu bez kochanej osoby? Nie sądzisz, ze odebranie sobie życia jest po prostu ucieczką?
- Jeśli nie jest się w stanie żyć bez osoby, która stanowiła sens tego życia? Nie sądzę. Gdyby tobie miało się stać coś i bez względu na to, czy byłabyś z moim bratem, czy ze mną, miałbym żyć bez ciebie, to wolałbym umrzeć. Kiedy stajesz się treścią czyjegoś życia i nagle ta osoba zostaje tej treści pozbawiona, to jak widzisz jego życie? Czy możesz sobie wyobrazić cel? Wartości? Sens? Ja nie mogę.
- Paweł to jest ucieczka, słabość. Kochać można wspomnienia, pamięć. Nie musisz wyrzucać tej osoby z serca, ale nie masz prawa odbierać czegoś, co masz najcenniejsze?
- Kiedy właśnie to, co najcenniejsze zostało już odebrane Maju..

Za zakrętem:

Moja mama zawsze powtarzała: „Nigdy nie rozstawaj się w gniewie. Bez względu na to, kto zawinił, nie chowaj urazy, bo nie wiesz, co może czekać na ciebie za zakrętem. Może się na przykład okazać, że już do końca swoich dni będziesz wspominała chwile, minuty kłótni, która was podzieliła. Dawno zapomnisz o jej powodach, ale strata nie pozwoli zapomnieć o twoim zaniedbaniu”.

Ja zaś zamknęłam po raz ostatni drzwi domu moich rodziców. Przed oczami stanęły mi chwile, kiedy po wielekroć powtarzałam tę czynność. W liceum, na studiach, a potem już pracując. Wcisnęłam guziki alarmu, przekręciłam klucz w zamku, a każde jego rdzawe skrzypnięcie budziło we mnie dreszcze i grozę przed niewiadomą, która była wciąż przede mną. Rozejrzałam się wokół i włożyłam klucz pod wielką donicę z ukochanymi przez mamę hostami. Zatrzymałam się na wysokości furtki i po raz ostatni obróciłam głowę w stronę pustych i ciemnych okien domu. Dopiero kiedy poczułam, że zaczynają mnie piec powieki, wcisnęłam ręce głęboko w kieszenie dżinsów i ruszyłam do samochodu, pewna, że już nigdy więcej nie ujrzę tego widoku. Nie będę szukała w oknach odbicia mamy, która macha mi ręką na pożegnanie, kiedy spieszę się do pracy, nie otworzy mi furtki tata, bo właśnie szedł po świeże bułki do kolacji, kiedy wypompowana wracałam z podróży. Sięgnęłam po chusteczkę do nosa i otarłam łzy.

. Człowiek jest w końcu stworzeniem zdolnym do wielu poświęceń, ale też potrafi się posunąć do najgorszych zbrodni. Potrzeba mu tylko jakiegoś bodźca, może w imię religii, przekonań albo przynajmniej zaspokojenia swoich żądz, którymi usprawiedliwiłby swoje nawet najgorsze posunięcia.

Dzieci są takie czyste i proste w swej egzystencji. Potrzebują zaledwie odpowiednio dawkowanych bodźców, wskazówek, by ich egzystencjalna prostota nie przeistoczyła się w beznadzieją mierność.

 Jacek pochylił się nade mną powoli i zamknął mi usta, przyciskając do nich swoje gorące, wilgotne wargi. Świat nagle zaczął tańczyć, kiedy wpatrywałam się w jego twarz osaczona bliskością, ciepłem i wilgocią jego ust. Zamknęłam natychmiast oczy i ujmując jego nadgarstki, ścisnęłam je mocno. Smak jego warg, ich soczysta miękkość absorbowały całą moją uwagę i choć czułam, że to, co się działo, niekonieczne było dobre, nie potrafiłam przestać się delektować trwającą chwilą. Czas płynął powoli, zupełnie jakby na moment zwolnił i zwrócił zaciekawione spojrzenie w naszą stronę. W mojej głowie jednak zaczęły piętrzyć się myśli, przebłysk rozsądku podpowiadał mi, że ten pocałunek mógł zrujnować wszystko, co do tej pory udało mi się odbudować. Przecież moje dotychczasowe kontakty z mężczyznami kończyły się prędzej czy później spektakularnym fiaskiem. Jeszcze tylko chwilkę, krótki momencik… Moje serce zawodziło jak szczenię siłą oderwane od matki.

– A czego chcesz? – rzuciłam krótko, nawet się nie odwracając.
– Ciebie. Chcę, żebyś była moja. Chcę z tobą być. Chcę patrzeć, jak zasypiasz i jak się budzisz. Ciebie chcę. I od jakiegoś czasu odnosiłem wrażenie, że chciałaś tego samego.

. Moja mama zawsze powtarzała, że na udrękę umysłu najlepsze jest fizyczne zmęczenie.

Podniósł się powoli i ze wzrokiem utkwionym we mnie podszedł blisko. Zupełnie blisko, a nawet zbyt blisko, bym wciąż mogła zachowywać swobodę. Krew w uszach zaczęła szumieć, więc odsunęłam się na bok możliwie najdalej, odwracając głowę i dając mu tym samym do zrozumienia, że narusza swoją bliskością moją strefę prywatności. Wycofał się, co przyjęłam z ulgą. Wtedy jednak odwrócił się nagle, przyciągając mnie do siebie. Oparł o ścianę domu tuż obok drzwi wejściowych, przyciskając ramiona równo do ściany.
– Jacek… – sapnęłam jedynie i zacisnęłam powieki, czując jego usta zamykające się na moich. Wilgotne, soczyste, smakujące świeżą kawą, którą Aniela parzyła dla niego każdego ranka.
– Zadręczasz mnie, Agnieszko. – Jego głos, jak dodatkowa para rąk, błądził po mojej twarzy, wdzierał się pod bluzę i szczypał napiętą skórę.

On pojawił się i został przy mnie bez dodatkowych porywów, jakby to było już wcześniej zaplanowane. Nasza codzienność wyglądała zupełnie tak samo, jedynie noce, bo te spędzaliśmy razem, spacery, którym oddawaliśmy się trochę ciaśniej wtuleni w siebie, przypominały mi o tym, że na świecie był ktoś jeszcze, dla kogo znaczyłam więcej.

– Agnieszko… Siebie mi dajesz. Dajesz mi rozmowy, swoją radość. Dajesz mi swoje tęsknoty i strach. Dajesz mi ciało i duszę. Czego mogę chcieć jeszcze? Przy tobie mogę być sobą, czuję się potrzebny. Jestem twoim rękawem, tarczą. Więcej nie powiem, bo to i tak dużo, jak na mnie. – Uśmiechnął się nerwowo, jakby chciał rozładować gęstniejącą atmosferę.

Ale jego twarz promieniała jak twarz dziecka, które dostało upragnioną zabawkę. Lubiłam takie momenty. Przeglądałam się wtedy uparcie w jego spojrzeniu i byłam szczęśliwa, widząc w nim kobietę pożądaną i kochaną. Czułam się piękna, wartościowa i nie musiałam się bać.

Bo dla mnie pojęcie „dom” miało również wymiar bardziej metaforyczny. Tu nie chodziło tylko o mury wyznaczające jego granice. Było to miejsce, gdzie nadrzędną rolę odgrywało bezpieczeństwo i spokój. Był to bardziej stan ducha, w zaistniałych okolicznościach pielęgnowałam wyobrażenie tych wartości, w które niegdyś tak bardzo wierzyłam. (…)Tak bardzo pragnęłam czuć się w moim domu jak w miejscu poza czasem, gdzie wszystko miałoby znaczenie, a ludzie w nim przebywający stanowiliby część tego stanu. To miał być świat pozbawiony bólu, tęsknoty i cierpienia.

Niestety ja nigdy nie wierzyłam w zbiegi okoliczności. Bez względu na to, czy były szczęśliwe, czy też nie. Byłam zdania, że wszystko było już z góry zaplanowane, a nam nieszczęśnikom dano jedynie możliwość wyboru drogi z kilku dostępnych opcji. I tym samym ponosiliśmy odpowiedzialność za każdy dokonany wybór. Byliśmy zatem ofiarami czyjegoś okrutnego żartu, a tworząc wciąż nowe prawa, nowe teorie, oszukiwaliśmy się, bo gdzieś głęboko w nas tkwiła świadomość, że ta gra nie jest warta zachodu.

Oparłam głowę o drzwi i zamknęłam oczy. Mocny, tępy ból powoli rozprzestrzeniał się w mojej głowie. Szeleszczące liście szeptały wprost do mojego umysłu słowa swojej kołysanki, a ciekawskie dłonie lekkiego wiatru dotykały niepewnie wciąż zaróżowioną strachem twarz.
Wątpliwości wgryzały się swoimi zębami w moją duszę. Przez chwilę wydawało mi się, że kurczę się pod ich kolejnymi ukąszeniami. Zerknęłam we wsteczne lusterko, podziwiając różowiejące od zachodu słońca niebo. Taki dar, jakim był ten las, oferowany przez niego spokój i schronienie, pensjonat, mój nowy dom, nawet Jacek – uświadomiłam sobie, jak wszystko, co rzucać powinno człowieka na kolana przed potęgą natury, blednie w obliczu strachu i samotności.

Z dołu wciąż dobiegał mnie szept ich rozmowy. Lekki jak monotonna muzyka alt dźwięcznego, ciepłego głosu Anieli i pokorny tembr głosu Jacka, niczym brzęczenie trzmiela nad jej kwietnikiem. Ona niczym lek antydepresyjny nuciła swoje argumenty wprost do serca niepokornego syna. On zaś coraz rzadziej, coraz słabiej brzęczał, przeciwstawiając się.

Usiadłyśmy na ławce, która stała przy ścianie domu, Aniela pieszczotliwie gładziła podłokietnik. Pewnie siedziała na miejscu męża, może nawet była z nim w tej chwili. Ona ubrana w kolory pięknej wiosny z rozśpiewanymi ptakami i szumem drzew nad głową, on w swojej wyblakłej jak stare płótno rzeczywistości… Dla niego czas stanął już w miejscu, nie mógł mu wyrządzić żadnej więcej krzywdy. Ona wciąż się z nim borykała, płynął tak szybko, jak woda w pobliskim strumieniu. Siedzieli obok siebie, ich myśli splatały się razem, przywołując chwile, kiedy byli szczęśliwi i kiedy czas nie stanowił dla nich żadnej przeszkody.
Non omnis moriar

Spojrzałam w stronę mojej towarzyszki tego wspólnego kontemplowania ciszy; na jej twarzy malowały się zadowolenie i spokój. Przymknęła powieki i pozwalała, by młode słońce obmywało jej twarz swoimi ciepłymi promieniami. Wyobrażałam sobie, że oczami duszy sięgnęła czasu, kiedy oboje siadywali na ławce. Przytłoczyła mnie jedynie świadomość, że ja kiedyś też będę tak wspominała moich bliskich bądź – co byłoby dla mnie lepsze – będę wspominana przez nich. Teraz dążyłam do czegoś, wciąż żegnałam tych, którzy odeszli, i opłakiwałam moją stratę, wiedząc zarazem, że miałam obok siebie ludzi, którzy mnie kochali i którym byłam potrzebna. Moje życie zaczynało ponownie nabierać barw i rozpędu tylko dlatego, że byli obok mnie. Jednak mój entuzjazm nie miał trwać wiecznie, wszystko było takie ulotne, krótkotrwałe. Już za chwilę mogłam kogoś żegnać. Gdziekolwiek spojrzałam, nie widziałam ucieczki… Zamknięta w szklanej pułapce swoich naiwnych nadziei, że mnie to nie spotka. A uciec nie było dokąd. Wszyscy byliśmy w takim razie uwięzieni w naszych ciałach, w naszych realiach, a klaustrofobiczny krąg bezradności zacieśniający się z roku na rok pozbawiał nas złudzeń, przynosząc choroby, dolegliwości, stratę bliskich… Komediodramat, a w rolach głównych naiwni ludzie…

Pewnego wieczora posunęliśmy się krok dalej, zdjęliśmy ubrania i chodziliśmy po lesie nago! Takiego podekscytowania i towarzyszącego mu uczucia wolności nie czułam dotąd. Wyobrażałam sobie wtedy, że jesteśmy na świecie zupełnie sami i nic ani nikt nie jest w stanie mi zaszkodzić! Być odartym z tego, co zbędne, i zdanym tylko na łaskę natury. Oczyszczaliśmy w ten sposób nasze myśli, syciliśmy się swoją obecnością wsłuchani w życie lasu nocą. Każdy dźwięk przecież, który słyszymy za dnia, nocą brzmi całkiem inaczej. Ta sama trzaskająca pod stopą gałąź zdecydowanie wyraźniej, głośniej będzie pękała nocą. Każdy problem nocą nabierał głębszego, bardziej przerażającego wyrazu, niż gdy podchodziło się do niego w blasku słońca.








Na naukę nigdy nie jest za późno- Anna Kasiuk


24 marca 2017 roku miałam ogromną przyjemność gościć w Radiu dla Ciebie. Od tego czasu minęło już kilka dobrych tygodni, ale wciąż pamiętam napięcie towarzyszące temu wydarzeniu. Radio od zaplecza wygląda zupełnie podobnie do innych miejsc, do których udajemy się. A jednak jest to coś, ten drobny element, który odróżnia je od innych. Szczelnie pozamykane drzwi, ogromne konsole, które niosą wiadomości, muzykę w świat, prosto do uszu odbiorców. Tu, pomyłka staje się automatycznie wiadomością publiczną, nie można jej cofnąć, zupełnie jak wydarzeń, które zapisują się w życiu nieodwracalnym wspomnieniem. Poznałam Annę Matusiak-Rześniowiecką, która prowadziła wywiad najpierw z Iloną Adamską, niebywale otwartą, szczerą i utalentowaną kobietą, wydawcą I.D. Media, właścicielką Imperium Kobiet, Law Business Quality i szefową Agencji PR. Możecie sobie jedynie wyobrazić mój stres, kiedy usłyszałam Ilonę na antenie. Ta kobieta ma głowę pełną pomysłów, jej życie jest jedną wielką pasją! Słuchałam i podziwiałam. Szczerze. Dobrze, że wśród nas są ludzie, którzy spełniają swoje najskrytsze marzenia, kreują poglądy innych, wskazują kierunki i pokazują świat z tej lepszej strony.

A później nastał mój czas. Spięta niebywale ruszyłam korytarzem, weszłam do niedużego pokoiku i zapomniałam o stresie! Ania okazała się perfekcjonistką w najmniejszym szczególe. Nasza rozmowa oscylowała wokół Łowisk, magii i tego, co nadaje życiu sensu, a mianowicie pasji. Zanim spostrzegłam, mój czas antenowy dobiegł końca, a mnie wciąż pozostało tak wiele rzeczy do  opowiedzenia! Dobrze jest mieć swoją pasję, dzielić to, co się kocha z ludźmi, którym moja praca daje radość.
Podobało mi się. Bardzo przyjemnie było porozmawiać, opowiedzieć o sobie i swojej wielkiej nowo odkrytej miłości, jaką jest pisanie. Załączam Wam link, gdybyście mieli ochotę posłuchać. I wiecie co? Ten świat radiowy wcale nie jest taki zły, wystarczy wiedzieć, czego się od życia oczekuje i być pewnym swoich racji.
A moi chłopcy siedzieli w samochodzie i słuchali....  z racji pory, a może skupienia, sen zmorzył najmłodszego mężczyznę. 


A zaraz po wizycie w RDC odbyło się spotkanie w wyjątkowym miejscu, jakim jest Szynk Praski.  
      
 29 marca 2017 roku o godzinie 18, zaprosiłam moich Czytelników do miejsca, które opisałam w II tomie sagi Łowiska. Praga, jej wyjątkowa atmosfera, wilgotne od deszczu ulice i ten dreszczyk emocji powodowany widokiem zniszczonych kamienic, śladami po kulach znaczącymi budynki wspomnieniem minionych wydarzeń. Sam Szynk Praski to miejsce bardzo klimatyczne. Stare stoły, krzesła przypominające moje dzieciństwo, pięcioramienny wieszak i ten obraz… Śniadanie wioślarzy Renoira. Kiedy dzień wcześniej przygotowywałam się do tego spotkania, przyszło mi do głowy, że powinnam przedstawić zebranym kilka faktów związanych z życiem moich bohaterów. I z każdą chwilą, kiedy spisywałam je, uświadamiałam sobie, jak wiele wspólnego miał Szynk Praski, wiszący nad barem obraz i moi bohaterowie… Matylda bowiem urodziła się tego samego roku, kiedy maestro Renoir skończył pracę nad swoim dziełem. Ojciec Majki urodził się tego samego roku, co mój tato, Robert zaś wtedy, kiedy moja siostra.. A Łodziska, które mijam po drodze na Mazury? Czy nie sądzicie, że to wszystko jest w jakiś sposób powiązane? Nijak nie przykładałam do tego palca a w zbiegi okoliczności nie wierzę. Może stałam się tylko nośnikiem historii, która rozegrała się gdzieś tam na mazurskiej wsi, z dala od wścibskich oczu sąsiadów. Kto to wie.

W każdym razie, spotkanie przebiegało w bardzo miłej, przyjaznej atmosferze. Żartowaliśmy, wspominaliśmy a do tego zajadaliśmy się pysznym poczęstunkiem przygotowanym przez naszych gospodarzy. To był bardzo udany wieczór. Moja Julia, co zaskoczyło mnie niebywale, opowiedziała publicznie o projekcie Bokser, którego mam być wykonawczynią i wdała się w gorącą dyskusję najpierw z moim przyjacielem Arturem a później znalazła wspólny temat z Alkiem Rogozińskim. 

Bariera pokoleń zadrżała w posadach, kiedy obydwoje, zupełnie, jakby tylko to liczyło się, rozprawiać zaczęli o twórczości Julki a potem Ich ogromnej idolce Magdzie Gessler. Atmosfera to ludzie, przekonałam się o tym po raz kolejny.





Nocne zwiedzanie Twierdzy Modlin

Miałam opowiedzieć Wam o mojej wycieczce do Twierdzy Modlin. Rozsiądźcie się zatem wygodnie, okryjcie się kocem i koniecznie miejcie pr...