Więc chodź, pomaluj mój świat.... Fundacja- Zwierzęta Eulalii

Są wokół nas takie miejsca, do których wiemy, że powinniśmy się udać, a kiedy już to zrobimy, nie jesteśmy w stanie wyrzucić ich istnienia z pamięci. Dla mnie mają one ogromne znaczenie, wielokrotnie wykorzystuję je, jako środowisko w moich powieściach. Tam żyją moi bohaterowie a ja dzięki temu, przeżywam z nimi ich rozterki, radości i niepowodzenia w jeszcze bardziej świadomy sposób. I bardzo często, z wielką przyjemnością wracam do tych miejsc, bo stają się one takimi moimi miejscami na ziemi.

Dlatego opowiem dziś o magicznym miejscu, które odwiedziłam w ostatni czwartek 18 lutego 2016 roku.

Jeśli szukaliście kiedykolwiek takiego miejsca, gdzie magia łączy się z rzeczywistością, zawiść nie ma wstępu a wszystko to, o czym czytacie bądź co widzicie w telewizji, a za czym tęsknicie, tam przybiera realnych kształtów. I to nie są Łowiska :)


Mam na myśli Fundację- Zwierzęta Eulalii, która zajmuje około 20 ha ziemi i jest domem dla zwierząt, które otrzymały od losu drugą szansę życia. A temu szczęściu pomogła drobna, piękna i niezwykle ciepła założycielka fundacji, Pani Eulalia Wojnicz. Większość zwierząt zamieszkujących tereny fundacji została uratowana przez właścicielkę z transportów do rzeźni, zostały one uleczone i aktualnie swoim urokiem, zachowaniem odpłacają za to, co dla nich zrobiono.
Dalej, malownicze tereny, urocze utkane w krajobraz pół i poszarpanych lasów domki i zagrody, ciepła, przyjazna atmosfera, to tylko fragment tego, czym to gospodarstwo agroturystyczne może Was obdarować.
Byłam tam zaledwie kilka godzin, ale z podziwu wyjść nie mogłam przez kilka kolejnych dni. Właściwie do tej pory przeżywam i opowiadam wokół o tym niesamowitym miejscu. Z całą pewnością, kiedy pogoda nieco poprawi się i wygospodarujemy odrobinę czasu, kupimy karmę dla psów, worek marchewek i pojedziemy z wizytą, na co moje dzieciaki przystały z radością.


Mamy luty, więc ziemia wciąż jest pokryta śniegiem, błotem a kolory, którymi mieni się świat są szaro bure, jednak nawet w takich okolicznościach pobyt w tym gospodarstwie uważam za preludium do moich kolejnych tam wizyt. Bo wystarczy wyobrazić sobie wielogodzinne spacery między  drzewami Puszczy Piskiej, niepowtarzalny zapach, śpiew ptaków i chłód ciągnący znad okolicznych jezior, albo wesołe rżenie około 30 koni, gęsi przemierzające te same ścieżki, którymi my spacerujemy, pieszczocha kota plączącego się pomiędzy naszymi nogami i tę ciszę i spokój....Jeśli zatem będziecie mieli ochotę odwiedzić malownicze Mazury, zastanówcie się, czy nie mielibyście ochoty odwiedzić właśnie tego zakątka. Ja jestem pewna, że zakochacie się w jego magii... A więcej szczegółów znajdziecie pod linkiem http://www.eulalia.pl/

Myśli moje lewitujące, czyli co mi po głowie chodzi

Tylko ode mnie zależy, czy będę uboższa o jeden dzień,
czy bogatsza o to, czego w nim dokonam.

Wenus z Willendorfu

Czyste sumienie mam wtedy, kiedy leżąc wieczorem w łóżku spoglądam wstecz i mimo wszystko zasypiam.  
Jeśli spróbujesz wstrzymać oddech, poczujesz gorącą falę bezsilności wypełniającą twoje płuca...

Strach, który dziś zagląda ci w oczy. jutro skuli się pod twoim spojrzeniem.

Powroty bowiem stanowią namiastkę Raju...

Moje wiersze

Zdecydowałam się w końcu zabrać moje stare zeszyty z piwnicy Mamy. Rozczuliły mnie te aforyzmy. A wiersze obudziły uśpione dawno uczucia. Człowiek jest bezdenną walizką poukładanych tam uczuć, przemyśleń.  Jedne są luźno wrzucone, chaotyczne. Inne zaś, bez względu na upływający czas przypominają to, co działo się wtedy. Wszystko we mnie obudziło się. Mam nadzieję, że niektóre wspomnienia uda mi się poskromić wcześniej, niż zaczną na nowo boleć...

Julka, seria Julka

Sama już nie wiem, czy droga którą idę była choć przez moment prosta...
Czy zbaczałam nieświadomie w porośniętą nieprzeniknioną ciemnością pragnień gęstwinę?
Chciałam tylko wykraść losowi choć woń szczęścia, choć namiastkę tego, czego pod dostatkiem mają królowie tego świata.

Zbroczona krwią wyciśniętą przez ciernie niesłusznego zaufania byłam szczęśliwa.
Udało się.
Zasłużyłam wbrew wyrokom, zdobyłam cenny klejnot całego mojego życia. Dumna oddałam swój urok i nosiłam go pod sercem.
Byłam dumna, złodziejka, która okradła los...
Królowie świata patrzyli z litością godną bogów.
Nie zasługiwałam na błogosławieństwo. Ukradłam je.

Czy kropla w morzu zmieni jego bieg, gdy zboczy w stronę, gdzie drzemie jej pragnienie?
O, przekleństwem niech będą moje pragnienia! Tak zwyczajne, proste aż nierzeczywiste.
Wciąż łkające serce po omacku znalazło jednak gorącą pierś miłości.
Otwarte ramiona zwabiły w kolejną ścieżkę. Gdzieś na jej końcu było światło, które zatopiło resztkę smutku i tchnęło w zagubioną duszę świeży oddech życia.
Objęły mnie te ramiona i przycisnęły mocno do gorącego źródła.

Będę kradła losowi i te chwile.
Nie zasługuję na błogosławieństwo, jestem tylko potomkiem królów tego świata. Złodziejką o czarnych myślach i koronie niepasującej na moje skronie. Palą ją pragnienia, które muszę ukraść.
Ukraść uwagę, której potrzebuję bardziej niż powietrza.
Miłość, która wciera w zziębnięte ciało balsam życia.      
Jestem złodziejką, nie zasługuję na błogosławieństwo..
A królowie będą bardzo gniewni..

                                                                                              Wrzesień 2001

Anioł Stróż, seria Julka

Nigdy nie dowiem się, czy moje łzy są dla ciebie tą kroplą wody, o którą modlą się konający z pragnienia.
Nie dowiem się również, czy moje ramiona wciąż otwarte jak drzwi do babcinej spiżarni są dla ciebie schronieniem takim, jak dla zlęknionego burzą napotkane drzewo.
Chciałabym jeszcze wiedzieć, czy moje oczy są dla ciebie księgą, z której możesz wyczytać ciągłą tęsknotę i pragnienie ofiarowania więcej iż dawałam dotychczas?
Czy nocą leżąc przy twoim boku zasługuję na to wytchnienie?
Czy kradnąc twój oddech pocałunkiem na dobranoc nie powinnam wciąż czuwać, jak troskliwa matka czuwa przy swoim dziecku?
A może mnie zawołasz, bo moje piersi ukołyszą lepiej niż poduszka a dłonie wypieszczą zmęczenie ze skroni lepiej niż kołdra?
Poczekam, nie usnę. Wsłucham się w melodię twojego oddechu, aby nie stracić tych cennych chwil, kiedy jesteś tylko moja...

                                                                                             maj 2002
Początek końca, seria Julka

Pośród bólu i cierpienia oddajesz światu najcenniejszy skarb.
Wytęsknioną perłę ukrywaną w wyobraźni, wypieszczoną muzyką twojego serca.
Istotę, jak kosz przepełnioną marzeniami pragnieniami i tęsknotą.
Twój najsłodszy uśmiech, najskrytsze tęsknoty, najczarniejsze obawy i strach.
Cały świat doceni twą naiwność, zrozumie i wynagrodzi ten intymny dar.

Czy z chwilą, kiedy twój kwiat miłości rozsunął niewinne pąki swego życia zaznasz jeszcze spokoju?
Targana bezgranicznym oddaniem, śmiertelną dawką miłości i paraliżującym strachem czy nikt nie zetnie twojego kwiatu...
Ten lęk zastąpi ci potrzebę oddechu, biciem serca będzie ci nieskończona miłość a ciepły dotyk nieskalany dojrzałością nasyci ciało wciąż nowymi siłami. By kochać.


                                                                                             maj 2002   

Wiosna

Tych kilka minut, które daje nam los są jak letnie promienie słońca zaglądającego lubieżnie do naszej sypialni.
W powietrzu czuję zapach rosy,
niezapominajki unoszą się na skrzydłach motyli.

Słyszysz?

To pszczoły zwiastują swoim mruczeniem radość budzącego się dnia.
Jak głęboki kielich miłości wypiłam, nie wiem.
W moich żyłach wciąż czuję rozedrgane lepkie nici. Jesteś we mnie, oplatasz swoją bliskością, jak zapach niezapominajek odważnie wpełzający przez uchylone okno.

Wciąż zachłyśnięta świeżym blaskiem, rozkoszuję się wczesną rosą twoich pocałunków, gorącym popołudniem silnych ramion i upojną nocą obezwładniającej miłości.
Modlę się, aby tych kilka minut, które ukradłam losowi pogrzebały mnie w niekończącym się szaleństwie.

Modlę się, aby twoje ramiona oplotły mnie na zawsze pajęczą siecią pnącz Tristana.
Na wieki złączeni będziemy witali poranki wsłuchani w bezdenną głębię oddechów rozbudzonych pożądaniem.
Zawstydzeni blaskiem słońca ukryjemy pąsowe lica w zapachu trawy.

Znużeni wtulimy twarze w rozpalone ogniem połacie żółtych słoneczników, aby zazdrosne oko nie kalało nagich postaci splątanych w miłosnych uniesieniu.
A ukoi nas szum dębu...
                                                                                          Maj 2005

Kołysanka

Przez ciągłe burze, silny wiatr
nieśmiało przedarły się ciepłe promienie wiosennego słońca.
Ogrzały zmarzniętą duszę,
serce otuliły ciepłą kołdrą miłości.

A radość i szczęście pozwoliły w końcu zaczerpnąć głęboki oddech.
Jaki ten świat  jest piękny, każdy liść szumi swoją pieśń, w rytm której tańczą promienie słońca, jak rozwiana spódnica cyganki.
Poranne krople rosy malują tęczą miłosną opowieść na kartach zapomnianego już życia...

Słyszysz tę opowieść?
Snuły ją letnie wieczory, wśród rozkosznego brzęczenia świerszczy.
Czujesz podmuch wiatru?
Gładził włosy po upojnej nocy spędzonej w twoich gorących ramionach.
Widzisz rumiane słońce?
Pieści twarz, kiedy po policzkach płyną łzy tęsknoty, odkąd kolorowa okrutna jesień odsunęła ciebie ode mnie.

W pamięci mojej wciąż gości pękaty węzeł wiosennych uniesień, kiedy pieściłeś przepełnione lękiem ciało.
Na ustach wciąż skrywam ukradzione pocałunki rozpustnego lata i kocham...
                                                                                         
                                                                                            październik 2005
           
Tęsknota
Gdy w domu jest już cicho, dziecko za ścianą otulone ciepłą kołdrą niewinnych marzeń śni, zamykam oczy.
Przewracam grube, zachlapane atramentem wspomnień strony pamięci i szukam znajomego podmuchu, który ponownie porwie utęsknione ciało i pozwoli rozchylić pąk uśpionego pożądania.

Zamykam oczy, bezwładne liście opadają na chłodną poduszkę.
Wszystko pogrążone jest w ciszy.
Przesiąknięta zapachem wiosennego nektaru pościel zawstydzona ukrywa się za mgłą niepamięci.
Rozedrgane płomienie minionej namiętności zdają się ukrywać w leniwie opadających płatkach śniegu.

Zamykam oczy i staram się złożyć tę historię ponownie w roziskrzony taniec letnich nocy.
Przeszywający drżące ciało podmuch wiatru lubieżnie kołysze nagimi liśćmi gwałcąc różowe płatki niewinności. Gorąca trawa oplata kostki przyciągając ciało onieśmielonej kochanki ku sobie, kradnąc po drodze gorący smak pożądania.

Zamykam oczy i czuję pod palcami drżącą ziemię, wiatr snuje ponownie swą opowieść, czuję go na twarzy, obejmuje mnie z każdej strony, niemal uczestniczę w rozgrywającym się tańcu.
Żar wdziera się pod skąpe ubranie, drażni dotykiem rozedrgane liście, targa delikatnymi płatkami, kąsa i szczypie. Aby na koniec wybuchnąć kaskadą letniej burzy i zmyć gorącym strumieniem płomienny rumieniec zawstydzenia.

Zamykam oczy i utulona mgłą niepamięci wsłuchuję się w niezmąconą ciszę, jak każdej nocy. Umieram.
Dlaczego nie umilknie ta tęsknota za gorącym latem twoich dłoni?
Zasypiam.
                                                                                             grudzień 2005

Wesołych świąt...

Gdybym miała taką moc, by cofnąć czas, choć na tę jedną noc i wrócić do świąt, gdy ci, których kochałam, kochali jak ja...

Czy coś by to zmieniło?
Będzie bolało, bo w tę właśnie noc ukłuje każde niechciane słowo, jak sztylet.

Wesołych świąt powiesz. Czy przed oczami stanie ci rozwrzeszczany dom pełen naszych dzieci?
Wesołych, radosnych...

Tęsknotą spuchniętych. Choćbym miała taką moc, by choć na tę jedną noc...
Czasu już nie wrócisz...
                                                                                              grudzień 2015


Opowiadanie świąteczne 2015

Opowiadanie
Współczesna opowieść wigilijna.

            Straszny ziąb. Początkowy kaprys zmiany samochodu okazał się całkiem trafionym pomysłem. Obym tylko takie miewał. Nowe auto sunie pewnie szeroką ulicą. Zupełnie, jakby nic nie stanowiło dla mnie zagrożenia. Amen. To mój gwiazdkowy prezent.
- Dobry wieczór! To ty jesteś Anka?- Pochylam się, by wyjrzeć przez odsunięte okno pasażera. Wszystko się zgadza. Brunetka, wysoka, szczupła.
- Tak. Rafał?
- Jasne, wsiadaj. Wszystko jest ok., marka samochodu, blachy. No i ja. Tak?- Klepię zachęcająco w fotel. Czuję podekscytowanie. Zawsze kręciły mnie przygody, lubiłem poznawać nowych ludzi a ta dziewczyna wygląda po prostu świetnie.
- No tak. Dawno korzystasz z blabla?- Wsiada w końcu. Nie jestem zaskoczony, że wybrała fotel za mną. Wydaje mi się nawet, że jest trochę onieśmielona. Kurcze, nie sądziłem, że ludzie decydują się na jazdę autostopem, choć boją się tego. Ale takie czasy, trzeba mieć oczy wokół głowy.
- No, ja nie. Mój kumpel poddał mi taki pomysł. Zawsze parę groszy zaoszczędzę. Rozliczymy się teraz czy na miejscu?
- Wolałabym pół teraz pół później. Rozumiesz?
- Nie ma problemu.- Ruszam. Dwadzieścia kilometrów za miastem czekać ma na mnie jeszcze jeden towarzysz podróży. Emocje wciąż buzują. Uświadomiłem sobie, że trochę nawet ryzykuję. Troje zupełnie obcych mi ludzi miało towarzyszyć mi podczas drogi. Przez całe trzy godziny. I to dla paru zaoszczędzonych groszy… Wiele może się wydarzyć w tym czasie. A mimo wszystko jestem podekscytowany. Albo niezupełnie świadomy tego, co czeka mnie na końcu mojej drogi.
- Rafał, stój! To chyba on.- Wrzucam wsteczny i cofam do umówionego miejsca. Nie zauważyłem chłopaka stojącego na przystanku z tabliczką. Co on tam ma napisane? Niech skonam.. Bla Rafał Wrocław. Bardzo oryginalne. Znowu uchylam okno. Dobrze, że Anka wsiadła do tyłu.
- Siema. Jestem Rafał. A ty pewnie Marcin!
- Siema. Tak.- O, tego nie muszę zapraszać. Bez chwili zastanowienia otwiera drzwi i wsiada obok mnie. Spoko, niech będzie. Niech siada obok mnie.
- To jeszcze Aśka. A ona miała stać gdzieś tu blisko…
- Tak, na zjeździe na obwodnicę. To kilka kilometrów.
- Znacie się?- Pytam zainteresowany.
- Nie. Może tylko z widzenia. O patrz! Stoi!- Rzeczywiście stała. Co chwila spoglądając na zegarek
i podpierając się uzbrojoną w nieziemsko długie czerwone szpony dłonią o kształtne biodro. No, coraz bardziej podoba mi się moja wyprawa. Ostatnia, co prawda, ale słowo się rzekło. Zatrzymuję się i siląc się na jeden
z moich czarujących uśmiechów zerkam w to samo okno pasażera.
- Cześć, Asia?
- Asia, Asia. Zmarzłam tu okropnie. Mamy chyba zajebisty minus. Coś was zatrzymało?
- Skąd. Jesteśmy na czas.- Odpieram zaskoczony. Dziewczyna wydaje się być bardzo pewna siebie. Wsiada obok Anki i podaje jej rękę.
- Aśka jestem.
W końcu ruszam. Przez pierwsze pół godziny w samochodzie panuje zupełna cisza. Dziwne. Moi towarzysze nie wyglądają na małomównych. W końcu jednak odzywa się gwiazda wieczoru.
- Musicie zwolnić z tą wymianą informacji, bo nie nadążam z ich przetwarzaniem.- Parskam rozbawiony.- Czym się zajmujesz Anka? Dokąd jedziesz?- Spogląda na swoją sąsiadkę dosyć wyniośle. O, takie dziewczyny zawsze znaczyły kłopoty, przechodzi mi przez myśl.
- Jestem księgową.
- Księgową?
- Uhm.  A jadę do babci na święta.
- Ojej, całe życie w cyferkach, hę? A ty Marcin?- Kontynuuje bez zastanowienia.
- Ja jestem malarzem. Nie mam stałego zatrudnienia. Maluję na ulicy, czasem wpadnie mi jakieś większe zlecenie. A ty Aśka? Co ty robisz?
- Ja? Jestem modelką. Właściwie popsuł mi się samochód a mój menadżer rozchorował się a jakoś muszę wrócić do siebie. Zaraz po świętach zaczynam sesję w Łodzi.
- I podróżujesz stopem?
- No, zawsze to lepsze niż pociąg.- Prycha i skupia uwagę na swojej dłoni. Nie wzbudza mojej sympatii, przyznaję. Nadęta lalka z pustą głową. Uznałem, że lepsza cisza niż rozmowa podszywana jej sarkazmem.
- A ty Rafał? Powiedz nam coś o sobie?- Z zadumy wyrywa mnie spokojny głos Anki. Zanim zastanowiłem się nad tym, co miało stanowić moją historię, odpowiadam równie grzecznie, jak moi przedmówcy.
- A ja pracuję w banku. Jestem kierownikiem działu rozliczeń. I chyba dojrzałem do tego, by zmienić swoje życie.
- Co chcesz przez to powiedzieć?- Ponownie uderza we mnie pewny głos Aśki.
- A…- Wstrzymuję się na moment i zerkam we wsteczne lusterko. Napotykam jej wyniosły wzrok. I jestem pewien, że nie muszę odpowiadać na zadane pytania. W końcu siedzę we własnym samochodzie a to moje życie i nie potrzebuję rozgrzeszenia obcych mi ludzi. Jednak inne, zdecydowanie bardziej przyjemne uczucie podpowiada mi, bym jednak powiedział im, co zamierzam. Właściwie gotów jestem obwieścić całemu światu
o decyzji, którą podjąłem wczoraj rano. Przyjemne mrowienie rozbiega się po moich plecach. Nie co dzień rzuca się wszystko, pakuje walizkę i wyjeżdża 200 km do innego miasta, by naprawić życiowy błąd.
- No wyduś to z siebie bankierze?- Prycha Aśka. Ależ ona ma tupet. Próżna dziewczyna, myślę. Do tej pory takie, jak ona stanowiły dla mnie jednonocną rozrywkę. Za kilka drinków i obiecane złote góry gotowe były zrobić niemal wszystko. Śmieję się w duszy.
- A ja właśnie jadę do swojej dziewczyny. Nie widziałem jej właściwie rok i nie mam nawet pewności, czy wciąż mogę określać ją tym mianem.
- No raczej.- Znowu zapada w samochodzie ta zbawienna cisza a moja chęć podzielenia się świątecznymi planami blednie.
- A dlaczego Rafał nie widziałeś swojej dziewczyny od roku?- Zagaduje nieśmiało Anka. Ona
w przeciwieństwie do zołzy Aśki, od razu wzbudziła moją sympatię. Jest taka….spokojna i opanowana.
I znowu moje podekscytowanie dochodzi do głosu. Jednak opowiem im moją historię. Dlaczego nie? Sam głośno nazwę siebie po imieniu i usłyszę wszystko, co do tej pory wypierałem z mojej świadomości. Wyjątkową atmosferą świąt tłumaczę cały ten ambaras rozgrywający się w moim sercu.
- Byłem z moją dziewczyną od ośmiu lat. Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, studiowaliśmy razem i jakoś tak zaiskrzyło. To była świetna dziewczyna. Razem chodziliśmy na balety, wyjeżdżaliśmy. Uczyliśmy się. Była duszą towarzystwa. Nigdy nie znałem nikogo tak otwartego.
- Proszę cię, to jakaś zakonnica była?
- Aśka, zamknij się. Daj mu powiedzieć.- Ucina Marcin.
- I było nam świetnie przez tych osiem lat. Do czasu. Któregoś dnia wróciła do domu i powiedziała mi, że jest w ciąży.
- Mówiłam!
- A mnie zatkało. Nawet nie próbowałem udawać, że się cieszę. Stałem tylko w kuchni, z butelką piwa
i patrzyłem na nią rozpromienioną, szczęśliwą. Dla niej to była wspaniała nowina. Obydwoje mieliśmy już pracę, nieźle płatną, byliśmy ze sobą wystarczająco długo, mieszkaliśmy razem…
- A ty okazałeś się egoistą.- Rzuca smutno Anka.
- Tak. Choć teraz określiłbym swoje zachowanie trochę innymi słowami. Przestraszyłem się odpowiedzialności. Wydawało mi się, że tą wiadomością zabrała mi moją młodość. Nie byłem gotowy na to, by podporządkować swoje życie komuś innemu tak bezwarunkowo. A przecież bycie ojcem tego właśnie ode mnie wymagałoby. Musiałbym zrezygnować z moich planów, marzeń. Nie mógłbym zalewać się i spać do południa. Nie mógłbym już więcej wyjechać w spontaniczną podróż po Europie. Wydawać kasy na moje nieprzemyślane pomysły! Jedynie to widziałem. To, czego już nie miałem nigdy robić!
- No, ja czułabym dokładnie to samo, gdybym miała nagle rzucić wszystko. Nawet nie umiem sobie wyobrazić tak nagłej zmiany. Nie potrafiłabym kochać dziecka, które zabrało mi moje życie.- Odpala bezceremonialnie Aśka i wlepia wzrok w ciemności panującej za oknem. Boże… Dokładnie tak wtedy myślałem. To dziecko miało zabrać mi wszystko. Zamykało mi drzwi do wolności! Mojej wolności. Zaciskam mocno zęby, bo jej słowa uświadamiają mi, jak bardzo próżny byłem. Zerkam we wsteczne lusterko i choć w samochodzie panuje ciemność, patrzę na zarys sylwetki tej dziewczyny i w głębi serca współczuję jej. Sobie trochę też, bo straciłem tyle czasu na błahostki i towarzystwo właśnie takich osób, jaką okazuje się być Aśka, podczas gdy prawdziwy sens życia umykał mi pomiędzy jedną a drugą imprezą, karierą i podróżami.
- No i co? Co było dalej?- Z zamyślenia wyrywa mnie cichy głos Anki. Otrząsam się i przestaję analizować słowa Aśki. Jak za kilka lat będzie wyglądało jej życie? Czy ocknie się w porę i zastanowi nad swoimi wyborami? Właściwie nie wiem, dlaczego akurat to przychodzi mi w tej chwili do głowy.
- No i wysłuchałem tego, co do mnie mówiła. Pokiwałem głową i powiedziałem jej, że ja się nie widzę w roli ojca. Nawet nie zastanowiłem się nad słowami, które przecież raniły ją głębiej niż cokolwiek innego. Osiem lat wspólnego życia a ja tak po prostu wystawiałem ją. Ale to nie była moja bajka.
- Stary, nie chciałbym się znaleźć w takiej sytuacji. Moja panna urodziła. Mam córkę i jeżdżę do nich czasem. Nie zawsze mogą na mnie liczyć, ale nie zostawiłem jej zupełnie samej z tym całym bałaganem.
- To, po co jeździsz?- Aśka, jak gangrena znowu zaczyna sączyć swój jad.
- No, wiesz.. Posiedzę, poczytam książkę z małą i przytulę jej matkę. Nic się nie zmieniła. Wciąż wygląda zajebiście. Zimą jest mi ciepło, maluję w domu, nie muszę zastanawiać się nad czynszem. Coś tam zawsze kasy mam, w końcu pracuję.
- Bez sensu. Jesteś jak pasożyt. Nie jeździsz do nich, bo, powiedzmy, kochasz je. Dbasz o to, żeby ci było ciepło zimą? A twoja panna nie widzi tego, że żerujesz na niej?
- Może ona wciąż ma nadzieję, że on zostanie?- Znowu cichy głos Anki dobiega mnie zza pleców. Ależ ta dziewczyna ma wyczucie czasu. I nie obawia się w tak pogmatwanym towarzystwie wypowiadać swoich naiwnych opinii. Uśmiecham się. Mam nadzieję, że moja kobieta będzie, choć w niewielkiej części miała to coś, to ziarno naiwności, by dać mi szansę, choć wytłumaczenia się.
- A nie zastanawiałeś się nad tym, żeby wrócić do swojej dziewczyny i jej dziecka?- Pytam Marcina.- Nie wydaje ci się być to jedynym słusznym wyjściem?
- No… Nie. Jakoś. Ja jestem widzisz na tym etapie, że potrzebuję swobody. Nie dojrzałem jeszcze do zmiany. Wciąż nie potrafię zrezygnować ze starych przyzwyczajeń. Ale nie uciekłem. Jestem obecny w ich życiu.
- Bo tak ci wygodniej. Wykorzystujesz naiwność swojej kobiety. Właściwie nie robisz nic więcej, tylko oszukujesz je obie. Nie dojrzałeś do swojego wieku.- Aśka, kwintesencja kobiecej subtelności nie zawodzi
i tym razem. Marcin żachnął się. Widzę kątem oka, jak kręci głową i obraca w kierunku okna. Czyżby przyznawał jej tym samym rację?
- To, dokąd teraz jedziesz Rafał?- Spokojny głos Anki przedziera się przez gęstą od rozładowań pomiędzy Aśką a Marcinem atmosferę.
- Dokąd jadę?- Powtarzam za nią pytanie. Znam na nie odpowiedź, ale nadal pobieżnie analizuję to, co miałem zamiar powiedzieć. W samochodzie panuje cisza. Odnoszę mgliste wrażenie, że cała trójka czeka jednak na to, co zamierzam powiedzieć. I tak naprawdę nie czuję obawy przed ich reakcją. Ja już dojrzałem do swojej decyzji. Nie potrzebuję więcej wskazówek ani przemyśleń dotyczących mojego życia. Zbyt wiele czasu upłynęło, litrów alkoholu i nic nieznaczących kobiet przewinęło się przez moje życie. Właściwie uświadomiłem sobie to wczorajszego ranka… Wszystko, co robiłem, odkąd moja dziewczyna spakowała swoje rzeczy straciło swoje wnętrze. Nic nie sprawiało mi już takiej przyjemności, ani melanż ani wypad na narty. Byłem otoczony ludźmi, to się nie zmieniło, ale smak, znaczenie tego, co robiłem były, jakby płytsze. Do czasu, kiedy pierwszy raz obudziłem się śpiąc obok jakiejś pijanej laski, zastanawiałem się jeszcze, dlaczego wciąż myślę o niej. Rozstaliśmy się, sama zadecydowała, że nie usunie ciąży. Miałem zatem, co chciałem. Wolność, niczym nieograniczoną swobodę a jednak czegoś mi brakowało… I tego dnia właśnie, kiedy obudziłem się
i zobaczyłem tę pijaną dziewczynę, coś we mnie pękło. Pory roku niewiele różniły się, podróże już tak nie cieszyły. Dalej poszło łatwo. Znieczulałem się i starałem nie myśleć ani o niej, ani o tym, co zrobiłem. Jej
i chyba sobie. Do czasu. Do tego poranka wczoraj rano. Dzień przed wigilią. Kiedy uświadomiłem sobie, że moje życie zmierza niechybnie prosto w przepaść.
- Jadę do niej.
- Nie?- Tym razem Marcin reaguje natychmiast.
- Tak. Jestem pewien, że to słuszna decyzja. Dawno powinienem był to zrobić. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że tym razem to ona nie wystawi mi walizek za drzwi.- Prycham pogodzony z losem. Zasługiwałbym na to.
- Ja wystawiłabym ci walizki za drzwi.
- To nie zadzwoniłeś, żeby powiedzieć, że jedziesz?- Marcin poprawia się w fotelu zniecierpliwiony i zaczyna nerwowo bawić się zapalniczką.
- Nie. Nikt się mnie nie spodziewa. Nikt…
- Wiesz, co… Może i dobrze robisz..- Nagle wszystkie spojrzenia zwracają się w stronę Marcina. Nie musieliśmy widzieć naszych twarzy, by mieć pewność, że zaskoczenie malujące się na nich jest wymowniejsze niż tysiąc słów.- Może gdybym ja miał pewność, że nie ucieknę, bo nie podołam odpowiedzialności, może też zdecydowałbym się… A tak mam na tyle odwagi, by pojawiać się w święta. Ale wiesz co, bracie? Te święta będą inne.- Patrzę przed siebie. Zza horyzontu zaczynają wyłaniać się pierwsze zabudowania. Dojeżdżamy. Pierwszy wysiada Marcin.
- Dlaczego?- Pytam zaintrygowany nagłą zmianą.
- Będę myślał o tobie i może dzięki temu, kiedyś zdobędę się na odwagę, by zrobić podobny krok. Masz rację Aśka, nie dojrzałem do bycia ojcem. My faceci patrzymy na to zupełnie inaczej. Ale nie boję się przyznać, że dałem ciała. A ty? Przyjrzyj się sobie i swojemu życiu.- Śmieje się. Słyszę poruszenie w samochodzie. Chyba nie tylko ja zrozumiałem, o co chodziło Marcinowi. Może źle oceniliśmy go? Może wcale nie jest lekkoduchem, tylko przerosło go… życie? Wjeżdżam pomiędzy pierwsze świątecznie ozdobione domostwa. Mała mieścina aż mieni się od ozdób porozwieszanych na siatce i okręconych pomiędzy suchymi konarami drzew. Żeby, choć śnieg leżał, kieruję moje myśli w inną stronę.
- Tu się zatrzymaj. Masz kasę. Ja muszę się przejść. Ochłonę.- Otwiera drzwi a mała lampka nad lusterkiem rozbłyska nagle jasnym rażącym światłem. Mrużymy obydwaj oczy. Kiwam do niego porozumiewawczo. Nie musimy rozmawiać, w końcu jesteśmy facetami. Podaje mi dłoń i ściska mocno. Ciekaw jestem, czy da radę. Może za rok zrobi to samo, co ja? Może kolejne nadchodzące święta okażą się dla niego, tak samo jak te dla mnie, odpowiednim momentem na podjęcie trudnych decyzji?
- Zadzwoń, gdybyś potrzebował czegoś.- Rzucam do niego na odchodne. Jestem naprawdę ciekaw, jak potoczą się jego losy. Przytakuje jedynie i wysiada.
- Na razie laski!- Kiwa ręką i odwraca się szybko. Przez chwilę patrzymy za nim, lampka nad lusterkiem blednie i gaśnie w końcu. W samochodzie ponownie robił się ciemno. Taka ciemność kojarzy mi się
z bezpieczeństwem. Moje obawy nie wydają się wtedy tak wyraźnie wymalowane na mojej twarzy. Nie widzę swojego odbicia, więc tym lepiej dla mnie. Wystarczy, że czuję ściśnięte gardło i przewiercający mój żołądek ból. Kurde, boję się. Wszystko z nią robiłem, nie mieliśmy przed sobą tajemnic a teraz boję się pojechać do niej.
- A co będzie, jeśli ona jest z kimś innym?- Rzuca nagle Aśka. Jej głos wydaje się brzmieć nieco pokorniej. Czyżby Marcin okazał się być lepszym obserwatorem niż ja i uderzył w odpowiednią nutę? Dziewczyna jest przygaszona. Święta nie są najlepszym momentem na takie przemyślenia. Nikt nie powinien w tym czasie być sam i zadręczać się nawet, jeśli w życiu okazał się być prawdziwą szują. Albo gdyby zagubił się gdzieś po drodze między swoimi pragnieniami i realnymi osiągnięciami tak, jak Aśka. Modelki nie jeżdżą przecież stopem, ucinam swoje przemyślenia.
- Nie wydaje mi się, żeby była z kimkolwiek.
- Skąd wiesz?
- Zapytałem.
- Kogo? Jej?
- Jej brata.
- Czyli ktoś się ciebie jednak spodziewa.- Prycha Aśka.
- Jakiś czas temu. Spotkałem go w klubie. Mieszka we Wrocku. Nie pytałem o szczegóły, ale już wtedy myślałem o niej coraz częściej. Nasze spotkanie odebrałem właściwie, jako znak, że powinienem poważnie zastanowić się nad swoim życiem. Taki znak od losu pomyślałem i tyle. Jeśli zamknie mi drzwi przed nosem, trudno.- W moim żołądku dzieje się już prawdziwe pandemonium. Gorąco rozpiera mnie i unosi włosy na głowie. Będę musiał zjechać gdzieś na stację, bo nie wytrzymam tego napięcia. Pocieram dłońmi o skórę kierownicy. Spociły mi się. Dobrze jednak, że nie jadę sam. Źle byłoby, gdybym nie miał, do kogo ust otworzyć przez całą drogę.
- A dziecko? Czy masz dziecko?- Głos Anki brzmi sennie. Zupełnie, jakby usnęła i nagle coś wyrwało ją z tego snu.
- Mam. Mam córkę.
- Nie widziałeś jej ani razu?- Zaprzeczam ruchem głowy, choć z pewnością nie mogły tego widzieć.
- Ja musze tu wysiąść.- Anka jęczy zasmucona i zaczyna poprawiać się w fotelu.
- No tak. Gdzie stanąć?
- Tam.- Jej wyciągnięty palec wysuwa się z ciemności tuż obok mojej głowy.- Tam mieszkam. Widzisz? Tam, gdzie stoi ten biały bałwan. Tandeta, ale moja babcia uwielbia te świąteczne gadżety. Wiecie, ze to tylko u nas na południu ludzie tak ozdabiają swoje domy? Im dalej na północ, tym mniej tych błyskotek. Masz tu pozostałą część kasy Rafał.- Kładzie pieniądze na fotelu a jej dłoń spoczywa na moim ramieniu. Nie znałem jej, ale czuję się dobrze z tym gestem. Dodaje mi otuchy.- Wszystko jakoś się ułoży Rafał. Pamiętaj tylko, żebyś zrekompensował wszystkie krzywdy, których twoja dziewczyna musiała doświadczyć. Jesteś jej to winien.
I nigdy, przenigdy nie podnoś ręki na dziecko. Pamiętaj!- Jej drobna dłoń zaciska się na moim ramieniu
i dopiero wtedy zaczynam pospiesznie analizować postać Anki. Lampka nad lusterkiem ponownie rozbłyskuje a ja gwałtownie odwracam się do tyłu. Zatrzymuję wzrok na jej twarzy. Jest bardzo smutna. Przez całą drogę nie uśmiechała się, nie żartowała.
- Anka?- Zaczynam czując, że powinienem jednak coś powiedzieć. Kręci jedynie głową i szepcze.
- Wiem, co mówię. Uwierz mi, tak trzeba. Chcesz, żeby twoje dziecko miało mamę, tatę i było szczęśliwe. To ty jesteś za to odpowiedzialny. Pamiętaj.- Ucieka wzrokiem za drzwi i zamknąwszy je nie obraca się już
w naszą stronę. Rusza przed siebie w kierunku małego domku majaczącego tuż za rogiem z wielkim świetlistym bałwanem stojącym na małym podwórku. Tajemnicza Anka… A ja sądziłem, że była naiwna..
- Dziwna dziewczyna…- Rzuca Aśka przypominając mi tym samym, że wciąż nie jestem w samochodzie sam.
- Ja wiem… Chyba trochę ją życie doświadczyło.
- Słuchając tych opowieści, odnoszę wrażenie, że każde z nas dostało niezłą szkołę życia…
- Tak? A ty? Przecież jesteś modelką. Chyba masz najlepiej z nas wszystkich?- Gryzę się w język, bo odnoszę wrażenie, że zbyt obcesowo ją potraktowałem, ale ona zdaje się tego nie zauważać.
- Taa. Jasne. Jestem modelką.- Zerkam we wsteczne lusterko. Ale jest przecież ciemno, nic nie widzę. Zwalniam w obawie, że za chwilę powie mi, że musi wysiadać a ja nie dowiem się, co miała na myśli. Przez chwilę w samochodzie panuje zupełna cisza. I, o dziwo zaczyna mi to przeszkadzać!
- Jadę do mojego faceta. Nawet nie przyjechał po mnie. Zadzwonił tylko i podał adres, pod który mam się stawić. Po świętach ma przyjechać jego kolega i będziemy kręcili film.
- Film?
- Tak.- Nie pytam o szczegóły. Zdałem sobie sprawę, że wiem, o jakim filmie mówi Aśka. Cholera, trzy godziny jazdy a ona dopiero teraz mówi, że jest gwiazdką porno. Mogłem zapytać o jakieś szczegóły. Za chwilę jednak myślę, że zupełnie nie jestem ciekaw tych szczegółów. Tylko w pierwszej chwili poczułem coś, co przypominało stratę! Miałem przecież szansę zadać jej pytanie, ale nie zrobiłem tego, bo nic nie przyszło mi do głowy. To seks… Tylko seks. Daje dużo przyjemności, ale potrafi nieźle zagmatwać w życiu. Niezręczna cisza, tego naprawdę nie lubię. Ale nie bardzo wiem, co mógłbym jej powiedzieć. Nasza pyskata Aśka okazała się wyrafinowaną….  aktoreczką niskonakładowych produkcji jej chłopaka. Ale numer!
- No, nie wiem, co powiedzieć Asiu.
- Nic nie mów. W sumie dobrze czułam się jadąc z wami i rozmawiając o problemach, które mnie zupełnie nie dotyczą. Nie wiedzieliście, kim jestem, co robię a ja mogłam udawać, że nie robię tego, czym właśnie zajmuję się.- Jej głos zmienia zupełnie barwę. Przypomina teraz brzmieniem głos starej, zmęczonej kobiety.
- Udawałaś?
- Lepiej brzmi- grałam. Tak, grałam. Rozmawiałbyś ze mną o swoim życiu, gdybyś wiedział, że gram
w pornosach?
- Nie wiem. Teraz nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Ale wiesz, o czym myślę?
- No? O czym?
- Jechaliśmy ze sobą trzy godziny, czy ten czas wpłynie na ciebie w jakiś sposób? Czy jutro nie będziesz już pamiętała o tym, o czym tu rozmawialiśmy? My wszyscy, cała nasza czwórka?
- Nie zapomnę… Marcin miał rację.. Chyba i ja powinnam coś zrobić ze swoim życiem. Za dziesięć lat może się okazać, że nikt już nie chce oglądać filmów ze mną i trafię na ulicę. Mój facet jest bardzo przedsiębiorczy, choć nazywa to miłością. Dobre, co? Każde z was mówiło o miłości mniejszej, większej. I uświadomiłam sobie, że nie czułam czegoś podobnego już bardzo dawno. Chciałabym móc poczuć coś takiego… Ale nie z tym facetem. Gdybym ja zaszła w ciążę, z pewnością zawiózłby mnie do kliniki i kazał się wyskrobać. Dzieci psują przecież ciało.
- Odejdź od niego.- Rzucam bez zastanowienia i włączam wycieraczki.
- Zobacz, śnieg pada. Może jednak to będą białe święta?- Moje gardło zaciska się. Wyobraziłem sobie pokój
z małą choinką stojącą gdzieś w kącie. Szare wnętrze wypełnione gryzącym zapachem dymu papierosowego
i alkoholu i Aśkę siedzącą na kanapie. Ale święta…
- Asia, nie możesz go zostawić? Skoro nie kochasz go, po co z nim jesteś?
- Nie zawsze tak było. Kiedyś kochaliśmy się, ale dużo od tamtej pory zmieniło się. Poradzę sobie Rafał. Spokojnie. Na pewno nie zapomnę naszej podróży, wiesz? Będę myślała o tym, że postanowiłeś zrezygnować ze swojego życia dla swojej dziewczyny i dziecka. I wydaje mi się, że wpłynąłeś na Marcina. Jakoś zaczął nagle interesować się twoją historią. Kto wie, może się zbiorę w sobie i zostawię go? Nie wiem. To nie jest jeszcze mój czas. A teraz zatrzymaj się. Chyba i ja muszę się przejść.- Zatrzymuję samochód i czekając na rozbijającą noc lampkę wpatruję się przed siebie. Aśka wierci się z tyłu przez chwilę, po czym wychyla się spomiędzy foteli.
- Masz hajs. I dbaj o swoją kobietę. Wybaczy ci, zobaczysz. Dobry z ciebie chłopak.- Klepie mnie lekko po ramieniu i wysiada. Zostaję sam. Z głową pełną zasłyszanych podczas podróży historii. Spoglądam na zegarek. Dochodzi dwudziesta. Normalni ludzie w ich normalnych domach zaczynają właśnie swoją wigilijną wieczerzę. Ciekawe, czy mnie będzie dane zasiąść do mojej pierwszej wigilii z rodziną. Moją rodziną. Przełykam zestresowany. Po tym, co usłyszałem od Aśki nawet brzuch przestaje mnie boleć. Nie chciałbym mieć takiego życia… Ruszam dalej. Moje przygnębienie narasta z każdą minutą. Pozostaje mi wciąż kilkadziesiąt kilometrów. Powinienem dotrzeć za jakąś godzinę.
Są święta a ja tłukę się kawał drogi wierząc, ze uda mi się naprawić to, co zburzyłem przeszło rok wcześniej. Moja córka ma już trzynaście miesięcy. Był to czas, który spędziła beze mnie. Siedząc teraz za kierownicą mojego nowego auta i jadąc błagać kobietę, którą upokorzyłem i zawiodłem o wybaczenie, nawet nie pamiętam już tego uczucia, które przedłożyłem ponad jej życie i nasze szczęście. To boli mnie najbardziej. Moja krótkowzroczność mnie boli. A co jeśli ona rzeczywiście ułożyła sobie życie? Jeśli otworzy drzwi
i wyśmieje mnie i moje przeprosiny? Myślę o Marcinie, Ance i Asi… Nie spotkałem ich chyba tak zupełnie przez przypadek. Może to magia okresu świąt i zostali oni postawieni na mojej drodze w jakimś szczególnym celu? Skręcam i zaciskam dłonie ponownie na kierownicy. Jestem na ostatniej prostej. Zjeżdżam z obwodnicy i wjeżdżam do miasta. Gdzieniegdzie wciąż widzę pochylonych przechodniów zmierzających dokądś pospiesznym krokiem. Wszyscy się dokądś spieszą. Taki wieczór. Kolorowe światła ozdób świątecznych lśnią w oknach mieszkań, bibeloty podrygują poruszane wiatrem a śnieg jakby coraz natarczywiej zasypuje moją szybę. Zatrzymuję samochód na parkingu tuż obok bloku, w którym mieszkają moje dwie kobiety. Moje dwie kobiety… Pięknie to brzmi. Odszukałem odpowiednie okno i czuję siły uścisk w żołądku. W oknach jej mieszkania jest ciemno. Moja determinacja zaczyna ulatniać się wraz z ostatnim oddechem. Dłonie spociły się a brzuch znowu zaczął boleć. Ktoś zbliża się do klatki, dlatego gnany ostatkiem dobrej woli, otwieram bagażnik i wyciągam zeń moją walizkę. Podbiegam do człowieka i już od ulicy krzyczę, żeby nie zamykał drzwi. Wjeżdżam windą na szóste piętro. Im bliżej jestem celu, tym bardziej drżą mi kolana. Cholera, nigdy tak się nie bałem…. Staję przy drzwiach i przykładam do nich ucho. Ktoś jednak jest w środku.. Pukam i czuję nagłą potrzebę ucieczki! Boże, jestem gotów spieprzać dalej niż widziałem! Nagle zapragnąłem znaleźć się ponownie w moim mieszkaniu we Wrocławiu, zamknąć drzwi i urżnąć się w pień! Ale stoję w miejscu na uginających się pode mną nogach ze wzrokiem utkwionym w drzwiach przed moim nosem. Gdybym, choć umiał tak, jak Marcin udawać, że nic złego się nie stało i móc tak po prostu pojawić się na święta…
W drzwiach zgrzyta zamek. Zamieram. Drzwi najpierw uchylają się niepewnie, widzę w ich świetle połowę jej twarzy. Patrzy na mnie przez moment zaskoczona. Wydaje mi się, że nie wie za bardzo, jak powinna zareagować. Pochylam głowę i wyciągam przed siebie kwiaty. Trochę tandetny pomysł, ale lepszy nie przyszedł mi do głowy.
- Dobry wieczór Marysiu. Jestem…. Przepraszam.- Głos grzęźnie mi w gardle. Wtedy ona otwiera drzwi szerzej i widzę małą dziewczynkę kurczowo uczepioną jej nogawki. Boże, myślę i na tym się kończy. Odrzucam torbę na podłogę i opadam na kolana. Nie widzę nic, bo łzy przesłaniają mi obraz. To jest moja córka. Malutka widząc pajaca padającego na kolana aż piszczy zadowolona i przecisnąwszy się przez szparę w drzwiach człapie na czworaka do mnie. Nie wiem, jak się zachować. Wyciągam ręce i chwytam ją pod ramionka. Wspina się wtedy i wtula w moje piersi. Czy małe dzieci są aż tak bezpośrednie?
- Wejdźmy do środka.- Powiada Marysia i cofa się w korytarzu. Ja zaś podnoszę się z klęczek i ściskając małą księżniczkę przestępuję próg ich mieszkania. Rozejrzawszy się wokół przypominam sobie słowa Anki. Spoglądając w ufne oczęta wpatrujące we mnie, obiecuję sobie, że nigdy nie dopuszczę, by cokolwiek złego mogło jeszcze spotkać te dwie istoty. Będę je czcił, kochał i pielęgnował jak dwa najcenniejsze kryształy. Siadam na kanapie i przyciskam do piersi delikatne ciałko mojej córki.
- Zjesz z nami kolację Rafał?

- Tę i każdą kolejną Marysiu. Jeśli pozwolisz…

Na naukę nigdy nie jest za późno- Magdalena Witkiewicz

Zawsze drażniło mnie, kiedy moja mama bez przerwy powtarzała, ucz się. Obiecywałam sobie już wtedy, że nigdy, przenigdy nie będę używała wobec moich dzieci tych samych monotematycznych sloganów. I słowa dotrzymałam! Nie mówię- ucz się! Jak przyczajona hiena kąsam na początek pytaniami, coraz natarczywiej a w końcu uderzam... Czy ty się w ogóle uczysz?! Wrr! Bycie rodzicem, to wyjątkowo trudne zadanie... Najtrudniejszy projekt, jaki przychodzi nam dorosłym prowadzić.


Chcąc jednak coś osiągnąć, trzeba się uczyć. Właściwie wiek nie jest istotny, uczymy się każdego dnia. Sztuką jest tylko tę wiedzę wykorzystać w mądry sposób, na przykład jako budulec...

Moim budulcem są obserwacje. Nie trudno zgadnąć, że środowisko wydawnictw, pisarzy, jak każde inne pełne jest ciemnych zaułków, zakamarków, w które lepiej nie wchodzić oraz dróg, którymi wręcz należy podążać. A jak dokonać wyboru? Ja stawiam na obserwacje. Jestem obserwatorem, więc czuję się, jak ryba w wodzie...

A temat obserwacji wyjątkowo wdzięczny... Starsze koleżanki po piórze i spotkania autorskie.

MAGDALENA WITKIEWICZ

Pierwszym zatem, na które wybrałam się, było spotkanie autorskie Magdy Witkiewicz zorganizowane w Empiku w warszawskiej Arkadii 6 października 2015 roku. Teren mój, więc czułam się pewnie. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to atmosfera spotkania. Gospodyni wyglądała olśniewająco, uśmiechnięta rozmawiała ze wszystkimi zebranymi w sposób, który pozwalał sądzić, że jednostka w jej otoczeniu znaczy tyle samo, co tłum. Nie dało się odczuć nieprzyjaznych emocji ani wibracji, które mogłyby pozwolić, by człowiek stawiający pierwsze kroki w tym świecie mógł poczuć się przytłoczony, onieśmielony. Tegoż dnia Lewy brzeg miał zaledwie kilka dni, miałam zatem prawo czuć lekki przestrach, bo oto pojawienie się mojej powieści na półkach wypchnęło mnie lekko przed szereg...
 Wracając, gospodyni okazała się wyjątkowo ciepłą i otwartą kobietą. W brawurowy wręcz sposób, z wdzięcznym uśmiechem operowała słowem opowiadając o swoich powieściach. Mówiła o nich tak, jakby każda historia w nich zawarta zajmowała istotne miejsce w jej życiu, jakby wszystkie były jej bliskie a każda z osobna wyjątkowa. Bardzo ciepła, niemal przyjazna atmosfera spotkania udzielała się uczestnikom, gospodyni aparycją i wrodzonym wdziękiem oczarowywała mnie z każdą kolejną minutą trwania spotkania. Zachłyśnięta nastrojem zakupiłam oczywiście książkę i stanęłam po kilka słów dedykacji. I kolejnym szokiem okazało się co? Magdalena Witkiewicz, kobieta sukcesu, autorka polskich bestsellerów pamięta z imienia i nazwiska otaczających ją czytelników i twórców.
Nie muszę mówić, że zapomniałam języka w ustach, kiedy gracja wymówiła moje imię i nazwisko z wymownie uniesioną do góry brwią. W moich oczach urosła do niebagatelnych rozmiarów.
Wniosek?
1. Zwracaj uwagę na mniejszych. Bądź otwarta, zyskasz w ten sposób szacunek innych.

Jedno spotkanie rozbudziło we mnie chęć poznawania... Niestety w międzyczasie przepadły mi dwa spotkania z Nataszą Sochą i Agnieszką Lingas-Łoniewską. Mam nadzieję, przepadły tylko tamte terminy nie szanse.

Fragmenty Łowisk

Lewy brzeg, 2015 





PROLOG

Za oknem budził się kolejny dzień. Niebo powoli nabierało rdzawo-cynowych barw. Kobieta siedziała z podkurczonymi nogami w fotelu. Brodę oparła na kolanach i wpatrywała się w niebo za oknem. Nie zmrużyła oka tej nocy. Powietrze w pokoju było ciężkie, przesiąknięte wilgocią i zapachem wtopionej w asfalt ropy.
Nagle niebo rozbłysło. Jej pokój rozjaśniła blada poświata, a szyby w oknach starej kamienicy zadrżały od przemierzającego niebo grzmotu. Podskoczyła, słysząc wtórujący grzmotom coraz silniejszy wiatr. To był pierwszy raz, kiedy burza obudziła w niej tak dziwne uczucie pustki, i to we własnym mieszkaniu. Poczuła się obco. Bezgłośnie opuściła stopy na rozgrzaną podłogę, a wzrokiem powiodła po szarych, uśpionych jeszcze ścianach pokoju. Entuzjazm i euforia, które od jakiegoś czasu wypełniały jej życie, uleciały gdzieś nagle i szybko jak spłoszony ptak.
Skąd ta nagła zmiana, kiedy w końcu znalazł się przy jej boku mężczyzna, z którym gotowa była pójść bodaj na koniec świata, który fascynował ją i jednocześnie wciąż trochę przerażał? Skąd to zwątpienie i nieznośnie kołaczące się wewnątrz przeczucie, że w życiu nie można liczyć na szczęśliwe zakończenia?
Podniosła się z rattanowego fotela i powoli podeszła do szerokiego łóżka, na którym spał on. Jej mężczyzna.
Przysiadła na krawędzi i z nieukrywaną przyjemnością wpatrywała się w jego bladą twarz. Wyciągnęła rękę, chcąc go obudzić, jednak zaniechała tego zamiaru. Porozmawia z nim jutro, mimo nieopisanej potrzeby usłyszenia jego głosu, jakby w obawie, że może to już więcej nie nastąpić. Delikatnie odsunęła lekką narzutę, omiatając jego nagie ciało spojrzeniem, i wsunęła się do środka. Poczuła gorące, stalowe piersi, które przycisnęły się do jej pleców. Okryła się jego ramieniem i mocno zacisnęła powieki. Chciała zasnąć. Za wszelką cenę pragnęła, żeby te wątpliwości odpłynęły i pozwoliły jej dalej cieszyć się tym, co otrzymała od losu...

.....Nawet nie zauważyła, kiedy tuż przed nią, widocznie wychodząc z sąsiadującej po lewej stronie toalety męskiej, wyrósł tenże sam mężczyzna,
który obserwował ją na sali. Majka wpadła na niego i obiema rękami oparła się
o jego twarde, mocno zarysowane pod czarną koszulą, piersi. Był od niej wyższy.
Zdecydowanie wyższy o głowę, oceniła, kiedy uniosła przestraszone oczy
i spojrzała w jego spokojną, aczkolwiek budzącą w niej niepokój, twarz. Patrzył
w jej oczy bez zawstydzenia, jakby chciał wedrzeć się do wnętrza jej duszy.
Majkę przeszył dreszcz, jednak nie potrafiła określić, czy przestraszyła się tak
bardzo jego, czy też sam fakt, że zamyśliła się, wprowadził ją w ten chwilowy
stan odrętwienia. Czuła jego twarde mięśnie a z jej ust wyrwał się tylko cichy jęk.
W jednej chwili zapragnęła być już na sali i siedzieć w swoim fotelu. Nie,
zapragnęła być już w domu i popijać kawę z tatą w kuchni. Ale mężczyzna, jakby
zamarł tak jak ona. Położył jej dłoń na przedramieniu i lekko odchylił głowę. Po
jej ciele rozlało się przyjemne ciepło, kiedy zsunął dłoń i zatrzymał się na
wysokości łokcia.....

- Przepraszam. Nie chciałem pani przestraszyć- powiedział, a Majka uświadomiła sobie, że czekała na moment, kiedy usłyszy jego głos. Był niski, trochę chropowaty. Zaschło jej w ustach, przełknęła więc ślinę, chcąc zwilżyć nieco nagle zaschnięte gardło. Starała się poczuć jego zapach, jednak nie mogła zmobilizować się do zaczerpnięcia głębszego haustu powietrza.
- To ja przepraszam. Nie spodziewałam się, że tu są kolejne drzwi.- Zorientowała się, że wciąż trzyma dłonie oparte o jego tors i czując rumieniec zalewający twarz, oswobodziła rękę z jego uścisku i potarła niezręcznie czoło.
- Nic się pani nie stało?- Przeniósł spojrzenie w kierunku jej dłoni, a potem lekko odsunął się od niej, chcąc przyjrzeć się jej dokładniej.

- Nie, nic mi nie jest.- Splotła ręce na wysokości piersi i czekała, aż jego wzrok zatrzyma się na nich. Zawsze tak było, pierwszą rzeczą, jaką faceci u niej zauważali, były jej duże piersi. A ona jeszcze postanowiła wskoczyć dziś w ten skąpy sweterek. Właściwie była pewna, że zauważy ten sam grymas na jego twarzy, który towarzyszył innym, na ich widok. Poczuła, że robi jej się gorąco. On jednak tylko ogarnął ją wzrokiem i wskazał dłonią schody.






Mroki Łowisk 2016

fragmenty Prologu:

...Wtedy też jego uszu dobiegł odgłos śmiechu. Zainteresowany natychmiast powiódł wzrokiem w kierunku, z którego dobiegał ów dźwięk, i w skupieniu zmrużył powieki. Między sosnami biegała ona. Ubrana w długą białą suknię, choć nie miał pewności, czy nie była to biała nocna koszula, z burzą rudych, nieokiełznanych pukli opadających na plecy włosów, wyglądających zupełnie jak płomienie okalające jej twarz. Biegała wokół drzew, jakby drocząc się z kimś. Powiódł czujnym wzrokiem dalej, w poszukiwaniu drugiej osoby, przed którą ta bogini starała się ukryć, jednak nie zauważył nikogo więcej. Zewsząd dobiegał go jedynie jej dźwięczny głos, chichot jakby roześmianej dziewczynki, bawiącej się w chowanego z koleżankami. Mimochodem uśmiechnął się. Ten widok sprawiał mu ogromną przyjemność. Chłonął jej postać niemal każdym fragmentem siebie. Piękny, zadarty,nieduży nos, rude, szpiczaste brwi, które nadawały jej twarzy nieco surowości, i czerwone jak krew usta. Jej twarz była blada, zupełnie pozbawiona rumieńca, którego obecność wydawałaby się tak naturalna. Piękne bujne piersi kołysały się, jakby chcąc wyrwać się z haftowanej koszulki ciasno opinającej jej ramiona. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Wydawała mu się taka piękna. Uświadomił sobie wtedy, że zna tę kobietę. To była Matylda. Jego pożądanie, miłość i obsesja w najczystszej postaci. W momencie, kiedy w jego myślach zabrzmiało jej imię, zwróciła się w jego kierunku, a jej spojrzenie przeszyło go na wylot.
Pragnął jej.
Jakby słysząc jego myśli, zachichotała zawstydzona, kładąc na ustach delikatną, szczupłą dłoń i ukrywając żar swojego uśmiechu.
– Jesteś mój, kochany. Teraz zostaniemy już razem. Tutaj, na Łowiskach.
Pobiegła w przeciwnym kierunku i skryła się za kolejną linią brzóz. Jej dźwięczny śmiech wtopił się w szum jeziora, a szelest koszuli zlał się w jedną pieśń z szumiącymi na wietrze liśćmi.
– Zostaniemy razem…– szepnął, wiodąc za nią wzrokiem. Coś jednak ukłuło go w sercu, jakby gdzieś głęboko rodziła się jakaś wątpliwość. Odwrócił głowę w prawo i mocno wyciągnął szyję. Tuż za wzniesieniem jego oczom ukazał się kontur dachu. Tak, na Łowiskach stał przecież dom. To był jego dom. Podniósł się niepewnie, w obawie, że za chwilę może się przewrócić. Stopy stawiał powoli, jedna za drugą, jakby sprawdzając, czy wszystko jest z nimi w porządku, czy nie zatracą za chwilę naturalnego rytmu poruszania. Skierował się w stronę domu. W jednym z okiem powiewała biała firanka. Czyżby ktoś był w środku?
Szedł powoli, delektował się każdym stawianym krokiem. Czuł ciepłe promienie słońca muskające jego twarz, jednak nie było mu gorąco. Kiedy dotarł wystarczająco blisko, jego uszu dobiegł cichy dźwięk sączącej się gdzieś z wewnątrz muzyki. Natychmiast pochwycił rytm i zaczął nucić pod nosem. W oddali zaś usłyszał ponownie jej śmiech. Obejrzał się przez ramię, ale jego myśli zaprzątnięte były w tej chwili domem. Czuł, że musi wejść do środka....
                                                                                                                                             ....Jakaś siła tym razem kazała mu skierować się w stronę długiego korytarza prowadzącego do lewego skrzydła domu. Niemal na jego końcu znajdowały się drzwi. Teraz zamknięte, jednak Paweł miał pewność, że za nimi znajduje się coś, co go przyciąga, wabi, i czemu niemal nie może się oprzeć. Nacisnął na klamkę i pchnął je lekko. Drzwi ustąpiły. Słyszał swoje oszalałe serce, ale nie miał pojęcia, co powoduje jego podekscytowanie. Nie bał się, czuł jednak mrowienie na karku. Przestąpił próg najciszej jak potrafił i zaczerpnął głęboko powietrza. Pokój przepełniał ten sam zapach, który roztaczał się w kuchni. Włosy na jego karku uniosły się. Przeszył go przyjemny dreszcz. Przymknął drzwi i skierował się w stronę łóżka, na którym ktoś spał. Słyszał spokojny, głęboki oddech. Rozejrzał się po pokoju. Na fotelu porozrzucane były ubrania, na starym dębowym biurku z kolei stało również kilka filiżanek po kawie. Co ci ludzie robią, że nie mają czasu po sobie posprzątać, przebiegło mu przez myśl.
Śpiącą postać oświetlił księżyc, który w tej chwili wychylił się zza ciemnej skłębionej chmury. Obraz wydał się Pawłowi wyjątkowo mroczny, co jedynie rozbawiło go. Cała ta sytuacja bowiem wydawała mu się wyjątkowo nietypowa. Podszedł do łóżka od strony okna, tak, by nie przesłonić blasku księżyca padającego na twarz śpiącej kobiety. Miała krótkie włosy, rozrzucone w nieładzie na poduszce. Uznałby ją za cherubina o nieskazitelnie okrągłej twarzy. Podszedł bliżej i dopiero wtedy poczuł, jak jakiś ciężar wciska go w ziemię. Znał również tę kobietę, kochał ją. To było głębsze uczucie niż to, którym darzył biegającą nad jeziorem Matyldę. Opadł na kolana tuż przy jej twarzy i przyglądał się jej centymetr po centymetrze, starając się za wszelką cenę przypomnieć sobie coś więcej ponad to, że kochał ją. Dlaczego tak wiele dla niego znaczyła? Dlaczego pod jej oczami oprawionymi ciemną linią długich rzęs rysowały się tak głębokie cienie? Co tych dwoje ludzi przeżyło takiego, że odbiło się to takim piętnem na ich twarzach? Przysunął twarz do jej ust tak, by poczuć jej oddech. Nie czuł jednak nic. Co tu się, kurwa, dzieje? Ściągnął gniewnie swoje gęste czarne brwi i przysunął się jeszcze bliżej. Nie było możliwe, by nie dosięgał go jej oddech. Dopiero czuł wiatr, słońce grzało jego twarz, dlaczego nie może poczuć jej oddechu na swojej twarzy? Potrzebował tego …


Mroki Łowisk...


Robert zjechał z ulicy na piaszczystą ubitą drogę i powoli, omijając wyboje, zbliżał się do małego, stojącego w oddaleniu od najbliższych domostw o jakiś kilometr kościoła. Był to drewniany budynek, wykonany z wielkim kunsztem, co prawda już nadgryziony zębem czasu, ale wciąż wzbudzający szacunek. Majka, wysiadając z samochodu, nie potrafiła pohamować westchnień podziwu, który wywołał w niej ten widok. Wszystkie tralki i rzeźbienia wykonane były w sposób, w którym czuło się rękę prawdziwego mistrza. Obeszła kościół dookoła i z zadartą do góry głową wpatrywała się w drewnianą, gdzieniegdzie już ukruszoną przez korniki podbitkę z solidnych dębowych bali. Gładziła delikatnie, w obawie, by czar tego miejsca nie prysnął, wgłębienia między balami i z zachwytem kręciła głową.
– A wiesz, że budował go zwykły wiejski stolarz ze swoim synem? – Usłyszała za sobą głos podążającego w krok za nią Roberta.
– To niesamowite miejsce. Czuje się aż boską rękę, kiedy patrzysz na to, z jakim oddaniem i dbałością o najmniejsze szczegóły został wybudowany. Boże, takich świątyń nam potrzeba, a nie Świątyni Opatrzności Bożej, która aż ocieka próżnością i przepychem. Prostota jest największym cudem. – Zauroczona pchnęła drewniane drzwi i aż podskoczyła na dźwięk zgrzytu i skrzypiących zawiasów, które brzmiały tak, jakby były otwierane pierwszy raz od wieków. Wnętrze zachowane było w tym samym stylu. Czyste, wygładzone drewno z obrazami przedstawiającymi świętych i drogę krzyżową. A wszystko to wyszło spod tej samej ręki stolarza i oczywiście wykonane było w całości z drewna. Majka podeszła do ołtarza, prostego, drewnianego, wspartego na ciężkich balach z wyrzeźbionymi barankiem i gołębicą. Opadła na kolana na wyściełanym czerwonym aksamitem klęczniku i zacisnęła powieki. Tak blisko Boga i jego majestatu nie czuła się dawno. Żarliwa modlitwa wydzierała prosto z jej udręczonego serca. Po policzkach ponownie popłynęły łzy, z tą jednak różnicą, że w tym świętym miejscu nie czuła wstydu z powodu swojej słabości. Płakała nad swoim losem, nad losem Pawła. Płakała też w związku z chorobą taty. W końcu uniosła oczy i błagała o litość dla siebie z powodu nienawiści, jaką czuła do matki oraz do gwałciciela, który zbrukał ciało jej przyjaciółki. Dopiero na końcu odważyła się poprosić o zdrowie dla Pawła i siłę dla siebie, by mogła dźwigać ciężar tego, czego doświadczała. Kiedy jej żal i błagania przebrzmiały, Majka zdołała ocknąć się z letargu i odwróciła głowę w poszukiwaniu Roberta. Znalazła go siedzącego w pierwszej ławce, ze spuszczoną głową ukrytą w delikatnych i szczupłych dłoniach. On również się modlił. Przepełniała ją lekkość. Odmówiła jeszcze krótką modlitwę i uniosła się z kolan. Usiadła po cichu obok niego i czekała aż skończy. O co prosił? Czy modlił się za swojego brata?


Mroki Łowisk

– Paweł… – Zęby jej szczękały, a rękami oplotła mocno jego szyję, jak dziecko. – Wpadłam do wody – jęknęła, zastanawiając się, dlaczego nie czuje palców u stóp. – Jest mi strasznie zimno. Zabierz mnie stąd, proszę.
On jednak jedynie wpatrywał się w jej zmarzłe i parujące oblicze swoimi czarnymi, pozbawionymi emocji oczami i uśmiechał się.
– Chcesz zostać ze mną? – zapytał, choć Majce umknęło, czy jego usta w ogóle drgnęły.
– Oczywiście, ze chcę. Skąd to pytanie? – Próbowała zrozumieć sens jego słów, a w tym samym czasie pod wodą oplotła nogami jego biodra.
– Bez względu na wszystko?
– Tak – jęknęła, wpatrując się w niczym niezmąconą czerń jego zimnych oczu. Z jego twarzy zniknął uśmiech, w jego miejsce natomiast pojawiła się drwina, wykrzywiająca ją w sposób, którego do tej pory nie widziała.
– To zostań ze mną tutaj. W moich ramionach. A mogłaś mieć wszystko… – Chwycił ją za dłonie i rozplótł ich węzeł na karku. To samo zrobił z jej nogami. Wyrwał się z jej uścisku i stanął obok, patrząc, jak Majka cofa się i kurczy w sobie. Nie miała siły utrzymać się na nogach, które odmówiły jej posłuszeństwa. Właściwie nie czuła już swoich nóg.
– Paweł, proszę cię. Ja się boję… – szeptała, ale zdawało jej się, że żaden dźwięk nie wydobywał się z jej ust. Patrzyła tylko, jak Paweł zbliża się do niej, ujmuje jej kark i przysuwa twarz do jej twarzy, tym samym zbliżając się coraz bardziej do tafli wody. – Proszę cię, Paweł! –krzyknęła z całej siły, kiedy uświadomiła sobie, co się za chwilę wydarzy. Z jej ust jednak wydobył się zaledwie piskliwy głos przerażonej dziewczynki.
On w odpowiedzi wyprostował się i zacisnął mocno zęby, tak, że widziała mięśnie drgające na jego policzkach. Po czym z całej siły naparł na jej kark i pociągnął w dół. Jej płuca powoli zaczęły wypełniać się ogniem, czuła jak pęcherzyki powietrza pękają jeden za drugim. Za wszelką cenę starała się chwycić ręce, które przygniatały ją do mętnego dna jeziora. Zacisnęła powieki i myślała o tym, by nie zaczerpnąć do płuc wody, kiedy to bowiem zrobi, uleci z niej ostatnie tchnienie. Ból rozsadzający jej piersi rósł i wypełnił w końcu gardło. W desperackim geście spróbowała kopać, ale to też nie przyniosło żadnego skutku, w uszach słyszała tętent własnego serca, który stawał się coraz bardziej odległy, słabszy. Nie miała już siły, a wokół zapanowała martwa cisza.

Jego uścisk zelżał dopiero, kiedy ostatnie pęcherzyki powietrza pękły, a jej ciało przestało drgać w spazmach agonii.

Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...

No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...