Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

Nocne zwiedzanie Twierdzy Modlin


Miałam opowiedzieć Wam o mojej wycieczce do Twierdzy Modlin. Rozsiądźcie się zatem wygodnie, okryjcie się kocem i koniecznie miejcie przy sobie kubek z ciepłą herbatą. Z pewnością przyda się coś ciepłego do picia.  
Był piątek. Po ciężkim tygodniu w pracy, czułam się naprawdę wyczerpana. Otaczający mnie szum przejeżdżających samochodów, gwar rozmów przytłaczały, ale słowo się rzekło. Obiecałam zabrać syna na tę wycieczkę, a danego dziecku słowa nie można złamać. Organizatorzy tej nocnej eskapady ostrzegali, że jest to przedsięwzięcie dla ludzi, którzy nie boją się stawienia czoła historii. Nie bałam się, to było dla mnie nieuniknione, odkąd po raz pierwszy ją ujrzałam- piękną, potężną budowlę, której poranione mury przemawiały do mnie, opowiadały o minionych czasach.
 Cóż, dla mnie te słowa znaczyły nieco więcej. Twierdzę w Modlinie znam odkąd byłam małą dziewczynką. Wtedy jeszcze jej mury tętniły życiem, w oknach widać było głośnych i młodych chłopców, którzy odbywali tu służbę wojskową. Później, po wielu latach, kiedy chcąc pokazać moim dzieciakom tę potęgę, której początki sięgają roku 1806, zabrałam ich na spacer szutrową drogą otaczającą Twierdzę z jednej strony, zaglądałam w okna, w poszukiwaniu tych samych, śmiejących się twarzy. Jej okna niestety straszyły już tylko powybijanymi szybami, gdzieniegdzie pozabijano je łaskawie grubymi pilśniowymi płytami. To żyjące niegdyś miejsce, umierało… Choć nie raz wydawało mi się, że w cieniu zrujnowanej łazienki przemknął jakiś zabłąkany cień, Twierdza Modlin była wymarła. Mnie jednak wciąż coś ciągnęło do tego budynku. Gotowa byłam zaryzykować i zejść wąskimi schodami, przedrzeć się przez ciasne, pachnące wilgocią korytarze, pośród strachu, smrodu ludzkich odchodów, byle tylko dostać się do środka. Tak, chciałam wejść do środka. I w miniony piątek, udało mi się….
 
Dzięki temu, że są wśród nas ludzie, dla których podziw dla takich miejsc, fascynacja potęgą i powiew historii są czymś bardzo ważnym, my, zwiedzający mogliśmy podziwiać otwarte tylko tego wieczora miejsca, które dawno temu stanowiły schronienie dla walczących, ale i chorych. Napoleon, Car Mikołaj, Generał Thommee, te postacie zaznaczyły się w historii tego miejsca na trwałe. Ich decyzje, odcisnęły się piętnem na niejednym ludzkim istnieniu, ale i zaznaczyły mury Twierdzy Modlin wojennym zębem zniszczeń. Nasz Przewodnik opowiadał z ogromnym skupieniem o historii, pokazywał ślady i kierując na mapę snop światła swojej latarki, oprowadzał ścieżkami, którymi podążali niegdyś żołnierze. W końcu weszliśmy do koszar… Obydwoje, ja z moim synem, byliśmy niesamowicie podekscytowani, podczas gdy mój mąż w skupieniu słuchał, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co działo się wokół. Mój syn, ze swoją dziecięcą ciekawością aż podrygiwał w miejscu. Zatrzymaliśmy się na schodach, słuchając entuzjazmu przemawiającego przez Przewodnika, kiedy mój mały explorer szepnął:
- Chodź, chodź pójdziemy do końca korytarza…
Poczułam się wtedy znowu jak ta dziewczynka, która spacerując wzdłuż murów z lękiem spoglądała na ogromnego, zbudowanego z czerwonej cegły potwora. Gdzieś w mojej wyobraźni znowu rozbrzmiał śmiech żołnierzy. Cofnęła się kilka kroków do tyłu, by spojrzeć w ciemne podwoje korytarza wiodącego środkiem koszar…. Tam światło nie docierało. Nie wiedziałam, co zastanę na jego końcu. Spojrzałam na mojego syna, na wsłuchanego w opowiadane historie męża i ruszyliśmy. Postanowiliśmy sami zdobyć to miejsce…
Pokoje najbliżej schodów, gdzie zatrzymała się wycieczka, były wysprzątane. Ściany pomalowano tu na biało a wewnątrz czułam powiew wieczornego wiatru i zapach rzeki płynącej u podnóży skarpy, na której wzniesiono tę ogromną budowlę. Jednak nie zawsze tak bywało. Dawno temu, to miejsce było mroczne, pachniało prochem i wilgocią, która kradła oddech zamkniętych wewnątrz żołnierzy. Mój tata, powiedział kiedyś, że Twierdza Modlin nie cieszyła się dobrą sławą. Przydział do odbycia w jej murach służby wojskowej, traktowano jako zły los.
Twierdza Modlin w centrum leży. Jest mogiłą dla żołnierzy…
Pamiętałam jego słowa, on tę służbę zakończył, wielu przed nim się to nie udało. Mam na myśli nie tylko tych, którym nie starczyło psychicznej siły, ale i walczących o to, byśmy mogli swobodnie przemierzać ulice naszego miasta.
Światło za nami zaczęło blednąć a zapał mojego syna rósł proporcjonalnie do pogrążającej nas łapczywie ciemności. Zaglądaliśmy do kolejnych pokoi, oddalając się od grupy. W końcu otoczyły nas całkowite ciemności, biała farba pokrywająca ściany również zniknęła, a w jej miejscu pojawiły się złuszczone płaty opadające na podłogę. Kolejne pokoje już nie były tak wysprzątane, stare płytki gumoleum sterczały, jak powyginane kikuty i straszyły swoim widokiem. Do tego dotyk zimnego wiatru, który hulał po pomieszczeniach, napawał mnie lękiem. Wdzierał się w nasze uszy i snuł opowieść walczących. Moich uszu dobiegł dziwny dźwięk, przypominał nieznośnie narastający szum. Czy tak szumiała spadająca bomba? Zadarłam głowę wysoko, chcąc upewnić się, że dwumetrowej grubości mury zapewnią mnie i mojemu synowi bezpieczeństwo. Wydało mi się, że czuję woń przepoconych mundurów i zapach prochu. Coś dotknęło mojej dłoni, a zimno wspięło się szybko po moim ramieniu. Gdzieś zza okna dobiegł nas odgłos wrzeszczącego puszczyka. Jak czuli się ci, dla których Twierdza Modlin była przez wiele lat domem? Czy tak ją traktowali, kiedy otoczeni przez najeźdźcę bronili jej? Czy mieli świadomość, że stanie się ona dla nich mogiłą?  Czy bali się?
W którymś z kolejnych pokoi ujrzeliśmy poustawiane metalowe prycze. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła widok szarych koców i nocne skrzypienie sprężyn uginających się pod ciężarem spoczywających na nich ciał.
Nie starczyło mi odwagi, by brnąć dalej, choć mój mały bohater, dysząc ciężko z podekscytowania gotów był iść. Przypominał mi wtedy tę małą dziewczynkę, która czekała prawie trzydzieści lat na ten moment, by znaleźć się w środku tego przepełnionego wspomnieniami miejsca! Wydało mi się jednak, że nasza ciekawość, chęć znalezienia choć najmniejszego dowodu na potwierdzenie tego, co zapisano na kartach historii, stanowią pogwałcenie panującej wokół ciszy. Ten moloch dawno spał zasłużonym snem, wyczerpany okrucieństwem wspomnień z okresu obu wojen.
- Wracamy.
Szepnęłam, choć całą sobą pragnęłam zostać i wsłuchiwać się w tę ciszę. Pozwolić jej napełnić mnie swoim cierpieniem. Tak długo na to czekałam. Chwyciłam małego za rękę i zawróciliśmy. I nie jestem pewna, czy tylko wydawało mi się, ale znowu mignął mi cień sylwetki żołnierza. Był tu jednak, przez te wszystkie lata… Prężne młode ciało zniknęło za kolejnymi drzwiami ponaglając, byśmy podążali za nim… Spojrzałam na syna. Jego oczy lśniły nieznanym dotąd blaskiem. Czyżby widział to co ja? Pociągnęłam go mocniej i wróciliśmy do światła latarek zwiedzających, głosu Przewodnika i uśmiechniętej twarzy mojego męża.
- Gdzie wy byliście?- Zapytał nas.

Odwzajemniłam jedynie uśmiech. Bo my zdobywaliśmy Twierdzę Modlin. Stawialiśmy czoło drzemiącej w jej murach historii… 







Księżyc

Opowiadanie

- Co cię dręczy?- zapytałeś zwracając na mnie swoje jasne oblicze, kiedy drżąca stałam pośród ciemności. Twój głos przywarł do mojej skóry chłodnym podmuchem wiatru.
- Mnie?- uniosłam głowę wysoko, by spojrzeć na ciebie. Mogłabym to robić właściwie bez przerwy. Mogłabym patrzeć na ciebie, upajać się twoją jasną poświatą, i choć spowija cię zawsze noc, czarne chmury kłębią się niczym hieny wokół, ty przyćmiewasz je swoją potęgą, topisz ich głód, ich nieokiełznane żądze swoim chłodnym blaskiem.

Pierzaste szpony, niczym wiosenny puch uwolniony z młodych pąków wzbija się wokół ciebie, lawiruje w rytm martwej ciszy, którą otulasz. Baletnice w czarnych tiulach połyskują halkami, uwodząc cię. Co chwilę któraś odważy się odkryć odrobinę więcej, byś tylko zwrócił na nią uwagę. Byś musnął dumnym spojrzeniem. O czarny Aniele, w lśniącej zbroi skradzionej słońcu, bez ruchu tkwiący na atramentowym nieboskłonie, ty pochłonąłeś już niejedną duszę pod tarczą nocy. Gdy ból rozsadza piersi, tęsknota palącym się piętnem wydziera rozpacz z gardła, ty z niewzruszoną miną, obrzucasz czarami bezkarnie, bezdusznie.

- Dlaczego tak o mnie mówisz?
- Przy tobie odżywam mój piękny. Przy tobie moje żyły na nowo czują żar wartko płynącej w nich krwi. Choć kradniesz moją miłość, niczym kochanek, którego twarzy nie pamiętam, ja kradnę twoją siłę. Dotarłam do ciebie, ukruszyłam idealnie gładkie ciało i wyskubuję okruchy pewności siebie, której mnie brak, którą ty zaś pysznisz się, zupełnie jak błyszcząca złotem matrona.
- Opowiedz mi o twoich smutkach? Odpłać za kradzież, której się dopuszczasz i nakarm mnie swoim żalem, bym mógł pysznić się jasnością jeszcze donioślejszą niż teraz.
- Jesteś próżny.
- Tak jestem. Jestem złodziejem, choć wiele głów zadartych wysoko spogląda w moje oblicze z tęsknotą. To wy uczyniliście mnie takim, jakim jestem. To w waszych oczach przeglądam się nocami, czując ciepło zachwytu, jakim mnie obsypujecie. Czuję wasz strach, bo noc budzi w was najgłębsze tęsknoty, zdziera z pamięci ciężką zasłonę, którą okrywacie przeszłość, o której pamiętać nie chcecie. Wszystko nocą wypełza z najciemniejszych zakamarków, by przypominać o błędach, potknięciach i upływającym czasie. Co się stało bowiem, już nigdy w niepamięci nie pozostanie. To noc jest waszym sumieniem, ja jestem tylko jej wiernym kochankiem, przyssanym do jej czarnej piersi. W jej sukniach przepastnych otulam się i tańczę w rytm jej oddechu. Oddaj mi swoje lęki, a na chwilę odwrócę swoje oblicze i obsypię mrokiem tajemnice, które ona tak bardzo chce poznać.
- Więc nie jesteś szczery, chcąc zawrzeć ze mną układ?
- Jestem złodziejem. Demonem próżności, cherubinem pyszności.
- Żal mi cię. Jesteś tak bardzo samotny i nieszczęśliwy. Przy twoim blasku nie ogrzeję swojej zbolałej duszy, bo lśnisz skradzionym światłem, jesteś zaledwie odbiciem, pochodnią, która przypomina o tym, co minęło i wzbudza rozpacz na wspomnienie tego, co dawno utracone. Choć dano ci niebo, otulasz się ciemnością, jak odepchnięte przez matkę dziecko, w sercu którego wciąż tli się nadzieja, że kiedyś nastanie znowu ten czas, kiedy będziesz bezkarnie mógł wtulić swoje stęsknione oblicze w jej ciepłe, tętniące życiem łono. Tego chcesz, prawda? To dlatego twój blask razi moje oczy, chcesz zwrócić jej uwagę na siebie. Starasz się pokazać swoje oddanie, ty książę nocy.
- Możliwe.
- Uśmiecham się do ciebie. Jesteś tak piękny. Ogromny. Rozkoszą jest patrzeć na ciebie. I pragnę wspiąć się wysoko, tak wysoko, by być bliżej ciebie. Możliwe, że udałoby mi się spojrzeć w twoje oblicze z bliska, dotknąć cię, poczuć. A wtedy musiałbyś być już tylko mój. Uwięziłabym cię w złotej klatce, byś pieścił moją duszę, czyniąc mnie tym samym swoją księżniczką. Jedyną.
- To nie jest możliwe. Jesteście tak bardzo zachłanni.
- Jesteśmy, jak ty.
- Odejdź. Twoja próżność mnie przeraża.
- Odejdę, zmęczone ciało musi odpocząć. Ale wrócę. Kiedy, jako zaledwie rąbek połyskiwał będziesz spod pierzyny czarnych chmur, mój książę. Wtedy znowu będziesz pragnął mojej obecności, błagał będziesz, niczym szczenię o słowa podziwu, bo to mój zachwyt cię karmi.
- Odejdź teraz. Ale pamiętaj, by wrócić. Potrzebujesz mnie tak samo, jak ja ciebie. Księżniczko…

- Mój książę… 


Moje życie, nie moje decyzje

                                                 
 Opowiadanie 

Kochanie…Przechadzał się po niewielkim pokoju swojego mieszkania, które wynajmował w Centrum. Okolica wydawała mu się wystarczająco motywująca, by skupić się na pracy, którą często zabierał ze sobą do domu. A cóż miał robić? Magda, jego żona nie chciała przeprowadzić się do Warszawy. Ona była urodzoną artystką, do pracy potrzebowała ciszy i natury. On zaś, z chwilą kiedy odziedziczył pozycję i odpowiedzialność za rodzinną firmę opadła na jego ramiona niczym królewskie gronostaje, porzucił ciszę, spokój, ich wspólne spacery i przeniósł się do Warszawy. Tu wynajął niewielkie mieszkanie, umeblował je i natychmiast poczuł się jak w swoim wymarzonym świecie. Z tą chwilą zrozumiał, że do takiego świata należał.  Kochanie, powtórzył jeszcze raz, zacierając ręce i pochylając się pokornie do przodu. Miał wyrzuty sumienia, nie był przecież potworem, starał się jej wszystko wynagrodzić. Zarabiał bardzo dobrze, przelewał jej dwie trzecie swojej pensji, kupił terenówkę, żeby mogła przemierzać te swoje ukochane łąki, przestrzenie, które malowała. Różnili się jednak, co zrozumiał, kiedy przyszło mu spędzić pierwszy miesiąc z dala od domu. Ale to nie wpływało na fakt, że wciąż kochał swoją żonę, z całym tym roztargnieniem, które rozkosznie skrzyło w jej spojrzeniu i nadawało jej wydętym niewinnie ustom tak ponętnego wyglądu. Kochał ją i nigdy nie zamierzał porzucić, ale…. Cóż, odległość dzieląca ich, czyniła niemożliwym ciągłe pojawianie się w domu, a co za tym idzie spełnianie wszystkich małżeńskich obietnic, jakie sobie złożyli. Miał kochankę. Właściwie to nawet nie była kochanka, tylko koleżanka z firmy współpracującej z jego. Nic ich nie łączyło poza seksem. Ona, powtarzał to często patrząc w lustro, też mieszkała z dala od swojego chłopaka.
Opadł na rozłożyste łóżko, które wciąż pachniało jej gorącym ciałem. Kącik ust powędrował natychmiast do góry na wspomnienie ciała Ewy. Wciągnął powietrze ustami i podniósł się z łóżka przywołując się do porządku. Była Wigilia, a on musiał zadzwonić do żony i poinformować ją, że przyjedzie do domu dopiero następnego dnia. Zacisnął powieki i znowu zaczął przemierzać długość pokoju. Ściskał telefon. Jego spocone dłonie drżały, kiedy wybierał numer telefonu do Magdy.
- Kochanie? To ja…- Zatrzymał się i oparł czoło o chłodną taflę szyby. Przemieszczające się ulicami samochody wyglądały jak paralityczne owady, chaotycznie poruszające się wydrążonymi korytarzami zatłoczonych ulic. Była Wigilia, a Warszawa wciąż tętniła światłami przemieszczających się, w tę i z powrotem aut.
- Cześć Tomek.- Jej głos brzmiał sucho, przeczuwała z czym dzwonił.
- Jak twój obraz? Uchwyciłaś klimat, o jaki ci chodziło?- Zaczął i lekko uderzył głową w szybę. Brzmiał idiotycznie.
- Zaprosiłam moją siostrę z jej chłopakiem. Nie będę sama, jeśli o to chcesz zapytać. Oczywiście będzie mi przykro, że siedzę przy stole bez ciebie, ale nie to mnie złamie.
- Magdusiu, ja naprawdę muszę zostać. Tylko ten jeden dzisiejszy dzień. Jutro z samego rana przyjadę. To wszystko przez tę fuzję, pamiętasz? Mówiłem ci… Zaraz po Nowym Roku..
- Tak, mówiłeś. Rozumiem. Cały czas trzymam kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia. Ciężko pracowałeś na swój sukces.
- Kocham cię Magduś…
- Ja też cię kocham Tomek. – W telefonie zastukało coś i jej głos nagle wydał mu się tak bardzo odległy, smutny.
- Jeśli uda mi się, zbuduję nam na wsi piękny, ogromny dom, będziesz żyła jak królowa. Będziemy mieli dzieci, psa i dwa koty. Tak, jak chciałaś kochanie. Pamiętasz?
- Tak Tomek, pamiętam… Pamiętam też, że obydwoje tego chcieliśmy. A teraz jest inaczej a ty brzmisz… Cóż, jak ktoś, kto się tłumaczy. Kocham cię. Ale jeśli nie będzie cię obok mnie jutro, moja miłość może odejść w niepamięć. To są święta, dotąd spędzaliśmy je razem. Rozumiem, że masz fuzję. Nie podważam tego, co mówisz, ale nie jestem głupia, Tomku. Mija rok, zdążyłam już ochłonąć i trochę inaczej patrzę na nas. Pamiętaj o tym. Masz czas do jutra.
- Przyjadę. Muszę tylko zebrać wszystko do kupy i jutro jestem w domu, kochanie.
- Do jutra zatem. Albo nie przyjeżdżaj już więcej…- Rozłączyła się. Poczuł pustkę, ale za chwilę ulga wyparła to przykre uczucie bardzo skutecznie. Odrzucił telefon na łóżko, wypił resztę zimnej już kawy i pogwizdując włożył płaszcz, otulił się wełnianym kominem i wyszedł przed budynek apartamentowca.
- Kurwa…- Zaklął pod nosem, kiedy uświadomił sobie, że telefon i portfel zostały na łóżku. Zadarł głowę do góry i spojrzał na równą ścianę szklanego domu, w którym mieszkał.
- Co? Zapomniał pan dokumentów?- Usłyszał tuż obok siebie. Spojrzał w twarz niskiego, nieco szpetnego mężczyzny, mijającego go powolnym krokiem. Stary uśmiechał się, ale jego śmiech niewiele miał wspólnego z radością. To była raczej satysfakcja płynąca z czyjegoś potknięcia. Tomasz znał to uczucie, często odczuwał przyjemne mrowienie, kiedy jego kontrahenci potykali się o swoje przyduże, szykowne buty, wychodząc w pośpiechu z jego biura i umykając w ten sposób przed palącym smakiem porażki. Tomasz westchnął głośno, czując dumę rozpierającą jego pierś. Był zwycięzcą. Starzec wykrzywił usta i przytaknął kilkakrotnie, zupełnie, jakby dane mu było słyszeć myśli łechcące pęczniejące ego Tomasza.
- Niech się pan nie wraca. Nie warto, to i tak niczego nie zmieni.- Mrugnął porozumiewawczo i bujając się niezdarnie na boki poszedł w swoją stronę. Tomasz wzdrygnął się patrząc za starcem i zszedł do garażu. Właściwie telefon nie był mu do niczego potrzebny. Była Wigilia, więc i tak nie miał zamiaru dzwonić do nikogo. Wszystko, co miał omówić, dawno zrobił. Potrzebował zaledwie kilku godzin, by przygotować pozostałą dokumentację i mógł wracać do domu. Jego BMW sunęło leniwie Złotą, ciepło cicho sączące się do środka i jakaś spokojna kolęda wprawiały go w zupełnie przyjemny świąteczny nastrój. Zanim zorientował się, zaczął nucić melodię uderzając palcami o kierownicę.
Wtem jednak, dziwny, narastający dźwięk zagłuszył spokojne tony płynące z radia. Gwałtowne uderzenie chłodu spadło na niego, jak zimny strumień wody. Tomasz zaczerpnął głęboki oddech i prężąc się do tyły uderzał otwartymi dłońmi na oślep.
Rosnący w dalszym ciągu dźwięk, świszczał niemiłosiernie, drażniąc go i powodując dziwne uczucie kurczenia się powierzchni samochodu, w którym siedział. W końcu wszystko ucichło. Tomasz był jednak tak zmęczony, że nie miał nawet siły otworzyć oczu. Próbował, pod powiekami migały mu plamy jasnego światła i gasły. Jedynie dotykający go chłód nie opuszczał go nawet na chwilę. Próbował się podnieść, ale jego ciało bezwładnie spoczywało na czymś twardym, dodatkowo unieruchomione uciskającą obręczą otaczającą ciasno jego szyję.  I nagle zrobiło się zupełnie cicho a jego przepełnił absolutny spokój. Chłód ustąpił, świszczący wokół dźwięk ustał, a Tomasz odetchnął z ulgą i wsłuchany w równo brzmiące uderzenia swojego serca, spoczywał bez ruchu na miękkim posłaniu. Miał opuszczone powieki i analizował w skupieniu, czy podjąć próbę ich otwarcia. Nie wiedział bowiem, gdzie znajdował się, co się stało i w końcu, co zastanie, kiedy otworzy oczy. O ile w ogóle zdoła je otworzyć.
 - Czy pan śpi?- Usłyszał w końcu przerywający panującą wokół ciszę głos. Odniósł wrażenie, jakby już słyszał ten głos. Naturalnie poczułby się bezpieczny, jednak ten głos budził w nim raczej niezbyt przyjemne skojarzenia. Przełknął jedynie i wytężył słuch jeszcze bardziej, chcąc zidentyfikować dobiegający go dźwięk głosu.
- Hi, hi. Niezbyt ciekawa Wigilia zapowiada się, drogi panie. Zamiast dojechać tam, dokąd zmierzał pan, leży pan tutaj. Zastanawia się pan, dokąd trafił? Hę?- Tomasz zacisnął powieki, tym razem próbując przypomnieć sobie rzeczywiście, co mogło się wydarzyć. Jechał przecież do pracy…
- No tak… Ale miał pan wypadek. Pana samochód stoi już na parkingu i pewnie przyjdzie panu słono zapłacić za jego postój. Ale co to dla pana, nieprawdaż? Przecież jest pan właścicielem prężnie działającej firmy. I o ile nie mylę się, szykuje się jakaś fuzja? Kilkaset kolejnych osób straci pracę… Pamięta pan tego mężczyznę? No? Tego, który sprzątał w pańskim biurze. Chwileczkę, jak on się nazywał? Błażej Sierota. Czy on się tak nazywał? A może tak nazywali go pańscy pracownicy? Żeby mu dokuczyć.
- Kim pan jest?- Zdołał w końcu wydusić Tomasz. Miał spierzchnięte usta a gardło bolało go, kiedy silił się, by wycisnąć z siebie tych kilka słów.
- Kim jestem? Znam pana aż nadto dobrze. I niech tak pozostanie.
- Czego pan ode mnie oczekuje dręcząc mnie?
- Dręcząc? Pana? Dręczę… Pana… Podoba mi się.- Z oddali dobiegł Tomasza chichot i pocieranie jakiejś materii, co uznał za dotyk starczej skóry dłoni pocieranych jedna o drugą.- Zwolnił pan tego biedaka, bo został posądzony o kradzież pieniędzy.
- Skąd pan to wie?- Jęknął Tomasz.
- Tego Błażeja Sierotę też znam. A raczej znałem, bo kilka dni później popełnił samobójstwo. O, nie wiedział pan? Owszem, tak zrobił. Mieszkał ze starą, schorowaną matką a pozbawiając go pracy i wystawiając mu opinię złodzieja, uczynił go pan bezwartościowym na rynku pracy. Kiedy umierał, płakał z rozpaczy i żalu nad losem swojej matki.
- Kłamie pan…- Tomasz poczuł zimny pot spływający po jego czole. Przypomniał sobie Błażeja. Rzeczywiście zwolnił go dyscyplinarnie z powodu kradzieży pieniędzy.
- Nie, nie kłamię. Nie tym razem, przynajmniej. Nie muszę kłamać. Pan dostarcza mi wystarczająco dużo atrakcji. Błażej Sierota nie ukradł tych pieniędzy. Zrobiła to pańska sekretarka. Powinien był pan sprawdzić zapis kamer.  Ale nie znalazł pan na to czasu. A ona pozostaje bezkarna i wciąż kradnie. Nie zauważył pan w jej dokumentach medycznych wzmianki o jej skłonnościach? Ach! Pan wcale nie widział jej dokumentacji medycznej!- Ponowny chichot i tym razem lekkie skrzypienie pocierania, jakby kory drzewnej zmroziło plecy Tomasza.
- Czy może mi pan pomóc? Proszę wezwać pomoc. Ja muszę poinformować żonę o tym wypadku. Ona będzie na mnie czekała. Są święta…- W pokoju zapadła cisza. Tomasz uchylił niepewnie oczy, jednak ogarniająca go wokół ciemność opadła zasłoną na wszystko, co otaczało go.- Nic nie widzę…
- Bo jest pan w szoku. A może stracił pan wzrok? Nie wiem, nie jestem lekarzem.
- A czy może pan zadzwonić po lekarza?- Jęknął potulnie.
- Zapomniał pan telefonu, jak zamierza pan poinformować żonę o wypadku? Przecież nie zna pan nawet numeru telefonu do niej? Co innego z Ewą…. Gorąca z niej sztuka. Gdybym był nieco młodszy, sam poobracałbym jej płonące ciało. Powiem panu, tak między nami, że to bardzo otwarta dziewczyna. I towarzyska.- Chichot mężczyzny przeszedł w gardłowy pomruk.- Ale nie będę psuł panu wspomnień. Może one ogrzeją pana w nadchodzące, długie zimowe wieczory, bo chyba nie ma pan wątpliwości, co do tego, że pańska żona nie dotrzyma słowa? Ona doskonale zdaje sobie sprawę, że zdradza ją pan. Pojechał pan raz do domu w koszuli, na której gorąca Ewcia zostawiła swój zapach i dotyk. Ale z pana nierozważny mężczyzna. Doprawdy…
- Mam tego dość! Nie chcę już tego słuchać. Skąd pan wie to wszystko? Jest pan moim pracownikiem? To niemożliwe. Nie poznaję pańskiego głosu, choć wydaje mi się, że już gdzieś go słyszałem. Kim pan jest?
- Nie o mnie rozmawiamy, tylko o panu. Czy myśli pan, że pańska żona wybaczy mu kolejne wymówki? Czy wie pan o jej wystawie po Nowym Roku? Tak! Udało jej się! Będzie miała swoją wystawę! Tę samą, o której tyle panu opowiadała na początku roku. Potem przestał pan pytać, jej życie przestało pana ekscytować. Tak bardzo pochłonęło pana zdobywanie pieniędzy.
- Jest pan podły!- Warknął Tomasz zaciskając dłonie w pięści. Poczuł przypływ siły, a złość wstrząsała jego leżącym na łóżku ciałem.
- Ja? Podły? Doprawdy, z ust człowieka, który porzuca piękną, utalentowaną żonę na rzecz łatwej, gotowej zrobić wszystko, by się wybić dziewczynki, jaką jest Ewa, to żadna obelga. Ja nie zwolniłem niewinnego człowieka, dla którego praca w pańskiej firmie była jedyną radością w życiu, bo na nic innego nie miał odwagi się zdobyć. Poza tym, jeśli sądzi pan, że ta fuzja przyniesie panu grube miliony, jest pan po prostu w błędzie. Straci pan żonę, nigdy nie osiągnie szczytu, zawsze będzie pan w połowie drogi do wymarzonego sukcesu! A wie pan dlaczego tak będzie? Bo to jest typowe dla tak pustych w środku ludzi. Pan jest pozbawiony ludzkich uczuć i skończy pan, jak inni panu podobni!- Tomasz zacisnął na powrót powieki, jego nozdrza zaczęły falować rozwierając się zdecydowanie, kiedy nabierał powietrza w obolałe płuca. Z jego ust wyrwało się najpierw ciche, podobne do zranionego szczenięcia skomlenie, by za chwilę ten dźwięk nabrał mocy i brzmiał coraz bardziej donośnie. Gdzieś obok, w dalszym ciągu, słychać było skrzekliwe postękiwanie starca. Tomasz przypomniał sobie już gdzie słyszał ten głos! To był starzec pod jego apartamentowcem! Kiedy uświadomił sobie ten fakt, a jego absurdalność wydała mu się tak zaskakująca, że uwierzył w możliwość jej istnienia, jego krzyk przeszedł w gardłowe charczenie i pisk.
- Bardzo dobrze! Tak powinien pan zrobić już dawno! Proszę teraz otworzyć oczy, wsiąść do samochodu i pojechać do żony i naprawić to, co jeszcze można naprawić.
                W pokoju było ciemno, kiedy Tomasz wstał z łóżka, wyszedł do łazienki i wziął prysznic. Miał okropny sen i chciał pospiesznie zmyć go z siebie. Dochodziła piąta rano. Postanowił przygotować raport po świętach, w domu, gdzie czekała na niego Magda. Wyszedł ponownie do sypialni i odsuwając zasłony rzucił pospiesznie.

- Wstawaj Ewa. Idź do siebie. I usuń mój numer telefonu z komórki.- Poczekał, aż zaskoczona kobieta podniosła się z łóżka i w końcu zamknął za nią drzwi. Dopiero wtedy usiadł na krześle w kuchni i zapalił papierosa. Płuca piekły a w głowie wciąż brzmiał ten przerażający odgłos starczego, skrzeczącego głosu: Proszę naprawić to, co jeszcze można naprawić… Zapisał na kartce nazwisko Sierota i ściskając w dłoni klucze do swojego BMW wyszedł pospiesznie z domu. Już stojąc w windzie spojrzał na zegarek i uśmiechając się niepewnie pomyślał, że zdąży dojechać, kiedy Magda będzie jeszcze spała. Zrobi jej niespodziankę…

Pożegnanie


Opowiadanie
W tej chwili pamiętam już tak niewiele. Kiedy przyszłam na świat, błądziłeś po omacku, dopiero ucząc się być wzorem. Czynności, których nigdy nie musiałeś wykonywać, stały się chlebem powszednim, co nierzadko potrafiło przerosnąć. Ale tego nie pamiętam. Nie mam prawa tego pamiętać, bo moja świadomość tamtego okresu zniknęła, jak za dotknięciem anielskiego palca odciśniętego nad górną wargą. Pamiętam jednak samochody! Zawsze obecne w moim życiu. Kupowałeś mnie i mojej siostrze samochodziki, tak bardzo chciałeś mieć syna. Zamiast bawić się lalkami, jeździłyśmy resorakami po kałużach wydając przy tym dźwięki, których nie powstydziłby się niejeden chłopiec. Pamiętam też Twoich kolegów. Czasem wciąż zdarza mi się spotkać któregoś z nich, kiedy jestem na zakupach. Widzimy wtedy Ciebie i dlatego nagły entuzjazm szybko spływa po nas, w rezultacie czego mijamy się udając, że w ogóle się nie znamy. Na szczęście widuję ich coraz rzadziej a ich twarze z każdym rokiem stają się coraz bardziej delikatne, wiotkie. Może ta świadomość nakazuje nam schodzić sobie z drogi?

W tej chwili naprawdę pamiętam już tak niewiele. Kilka drobiazgów. Na przykład ten, że nic nie stanowiło dla Ciebie problemu. Brałeś od życia, to, co dawało. Nie bałeś się wyzwań ani ciężkiej pracy, często przygnębiająca codzienność znaczyła Twoją twarz zmęczeniem, zdarzało się, że wracałeś do domu, kiedy już spałyśmy. Pamiętam jednak, że miałeś ciepły głos, którego brzmienie, samo w sobie pozwalało mi czuć się bezpieczną. Siadałeś z mamą i rozmawialiście… Długo. O sprawach, których wtedy nie rozumiałam. Wiedziałam jednak, że mogę na Ciebie liczyć, w każdej sytuacji byłeś gotów stanąć w mojej obronie bez względu na konsekwencje. Byłeś moją tarczą, osłaniałeś przed okrucieństwem tego świata, pokazywałeś, co to znaczy kochać wbrew innym. Nauczyłeś mnie, jak sobie poradzić w trudnych sytuacjach, bym nie musiała wyciągać ręki po pomoc. Nauczyłeś mnie być kobietą silną i dumną, ale nigdy nie wstydziłeś się łez, gdy cierpienie innych przerastało Cię. Stawałeś się wtedy dla mnie jeszcze ważniejszy. Chciałam się Tobą opiekować, ochronić Cię przed bólem. Pamiętam, kiedy umarł Twój tato i Twoja mama. Pamiętam, co wtedy powiedziałeś. Byłam przy Tobie i nie płakałam. Wtedy to ja musiałam być silniejsza, tego ode mnie oczekiwałeś.

Teraz pamiętam już bardzo niewiele. Czas okradł mnie ze wspomnienia Twojego mocnego głosu, dotyku Twoich dużych i ciepłych dłoni, których szukałam przez wiele lat ściskając dłonie innych mężczyzn. Wiesz, że żadna z nich nie przypominała Twojej? Szorstkiej i silnej, gotowej osłonić mnie przed błędami, dźwigającej, kiedy upadałam pod ciężarem dorosłości. Nie pamiętam już Twojego zapachu, choć w domu wciąż stoją Twoje perfumy. Ich zapach uleciał jednak, zupełnie jak Twoje życie tamtego popołudnia.
Przez wszystkie lata naszego wspólnego życia, stałeś się moim wzorem. Byłeś silny, odpowiedzialny, oddany swojej rodzinie. Byłeś niezniszczalny… Póki byłeś obok, mogłam czuć się bezpieczna, beztroska… I tak miało być zawsze, obiecywałeś. Chciałeś mieć syna, dałam Ci dwóch wnuków, są do Ciebie bardzo podobni i choć nie mogą Cię pamiętać, jestem pewna, że poznaliby Cię w tłumie. Wiedzą jaki byłeś, kim byłeś dla mnie. Wiedzą o Tobie wszystko to, co ja wiedziałam.
Jednak odszedłeś.  Bez zaszczytów, po cichu i w samotności. Byłam wtedy przy Tobie, kiedy szeroko otwartymi oczami wpatrywałeś się ponad moją twarzą w boskie oblicze. Prosiłam, błagałam, ale tym razem nie słuchałeś mnie. Wybrałeś się w tę drogę sam, zupełnie sam. Zostawiając nas trzy nagie, bezbronne w objęciach świata, który nagle zwrócił swoje oblicze w naszą stronę. Ale nie bałam się, bo nauczyłeś mnie, jak pewnie, z odwagą kroczyć jego ścieżkami. Teraz, kiedy Ciebie już nie ma, ja stałam się dla moich dzieci taką ostoją, jaką Ty byłeś dla mnie. Dbam o ich dobro i gotowa jestem poświęcić wszystko, co mam, by zapewnić im bezpieczeństwo i szczęście. Chronię, jak Ty chroniłeś, uczę, jak Ty uczyłeś i kocham. Bezgranicznie.
A Ty odpoczywaj. Mój kochany, niezniszczalny Tato. Buduj tam wysoko dom z wielkim ogrodem, by pomieścił nas wszystkich, bo z pewnością się kiedyś spotkamy. Zasiądziemy wtedy przy ogromnym stole, pod rozłożystymi parasolami jabłoni i w cieniu modrzewi, w Twoim ogrodzie i będziemy opowiadali sobie historie, które pisał czas, podczas naszej rozłąki. Przypomnę sobie wtedy dotyk Twoich ciepłych dłoni, zapach i kojący głos, którego w dalszym ciągu bezskutecznie szukam. Do zobaczenia.
                                                                          Pamięci mojego Taty  31 października 2009 roku


Pejzaże


Opowiadanie

Właściwie zupełnie nie zależało jej na tym, żeby jechać na to wesele. To była jakaś odległa rodzina jej ojca, a on wyglądał na równie zaskoczonego otrzymanym zaproszeniem, co ona i jej matka. Po całym tygodniu spotkań i niekończących się dyskusji nad nowym projektem pozyskania dodatkowego obszaru magazynowego, nie miała najmniejszej ochoty na wiejskie przytupanki. Chciała zostać w domu i odpocząć. Jednak, gdy Błażej dowiedział się o wyjeździe na mazurską wieś, swoim entuzjazmem natychmiast zaraził zarówno zaskoczonego zaproszeniem ojca, jak i niezdecydowaną matkę.
I tak oto, po burzliwym piątkowym popołudniu, kiedy to Błażej zaciągnął ją do domu jej rodziców i wymachując rękami nakłaniał ich do skorzystania z zaproszenia, zdecydowali się. W sobotę nad ranem wyruszyli w trzygodzinną podróż do Zgonu, niewielkiej mazurskiej wsi nad rzeką Krutyń. Nazwa wioski absolutnie nie wróżyła udanej zabawy a nastroje panujące w samochodzie zdawały się całkowicie to potwierdzać. Paulina z głową przytuloną do podrygującej w rytm jazdy szyby, słuchając cichej pracy nawiewu, wpatrywała się w pokryte wciąż gęstą kołdrą mgły połacie, coraz szerzej ścielących się wokół łąk. Łososiowe niebo z każdą minutą zbliżającą ich do celu podróży, pokrywało się smolistymi kłębami późnoletnich chmur. Widok ten zachwycał. Niezbyt wiele miała takich momentów w swoim życiu, kiedy mogła pozwolić sobie na podziwianie zachwycających widoków. Polska, pomyślała, to naprawdę piękny kraj. Powinni wybrać się z Błażejem na wakacje w kraju. Nawet na Mazury. Uśmiechnęła się do swoich myśli z nostalgią. Lato tego roku wydało jej się  być bardzo krótkie. Właściwie nie zdążyli nawet wyjechać na wakacje. Błażej, oddany pracy ciągle wyjeżdżał, ona do późnych godzin wieczornych przesiadywała w biurze. Bywało, że spotykali się zaledwie w weekendy, ale wtedy z reguły wychodzili odreagować i nie mieli czasu, by poświęcić go tylko sobie. Kiedy wracali nad ranem zbyt pijani, by delektować się tymi krótkimi chwilami swojej obecności, rzucali się na siebie odurzeni zapachem, jaki wydzielały ich upojone alkoholem i żądzą ciała. Bywało, że nawet nie docierali do pięknej, zachowanej w grafitowej tonacji sypialni. Błażej przywierał do niej już w przedpokoju ich wspólnego mieszkania, sapiąc ciężko i zionąc w jej twarz gorącym oddechem wódki, wdzierał się pomiędzy wypięte w jego stronę pośladki. To im wystarczyło. Do takiej miłości w pigułce przywykli. Westchnęła ciężko spoglądając w profil siedzącego za kierownicą mężczyzny i mgliste marzenie wspólnych wakacji na Mazurach, ulotniło się, jak balon wypełniony helem. Coś zaczynało w niej pękać i  coraz częściej przestawała zastanawiać się nad tym, co było tego powodem a delektowała się po prostu ciszą i spokojem panującym w domu podczas jego nieobecności. Powiodła palcem po ciepłym i miękkim policzku, po czym ujęła ustami wypielęgnowany paznokieć. Nie lubił, kiedy to robiła. Według niego powinna zachowywać się powściągliwie, by nie skupiać na sobie uwagi innych mężczyzn. Na początku odbierała jego słowa za oznakę zazdrości, a to z kolei schlebiało jej odrobinę. Kiedy jednak dotarło do niej, że kierowało nim jedynie lenistwo, zrozumiała, że jej związek podążał ku przepaści a ona z każdym kolejnym wybrykiem Błażeja, coraz cieplej myślała o tym, że ich koniec kiedyś w końcu nadejdzie. Wzdrygnęła się. Jej życie pozbawione było uniesień. Dawno uświadomiła to sobie, ale przyzwyczajenie i strata czasu, jaką określała konieczne zmiany, zatrzymywały ją w tym związku. Błażej nie był w końcu taki zły. Doskonale zarabiał, robił jej śniadanie w niedzielne poranki a czasem potrafił, ni stąd ni zowąd odkurzyć mieszkanie. Seks to w końcu nie wszystko, myślała. Ale altruizm, jakim emanowała na początku tego związku zaczął się powoli ulatniać. Byli ze sobą już osiem lat i chyba przyzwyczaiła się do niego, czterominutowego seksu w przedpokoju w sobotę nad ranem i samotnych wieczorów w ciągu całego tygodnia. Nauczyła się nawet przymykać oko na jego pijackie, często wymykające się spod kontroli zachowanie. Kiedyś było jej go po prostu żal, kiedy następnego dnia korzył się przed nią, błagając o kolejną szansę. A ona, naiwnie wierzyła w jego słowa. Cóż, nie każdy związek to pasmo sukcesów, tłumaczyła go. Miała normalnego faceta, przystojnego, bogatego i uwielbianego przez jej matkę. Reszta pozostawała kwestią przyzwyczajenia. Ale tak było dotąd. Teraz najzwyczajniej zaszła w niej jakaś zmiana.  
Westchnęła głęboko i znowu skupiła wzrok i myśli na krajobrazie szybko przebiegającym za oknem. Brudne różowe niebo zlewało się z przemykającymi drzewami, a świt wychylał się zdecydowanie zza horyzontu. Wydawało jej się, że zdążyła zaledwie zmrużyć powieki, kiedy jego ciepłe dłonie ścisnęły lekko jej ramię.
- Paula? Jesteśmy na miejscu. Mamy jeszcze sporo czasu, chodź położysz się w pokoju.- Uchyliła lekko powieki i wpatrywała się w jego pochylone nad nią oblicze. Był taki przystojny. Jasne gęste włosy sterczały zabawnie a roześmiane oczy zdradzały podniecenie. Wciąż zdarzały jej się momenty, kiedy przypominała sobie, co czuła do niego kilka lat temu.
- Cieszysz się, że przyjechaliśmy tu, co?
- Bardzo! Potrzebowaliśmy takiego resetu. Pomyśl tylko, - ekscytował się potrząsając dłonią tuż przy swoim czole- nigdy nie byliśmy razem na Mazurach! Jest piękne lato, normalnie spalibyśmy dziś do południa zalani w trupa.
- Według mnie, odpoczywalibyśmy po ciężkim tygodniu.- Westchnęła.
- Trochę entuzjazmu dziewczyno!- Naparł na jej ramię.
- Najpierw się wyśpię. Miałam naprawdę ciężki tydzień.
- Ok., porozmawiamy o tym później. Ty się połóż, a ja pokręcę się po okolicy.- Odstawił pospiesznie bagaże i obrzucając pokój swoim bankierskim spojrzeniem, wyszedł. Paulina niemal bez zastanowienia wtuliła się w białą, pachnącą świeżością pościel i usnęła.

- Paula! Ty wciąż śpisz?- Głos jej matki brutalnie wwiercał się w skronie wyszarpując zeń resztki przyjemnego snu. Naciągnęła kołdrę na głowę w nadziei, że uda jej się odzyskać nadszarpnięty wątek, jeszcze choć na chwilę.
- Dziecko, nie zdążymy przez ciebie na uroczystość!- Perorowała swoim piskliwym głosem matka.- Boże, nawet włosów sobie nie zrobiłaś przed snem? No, jak ty wyglądasz?- Odrzuciła kołdrę, a resztki snu uniosły się pod sam sufit. Paulina leżała jeszcze przez chwilę wpatrując się w gładką, beżową strukturę sufitu ozdobioną w załamaniach banalnymi tralkami. Pokój sprawiał wrażenie bardzo przytulnego, jednak jego nieco gadżeciarski wystrój przypominał jej o miejscu, w jakim znalazła się, dzięki nagłemu przypływowi romantyzmu jej chłopaka.
- A miałam taki piękny sen…- jęknęła.
- E tam, sen. Szykuje się wspaniała uroczystość i to w tym hotelu, w dół rzeki jest restauracja, w której ma odbyć się przyjęcie. Ja już wszystko widziałam. Poznałam rodziców młodej a jej matka wygląda zupełnie, jak ciotka Renata! A jest ode mnie młodsza o kilka lat.
- Mamo…
- Dobra, dobra. Wstawaj. Za godzinę mamy być w kościele!
Określenie budynku, w którym odprawiono ceremonię zaślubin kościołem, nieco przerastało najśmielsze oczekiwania całej ich czwórki. Idąc z hotelu wyboistą drogą, gdzieniegdzie przysypaną piachem, dotarli bowiem do czegoś, co Paula zdecydowanie określiłaby mianem obory. Jak się później okazało, w tym krytym starą, rudą cegłówką budynku mieściła się szkoła, która w niedzielę pełniła dodatkowo funkcję kościoła. Kiedy wiedzione dźwiękami odtwarzanego marsza weselnego przystanęły zaskoczone przed drzwiami szkoły, tudzież kościoła, Paulina poczuła nagły przypływ rozrzewnienia. Znalazła się bowiem w świecie tak odmiennym od tego, do którego widoku przyzwyczajona była na co dzień.
 Przyjęcie weselne również wyglądało zupełnie inaczej niż te, na których zdarzyło jej się pojawić do tej pory. Na wielkich drewnianych stołach ustawiono ogromne misy różnorodnych mięs, ale nie równo pociętych a przy tym cieniutkich plasterków kilku rodzajów wątłych szynek. To były solidne porcje dziczyzny, soczystego mięsiwa, zjedzenie którego w jej przypadku nie wchodziło nawet w grę, jednak samo patrzenie sprawiało ogromne wrażenie. Na innych półmiskach ustawiono sery, grube, niezwykle wonne plastry pobudzały żołądek do szaleńczej pracy. Poprzekładane dużymi, soczystymi owocami zielonego winogrona wspartymi o krągłe, żółte, czarne i czerwone odmiany pomidorów tworzyły na stole obraz przepychu.
- Patrz, jak to wszystko wygląda.- Ekscytował się Błażej.- Nawet nie wiesz, ile tracisz nie jedząc mięsa, kochanie.
- Nie sądzę, bym cokolwiek traciła Błażej. Czuję się świetnie, a poza tym nie zajadam się owcami, krowami i świniami, które zostały zabite, dla zaspokojenia mojego apetytu.- Obrzuciła go szerokim uśmiechem.
- Uwielbiam tę twoją zjadliwość. Jak się czujesz? Może poszlibyśmy nad rzekę, zdarłbym z ciebie tę śliczną sukienusię i zasmakował twojego mięska?- Przygryzł jej ucho pochylając się nad stołem i sięgając pieczony udziec dzika.  
- Jasne, trzymam cię za słowo.- Odsunęła się od niego gwałtownie i włożyła do ust kilka owoców winogrona.
- Będę się tu kręcił, muszę posmakować tych pyszności. Umówmy się na zewnątrz za godzinę. OK.?- Paulina skinęła głową i odeszła w stronę stołu.
 Wyszła na zewnątrz o umówionej porze. Przyjemne ciepło nocy owiało ją już w drzwiach. Natychmiast zamknęła je za sobą i wsłuchana w stłumione dźwięki dobiegające z sali bankietowej, zadarła głowę spoglądając w niebo. Była sama a nad nią rozpościerała się niczym niezmącona toń czarnego nieba obficie upstrzona połyskującymi gwiazdami. Po jej prawej stronie niebo wydawało się zdecydowanie bledsze, ale z miejsca, w którym znajdowała się, nie mogła ujrzeć wiele więcej, ponieważ restauracja zakręcała tu tworząc tym samym ramię litery t. Wtem jej uszu dobiegł dźwięk czyjegoś śmiechu. Po lewej stronie, wyłożona kamieniem alejka wiodąca od drzwi restauracji pięła się lekko w górę, a zwieńczona kilkoma stopniami łączyła się gładko z drzewem tekowym, z którego zbudowano pomosty przy sąsiadujących z rzeką zabudowaniach. Natychmiast skierowała się w stronę rzeki zaintrygowana, nie tyle dobiegającym stamtąd śmiechem, co szumem wody i przyjemnych chłodem. Cały dzień przespała, w związku z tym nie zdążyła poznać okolicy a ta, nawet o tej porze zachwycała ją prostotą i naturalnością. Nucąc pod nosem zasłyszaną na sali piosenkę wspinała się po stopniach zadowolona. Doskonały humor dopisywał jej przez cały wieczór. Snuła się po sali, przysiadając co chwilę obok gości i przysłuchując się ich rozmowom. Jej rodzice wiedli prym na parkiecie a Błażej zniknął gdzieś, co nie stanowiło dla niej zaskoczenia a wręcz przeciwnie uwolniło ją od jego ciążącego ostatnio towarzystwa.
Unosząc odrobinę długa spódnicę swojej kremowej letniej sukienki stanęła na pomoście i wciągając głęboko orzeźwiające i wilgotne powietrze zmrużyła oczy. Świat pod przymkniętymi powiekami wirował, choć Paula nie piła, była lekko zamroczona panującą wewnątrz, niezwykle rodzinną i ciepłą atmosferą. Dopiero cisza, która zapadła na pomoście z chwilą jej pojawienia się, wyrwała ją z przyjemnej kontemplacji. Spojrzała w kierunku siedzącej na pomoście pary a jej oddech zamarł w piersiach. Chciała postąpić do przodu, by przyjrzeć się bliżej dwóm osobom wpatrującym się w nią intensywnie, jednak obcas jej pantofla ugrzązł między deskami zatrzymując ją w miejscu.
- Błażej?- Rzuciła z niedowierzaniem. Siedzący nieopodal mężczyzna poderwał się i otrzepując spodnie podszedł do niej.
- Tak, to ja. Siedzimy tu sobie z Asią. To siostra pana młodego.- Mówiąc to nerwowo przeczesywał włosy dłońmi, spoglądając równocześnie na czubki swoich butów.- Twój but utknął Paulo? Pomogę ci…- Schylił się i wyjął najpierw jej stopę z pantofla, po czym postękując stanął przed nią wręczając jej go.
- Nawet godziny nie poświęciłeś mnie, podczas tego wesela Błażej. Ale dla Asi znalazłeś czas.- Wyjrzała zza jego pleców na dziewczynę, która siedziała wciąż z nogami spuszczonymi nad taflą wody.
- Ej, my tylko rozmawiamy Paulo…- Próbował się uśmiechnąć ukrywając podenerwowanie, które podrygiwało napiętymi mięśniami na jego policzkach.
- Cześć.- Zdezorientowana Asia uniosła niepewnie dłoń i skinęła w jej kierunku.
- Cześć Asiu.- Odpowiedziała miłym, może trochę zbyt wyuczonym tonem.
- Daj spokój. To przecież nic takiego. Jutro nie będziemy o tym pamiętali.- Błażej postąpił za wycofującą się Pauliną kilka kroków, wyciągając przed siebie ręce.
- Ja będę pamiętała.- Warknęła odwracając się nagle do niego.- Pamiętam każdą koszulę, które przywoziłeś ze swoich podróży służbowych. To ja je prałam Błażej. I mam dość udawania.- Chwycił ją mocno za nadgarstki i przyciągnął do siebie. W jego spojrzeniu nie widziała już podenerwowania. Teraz królowała w nim wściekłość.
- Nie dasz sobie beze mnie rady Paulina. Nie wygłupiaj się i przestań psuć to, na co pracowaliśmy tyle lat. Co powiedzą twoi rodzice? Myślałaś o swojej matce? A nasz ślub? Zastanów się, co mówisz.- Jego kwaśny oddech przyklejał się do jej twarzy. Zamknęła oczy wyobrażając sobie, że wszystko, co teraz cisnęło jej się na usta, jutro mogło okazać się opłakane w skutkach. A jeśli tak naprawdę nie chciała, by odszedł?
- Wydaje mi się Błażej, że mam już dość udawania.- Powtórzyła, choć jej głos pozbawiony był pewności, która w rzeczywistości przepełniała jej serce.- Chciałabym, żebyś zniknął z mojego życia.- Wyszarpnęła się z jego uścisku i z tkwiącym niezmiennie w jej dłoni pantoflem przyciśniętym do piersi ruszyła schodami w dół, kamienną alejką, nierówne krawędzie której porastały okazałe modrzewie i w górę, rozłożystymi schodami prowadzącymi wokół restauracji, z której dobiegał teraz melodyjny fragment utworu November rain. Paulina przyspieszyła dopiero, kiedy znalazła się na szerokiej ulicy, a blask okrągłego księżyca obrzucił jej sylwetkę swoim martwym światłem. Nagle znalazła się z dala od Błażeja, od swojej pracy i poczucia obowiązku wobec wszystkiego, co musiała robić, i czego nie było jej wolno. I nagle poczuła się lekka, zwiewna i nieograniczona barierami jasno określającymi jej życie. Przystanęła na chwilę rozglądając się wokół, niestety beztroskie poczucie wolności rozpłynęło się w otaczającej ją ciemności.
- Co teraz?- Bąknęła pod nosem i zatoczyła koło rozglądając się dookoła. Wioska zdawała się spać smacznie pogrążona w ciszy, zaledwie gdzieś w oddali szczekał pies. Ciepły wiatr dotykał jej nagich ramion, jak dłonie matki ponaglające dziecko do postawienia kolejnego kroku. A ona szła zamyślona przed siebie rozpamiętując zajście sprzed kilku chwil. Obcas jej pantofla uderzał głucho w piach pokrywający przemierzaną ulicę. Drugi zaś mocno przyciskała do piersi, jak oręż, który miał służyć jej do obrony. Wtem zatrzymała się i gwałtownie odwróciła do tyłu, nagle bowiem przepełniło ją zwątpienie. Może to, co zastała nad rzeką wcale nie było tym, czym uznała, że było? Może najzwyczajniej zobaczyła to, o czym tak intensywnie ostatnio rozmyślała? Potarła dłonią czoło i czując ogarniającą ją panikę przed grożącą jej samotnością, skierowała się do stojącej nieopodal budki. Na pierwszy rzut oka wyglądała ona na przystanek autobusowy i choć odbiegał on zdecydowanie od tych wszystkich, zimnych i metalicznie pachnących przystanków, usiadła w jego wnętrzu opierając głowę o szorstką powierzchnię nieheblowanych desek. W powietrzu unosił się zapach drzewa a kurz, który wzbiła szurając, wzniósł się wysoko oblepiając jej łydki i siłą wdzierając się do nosa i ust. Jej dłonie drżały. Wyobraziła sobie pustkę panującą w mieszkaniu i ład, jaki miał zapanować z chwilą, kiedy z jej życia zniknąłby Błażej. Samotne niedzielne poranki, piątkowe długie wieczory, które spędzałaby siedząc przed telewizorem. I pogrążając się w tych depresyjnych rozmyślaniach rozpłakała się. Nagle zabrakło jej jego zapachu, skarpet, które rzucał pod łóżko i krótkiego piątkowego seksu. Poczuła się samotna, odrzucona i niepotrzebna. Podciągnęła stopy pod siebie i otuliła ramiona dłońmi. Gdzieś obok usłyszała szczekającego psa i czyjeś, zbliżające się kroki.
- Boże, spraw, żeby to był on. Niechby okazało się, że wziął sobie do serca moje słowa i postanowił zrobić wszystko, żebym zmieniła decyzję.
Ściskając pantofel w dłoniach, uniosła głowę wyciągając szyję w kierunku, skąd dobiegał odgłos kroków. Ktoś zmierzał powoli, nie spiesząc się. Jego kroki były ciężkie, ale było to raczej wynikiem tłumienia ich przez piach. Otarła łzy z twarzy w chwili, kiedy z cienia po jej prawej stronie wyłonił się mężczyzna. Nie miała szansy przyjrzeć mu się, na głowę miał zaciągnięty kaptur a ręce wcisnął głęboko w kieszenie.
- Dobry wieczór.- Rzucił i minął przystanek. Nie był to Błażej, którego równie mocno przestraszyć miała perspektywa samotności.  Pociągając nosem przywarła ponownie do ściany przystanku, pogrążając się w otchłani rozpaczy. Nie trwało długo, a znowu ujrzała tego mężczyznę. Tym razem zatrzymał się przy ścianie przystanku. Paulina natychmiast wyprężyła się i pospiesznie wcisnęła pantofel na stopę gotowa do ucieczki, podczas gdy mężczyzna po prostu stał z twarzą zwróconą w stronę księżyca.
- Piękna noc, nieprawdaż?- Zaczął. Jego głos brzmiał wyjątkowo ciepło. Nie spojrzała nawet w jego stronę, zadzierając jednak głowę do góry i wpatrując się w niebo. – To dziwne, spogląda pani w niebo. Czy o pięknej nocy świadczy właśnie niebo? Na ten urok składać się może przecież temperatura, siła wiatru, albo cienie rzucane przez księżyc.
Rozprostowała długą spódnicę i skinęła głową w nadziei, że mężczyzna zrozumie ten gest i zostawi ją samą. On natomiast odrzucił kaptur na plecy i wsparł obie dłonie na przewieszonym przez ramię futerale. To był aparat fotograficzny, westchnęła w duchu.
- Pan jest fotografem?- Zapytała niepewnie.
- Tak. Jestem fotografem. Dlaczego siedzi pani o tej porze na przystanku i płacze? To dość nietypowy obraz, szczególnie w takiej wsi.
- Tu kobiety nie mają swoich zmartwień?- burknęła.
- Z pewnością mają ich zdecydowanie więcej, niż te, które żyją w wielkich miastach. Ale te żyjące tu mają siłę, by je skrywać głęboko. Zatem nie jest pani stąd, jak mniemam.- Spojrzał na nią wyczekująco i przysiadł obok, wyciągając stopy przed siebie.
- Nie. Nie jestem stąd.
- W takim razie turystka?
- Niezupełnie. Przyjechałam na wesele.- Westchnęła niechętna kontynuowaniu tej rozmowy.
- Czy impreza wzruszyła panią do tego stopnia?- Zażartował, na co obrzuciła go gromiącym spojrzeniem.
- A więc chodzi o mężczyznę.
- Kim pan jest?- Odwróciła się do niego i dopiero teraz ujrzała twarz siedzącego. Przyjemne ciepło przebiegło jej ciało i uniosło włoski na przedramionach. Zatrzymała się w pół słowa, zupełnie jak gimnazjalistka, której udało się wyrwać z domu i zachłyśnięta wolnością dławiła się jej smakiem.
- Czy to cokolwiek zmieni, jeśli odpowiem na to pytanie?
- Jeśli okaże się, że jest pan wziętym fotografem?- Prychnęła rozbawiona.- Nie znam pańskich prac, proszę mi wybaczyć. Moja szefowa natomiast jest zakochana w pejzażach. Wisi pan na ścianach naszego korytarza.
- To miłe.- Roześmiał się i ponownie naciągnął kaptur na głowę.
- Zdaje się pan być rozczarowany tym, że go rozpoznałam?
- I tym różnią się kobiety z wielkich miast od tych, które zamieszkują małe, zabite dechami wioski. Tu mogę być sobą, zapomnieć o rozpoznawalności. Tu mogę skupić się na pracy i odpoczywać równocześnie.
- Tak, wydaje mi się, że wiem, o czym pan mówi. Zanim zobaczyłam mojego narzeczonego obściskującego siostrę pana młodego, poczułam się tak, jakbym będąc tu, wymknęła się wszystkim moim ograniczeniom. Sądzi pan, że to możliwe?
- Wierzę w to. Jak ma pani na imię?
- Paulina.- Podniósł się i stanął naprzeciw niej, przesłaniając blask księżyca i zamykając przed nią przestrzeń. Wyciągnął dłoń w jej kierunku. Była ciepła i miękka.
- Andrzej.- Uśmiechnęła się ściskając wyciągniętą dłoń.
- Zgadza się.
- Pójdziesz ze mną Paulino na spacer?- Przechyliła głowę na bok i zadarłszy głowę wpatrywała się w skrytą w cieniu postać.
- Na spacer? O tej porze? Przecież tu jest ciemno.- Wzruszyła ramionami i pociągnięta w górę stanęła tuż przy nim. Ciepło bijące od niego i oszałamiający zapach męskiego ciała mieszający się z wonią aromatycznego tytoniu na chwilę zdekoncentrowały ją. Mogłaby wykorzystać otaczający ją klimat niebytu, wrażenie znajdowania się gdzieś pomiędzy czasami i zasmakować bliskości innego mężczyzny. Gdyby zrobiła to, czego Błażej nawet nie starał się przed nią zbyt gorliwie ukrywać, mogłaby dokonać czegoś w rodzaju zemsty. Cóż, kto mieczem wojuje, od miecza ginie, drogi Błażeju.
- Udawajmy więc, że wszystko jest w porządku, ja nie jestem wziętym fotografem a twój narzeczony nie okazał się zwykłym kutasem. Po co nam światło?- Prychnęła głośno, bo nagle stanęła przed oczami jej wyobraźni twarz Błażeja. Uznała, że w obliczu ostatnich wydarzeń, określenie go kutasem, było wyjątkowo trafne.
- Uśmiechasz się. To dobrze. Idziemy?- Pociągnął ją za sobą i stanął w blasku księżyca. Był wyższy od niej. Doskonale wiedziała, jak wyglądał. Wielokrotnie widziała jego zdjęcia w prasie. Wysoki, masywnie zbudowany, silny… Zdjął bluzę i podaj jej.- Myślę, że emocje nie grzeją cię aż tak. Załóż.- Uczyniła to niemal natychmiast wciągając łapczywie jego zapach wciąż skrywający się w załamaniach miękkiego materiału. Andrzej wskazał dłonią kierunek i ruszył przed siebie.
- Moja szefowa zrobiłaby wiele, gdyby mogła znaleźć się teraz na moim miejscu.- Obejrzał się na nią uśmiechając się.
- Zapomnij o niej. O nim, o wszystkim. Myśl teraz tylko o sobie, o tej chwili. Potrafisz?
- Nie wiem.
- Tu skręcimy.- Zboczył z ulicy i zniknął w zupełnie ciemnej i wąskiej alejce pomiędzy dwoma pochylającymi się do wewnątrz drewnianymi płotami.
- A to są wrota do innego świata?- Szepnęła i zatrzymała się.
- Do twojej wyobraźni Paulo. Chodź.- Wychylił się z mroku i chwyciwszy ją za rękę pociągnął za sobą. To było ekscytujące wrażenie. Obcy mężczyzna, trzymający jej dłoń w swojej i bardzo delikatnie muskający jej krawędź małym palcem. Czy robił to świadomie? Nie miała pojęcia, jednak sprawiało jej to taką przyjemność, że nie potrafiła nawet pomyśleć o tym, by przestał.
Zmrużyła powieki i rozglądała się wokół. Księżyc zniknął gdzieś za dachami mijanych domostw a oni schodzili wąską polną ścieżką w dół. Im niżej byli, a domy zostawały za nimi, tym chłód otaczający ich stawał się dotkliwszy. Wysoka trawa uderzająca w jej stopy zostawiała wokół kostek wilgotne ślady.
- Dokąd idziemy?- Szepnęła i po raz pierwszy spróbowała stawić mu opór, wyciągając dłoń z jego uścisku. Natychmiast zatrzymał się i obrócił do niej twarzą.
- Jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów i znajdziemy się nad rzeką. Będziemy polowali.
- Nie chcę polować. Miałam myśleć tylko o sobie, a ja nie lubię krzywdzić zwierząt. Nawet nie jem mięsa.
- Naprawdę? Nie wiesz, ile tracisz.
- Ale mam czyste sumienie.
- Czyste sumienie mogłabyś mieć wtedy, kiedy wpłynęłabyś na opinię innych. Kiedy inni przestaliby jeść mięso tak, jak ty. W tej chwili zaledwie chowasz głowę w piasek, albo odwracasz ją od problemu mięsożerności na świecie. Chodź, będziemy polowali moim aparatem.
- Chcesz wiedzieć, co się stało? Dlaczego siedziałam na przystanku?- Zapytała.
- Już mi powiedziałaś. Twój narzeczony obściskiwał kuzynkę pana młodego. Niezbyt to musiał być miły widok dla ciebie. Co zamierzasz?- Zatrzymał się i nasłuchiwał przez chwilę, po czym wskazał dłonią w lewo i pochylony do przodu ruszył ostrożnie. Paulina zrobiła to samo, choć uznała widok ich pochylonych sylwetek za wyjątkowo zabawny. Dwoje ludzi skradających się nocą nad rzeką. W pewnym momencie Andrzej przystanął i przeskoczył przez jakąś przeszkodę znikając w ciemnościach.
- Świetnie.- Jęknęła Paula uderzając dłońmi o szeleszczący materiał swojej spódnicy.
- Widać cię w tej białej sukience na kilometr, zachowaj choć ciszę kobieto z wielkiego miasta. Jestem tuż przed tobą, chodź za moim głosem.
- Ale ja nic nie widzę i boję się, że wpadnę do rzeki.
- Zaufaj mi.
- Jasne.
- Psujesz całą zabawę!- Jego szept brzmiał tak cicho, jednak nie chciała uronić nawet słowa, które do niej wypowiadał, dlatego ruszyła niepewnie wiedziona jego głosem. Zimne liście wierzby ocierały się o jej ramiona niczym palce kochanka, który rozpalał w ten sposób jej zmysły. Kiedy jednak pomiędzy jej nogami przemknęło coś śliskiego i wilgotnego przestraszyła się i truchtem ruszyła do przodu. Niemal natychmiast wpadła w jego ramiona uczepiając się karku i przylegając do niego całym ciałem.
- Coś dotknęło moich nóg.
- Nie masz powodów do obaw. Jesteśmy w Polsce a tu nie ma jadowitych węży. Spokojnie.- Jego uścisk zelżał. Paulina poprawiła niezręcznie włosy i oczekiwała na rozwój wydarzeń. Jeszcze dwukrotnie przeskakiwała za nim po jakichś wilgotnych i miękkich kępach traw, aż w końcu znaleźli się w miejscu, do którego Andrzej zmierzał. Usiadł na ziemi i pociągnął ją za sobą. Paulina przyciągnęła kolana pod brodę i wsparta o jego silne ramiona, mocno zaznaczające się pod podkoszulkiem wpatrywała się w ciemność. Z zadowoleniem zauważyła, że wokół nie było tak ciemno, jak wydawało jej się dotąd. Księżyc w całej swej okrągłej okazałości oświetlał okolicę dość jasno, więc niektóre kształty przestały wzbudzać w niej lęk, wręcz przeciwnie rozpoznała w nich drzewa, powalone konary i kępy traw, po których skakali, by znaleźć się po drugiej stronie rzeki.
- Popatrz,- wskazał dłonią rzekę- widzisz kaczki?- Brzmienie jego elektryzującego szeptu powodowało dreszcze.
- Widzę.- Odparła mrużąc oczy i wciągając jego zapach głęboko. Przyjemne mrowie przebiegało po jej plecach, ramionach i miętosiło zapamiętale rosnącym w jej brzuchu podnieceniem.
- Tak jest w życiu, Paulina. To, co do tej pory wydawało ci się naturalne, wcale takie być nie musi. A to, czego do tej pory nie widziałaś, bo widzieć nie chciałaś, zauważysz. Rozumiesz? To tak, jak z tym księżycem, przed chwilą nie widziałaś niczego, bo księżyc schował się za chmurami. Teraz, widzisz nawet kaczki na rzece, mimo że one były tu przez cały czas. Wystarczy nauczyć się patrzeć.
- Mówisz do mnie tak, jakbyś wiedział o wszystkim, czego doświadczałam ostatnio. Czego się boję i na co przymykałam oczy. – Roześmiał się tłumiąc dźwięk, przyciskając policzek do ramienia. Odniosła nawet wrażenie, że odchylił się nieco do tyłu, by poczuć jej bliskość.
- Jestem od ciebie trochę starszy. Mam za sobą nieudane małżeństwo i rozwód. Też musiałem nauczyć się patrzeć.- Przytaknęła i zsunęła się odrobinę niżej. Andrzej wyjął aparat i znieruchomiał przyciskając go do twarzy. Po chwili powtarzający się dźwięk jego pracy zmącił panującą ciszę.
- Nie wrócę do niego.
- Myślę, że nie powinnaś. Zakazany owoc smakuje najlepiej, a jeśli ten facet już go spróbował, to nie wydaje mi się, by zadowolił się jednym razem. Choć osobiście muszę ci powiedzieć dziwię mu się. Jesteś naprawdę piękną dziewczyną. Zasługujesz, by dbać o ciebie, dogadzać ci a przede wszystkim pozwolić, żebyś rozwinęła skrzydła.- Paula zaledwie jęknęła cicho.
Siedzieli tak jeszcze chwilę w ciszy podziwiając zaskakujące obrazy, którym noc nie ujmowała wcale uroku. Blask księżyca odbijał się w szerokiej tafli wody, ukazując coraz to więcej tajemnic, dotąd skrywających się przed Paulą za ciemną kotarą nocy. Jej wzrok przywykł do otaczającego ją mroku i odważnie wychwytywał coraz drobniejsze, niemniej zaskakujące ją cuda.
- Tamtędy przyszliśmy?- Wskazała kilka rozległych kęp trawy, tworzących w wodzie niewielkie wyspy.
- Tak. W tamtym miejscu woda jest bardzo płytka. Widzisz? Jesteś bardzo spostrzegawcza.
- I zmęczona. Ale nie chcę wracać do pokoju, w którym go zastanę. Muszę przemyśleć to wszystko, podać rodzicom powody mojej decyzji i jakoś wrócić do domu.
- Tak, czasem konsekwencje naszych wyborów bywają bolesne,- roześmiał się ponuro- ale nie przejmuj się tym. Pamiętaj, że to ty jesteś najważniejsza w tym wszystkim. To twoje życie i musisz zadbać, by było szczęśliwe.
- Masz rację. Najchętniej zostałabym tutaj, gdzie nikt mnie nie widzi, nie ocenia..
- I nie zadaje pytań.- Przerwał jej.- Chodźmy w takim razie. Wiesz, że za dwie godziny wzejdzie słońce?- Wstał i wyciągnął do niej rękę. Podała mu dłoń i niechętnie ruszyła za nim. Tak niewiele czasu jej pozostało. Zaledwie dwie godziny do wschodu słońca, kiedy wszystkie jej zmartwienia i konsekwencje wyborów, którymi Andrzej nazwał trudne decyzje, ponownie ujrzą światło dzienne, czyniąc ją tym samym widoczną dla świata. Szli w ciszy łąkami, wzdłuż rzeki. Co jakiś czas Andrzej przykucał, pociągał ją za sobą i zamierał w bezruchu. Następnie bezszelestnie unosił aparat i niczym snajper oddawał strzały uwieczniając nocne pejzaże.
W końcu dotarli do samotnie stojącego nad rzeką domu ogrodzonego drewnianym płotem. Tuż nieopodal niego rozpościerał się szeroko ciemny las. Woda w tym miejscu szumiała nieco głośniej odbijając się echem od ściany drzew i uderzając z impetem dźwięcznego szumu w drewniane ściany chaty. Andrzej wszedł na teren posesji i zdecydowanie ruszył do drzwi. Paulina szła za nim rozglądając się z zainteresowaniem.
- Czy to twój dom?
- Tak. Wbrew pozorom nie potrzebuję niczego więcej. Rano odwiozę cię do hotelu a teraz napijemy się umówionej kawy, jeśli pozwolisz.- Zamek w drzwiach zachrzęścił złowrogo, pozbawiając ją pewności.
- Zaufałaś obcemu mężczyźnie, wybrałaś się ze mną na spacer, nie bałaś się pójść ze mną nad rzekę. Czy sądzisz, że skrzywdzę cię we własnym domu? Paulo?- Wszedł do środka nie czekając na jej odpowiedź. Słysząc jego słowa, oparła się plecami o gładką ścianę i rozejrzała dookoła. Świat ponownie wydał jej się złowrogi a ciemność przestała ogarniać otoczenie nieprzeniknioną zasłoną. Dziewczyna prychnęła pod nosem. Świadomość powrotu do hotelu i konieczność podjęcia dalszych kroków mających uwolnić jej życie od Błażeja, pozbawiała ją absolutnie poczucia pewności. Zupełnie, jakby to ona zrobiła coś złego, za co miała zostać osądzona przez najbliższych. Stała rozmyślając dotąd, aż obok pojawił się Andrzej. Podparł ramieniem futrynę wciąż otwartych drzwi i wręczył jej kubek z parującą kawą. Przyjemny aromat uderzył w nią pobudzającą mocą i rozpłynął się w nocy, która dziwnie, stawała się, jakby nieco przejrzystsza. Sięgnęła kubek i zadarła głowę, by spojrzeć w twarz górującego nad nią wzrostem mężczyzny. Zmarszczki pokrywające nierówną siatką okolicę jego oczu rozciągnęły się a na czole wystąpiła poprzeczna żyłka. Jego uśmiech był pełen ciepła.
- Podoba mi się tu.- Wpatrywała się w niego z nadzieją. Przyszła jej do głowy ta sama myśl, która pojawiała się w jej umyśle za każdym razem, kiedy była stawiana przed koniecznością podjęcia poważnych decyzji; gdyby tak ktoś wskazał jej najlepszą drogę, taką, którą mogłaby podążać przez życie unikając smutków i niepotrzebnych rozczarowań. Tak czuła się przy Andrzeju. Przez zaledwie kilka godzin, nietypowych godzin, które z nim spędziła, czuła się pewna, zdecydowana i odpowiedzialna za swoje życie. Niestety wystarczyło, że zniknął za drzwiami swojego domu, w którym ona była jedynie gościem, by jej życie wróciło do tego samego porządku, który przez osiem lat akceptowała, uległości, podporządkowania i przewidywalności. Andrzej ogarnął wzrokiem okolicę a jego uśmiech rozbłysł na twarzy.
- Tak, pięknie tu. Widzisz Paulina, nauczyłem się patrzeć i moje pojęcie dobra postawiłem ponad to, co inni uznawali za odpowiednie dla mnie. Tak zacząłem budować swoje życie i dzięki temu ja jestem szczęśliwy i z pewnością mogę w ten sposób uszczęśliwiać innych.- Zatrzymał wzrok na niej.- Zgodzisz się ze mną? Jeśli ty będziesz szczęśliwa, będziesz mogła obdarowywać wszystkich tym, co posiadasz dobrego.- Powiódł wzrokiem po jej twarzy, gładkiej linii długiej i delikatnej szyi i omiótł odważnym spojrzeniem ramiona i dekolt.
- Jesteś piękna. Twój facet to kompletny idiota.- Stwierdził.
- Czy jeszcze kiedyś cię spotkam?- Zapytała i zwróciła się do niego całym ciałem. Dreszcz niepewności wzdrygnął nią, ale nie uciekła wzrokiem.
- Jestem tu przez większość roku. Jeśli będziesz w okolicy, zapraszam na kawę.- Ruchem głowy wskazał kubek, który trzymała oburącz przed sobą. Po czym pochylił się lekko i zatrzymał twarz przy jej twarzy. Jego wielkie zielone oczy płonęły ciepłem, choć gdzieś w tym spojrzeniu tkwiła zadra rozczarowania a może raczej smutku. Paulina wyciągnęła szyję pozwalając, by jego oddech muskał jej policzki i obiecała sobie dowiedzieć się więcej na jego temat.- Długo będę pamiętał tę noc. Mazury jednak potrafią zaskakiwać. Moje najpiękniejsze zdjęcia pochodzą właśnie stąd. Irracjonalność tej nocy jest wręcz niemożliwa do zaakceptowania.- Słuchała jego szeptu drżąc na całym ciele. Dotykał jej słowami, otwierał jej duszę i wlewał w nią siłę i wspomnienia nie bacząc, jak zachłystywała się ich mnogością.
- Andrzej…
- Cicho Paulina. Słuchaj nocy, zapisuj to w swoich wspomnieniach, żebyś mogła czerpać siłę z tego, czego dziś doświadczyłaś. Jutro życie wywlecze wszystkie brudy, jakie teraz przykrył mrok i będzie od ciebie oczekiwało rachunku sumienia nie wiedząc, że ty patrzysz na siebie i swoje życie już z zupełnie innej perspektywy.
Zaczęła zastanawiać się nad słowami, które wypowiadał, kiedy spadł na nią gorącymi, smakującymi parzona kawą ustami i spalił jej obawy, wątpliwości i strach. Przygarnął silnym, pachnącym mężczyzną ramieniem i zdusił w swoich objęciach. Dłonie znalazły drogę do jej ciała wsuwając się pod ciepłą bluzę, którą wciąż miała na sobie i paliły żywym ogniem swojego dotyku delikatną, chłodną skórę. Włosy uniosły się na jej głowie lekko a krew, niczym nurt płynącej obok domu rzeki, szumiała w uszach pozbawiając kontaktu ze światem. Jego usta, niczym wirtuoz dawkowały jej emocje spijając najpierw niepewnie buchające wewnątrz, skrywane pożądanie, a za chwilę wdzierały się pomiędzy  jej rozedrgane wargi pompując żar jego zdecydowania. Poczuła jego dłonie na pośladkach, pantofel zsunął jej się ze stopy, kiedy pozwalając mu na tę zuchwałość przywarła do niego mocno biodrami, rozchylając przy tym lekko uda. Poczuła go i w tej chwili przestała analizować swoje postępowanie a liczenie się z konsekwencjami zepchnęła na później. Nie myślała o Błażeju i czekającym ją poranku, w tamtej chwili przypieczętowywała lekcję, którą otrzymała tej nocy od życia.





Palmiry, bo najgorsza jest samotność

Opowiadanie


- Muszę zrobić coś innego niż zwykle- dywagowała- wydaje mi się, że oszaleję za chwilę, jeśli będę tkwiła w tym statycznym punkcie!
- Co chcesz przez to powiedzieć?- dociekał zaintrygowany. To nie był pierwszy raz, kiedy wspominała o odejściu. Może rzeczywiście coś nie grało między nimi ostatnio, może i nie poświęcał jej tyle uwagi, ile oczekiwała, ale nie potrafił myśleć  o niczym innym, tylko o pracy. Zwłaszcza, że projekt, który był jego pomysłem i pochłonął kilka żmudnych miesięcy pracy jego i jego zespołu, nie spełnił oczekiwań jego szefa.
- Czuję, że muszę coś zrobić. Coś innego niż zwykle. Nie mogę usiedzieć w jednym miejscu.
- Może chodźmy na spacer?- rzucił natychmiast.
- Na spacer…- powtórzyła w ślad za nim obrzucając go przy tym bacznym spojrzeniem. Tak ciężko pracował ostatnio a efekty jego pracy wciąż pozostawały niezauważone przez kierownictwo. I jeszcze ona. Miała wyrzuty sumienia z powodu ciężaru, jakim była dla niego. Dlaczego nikt w jego biurze nie potrafił zauważyć jego zaangażowania? Zrobiło jej się go żal. Był z siebie taki dumny podejmując to stanowisko.- Wiesz, pojadę sama. Ty zostań w domu. Odpocznij, może popracujesz?- Z pewnością kogoś ma, pomyślał a włosy uniosły mu się na głowie na samą myśl o tym, że obcy facet dotykał jej.
- Kochanie, pojadę z tobą. Nie ma problemu, popracuję jak wrócę.- Podjął próbę zbliżenia się do niej, chyba pierwszą od kilku miesięcy, ale był tak wypalony, że nie drgnął nawet, czując ciepło jej wtulonego ciała.
- Pojadę sama.- Cmoknęła go pospiesznie i wybiegła z domu. Przygotowała się wcześniej, zostawiając w przedpokoju torebkę i kluczyki.- Pa, wrócę na kolację.- Skinął zrezygnowany głową i siadając na wersalce skrył twarz w dłoniach. Ciężar niewyobrażalnej straty zgniótł jego ramiona. Jego małżeństwo rozpadało się i miał tego świadomość. Ale nie potrafił temu zaradzić pochłonięty ratowaniem pracy.
Wsiadła do samochodu i natychmiast podkręciła nawiew. Ciche brzęczenie klimatyzacji przywodziło jej na myśl upragnione uczucie wolności. Zawsze wychodziła z domu w weekendy, chciała mu zejść z oczu, żeby mógł w ciszy i spokoju poświęcić się pracy. Nie miała odwagi przyznać przed nim, że nie potrafiła pomóc mu ratować tego, co było dla niego tak ważne, a wręcz przeciwnie coraz częściej myślała o sobie, jak o sabotażystce. Zamiast go wspierać, uciekała, skrywając problem, który pozbawiał ją snu od kilku tygodni. Jej mąż kochał tę pracę, poświęcał jej każdą wolną chwilę a mimo wszystkich jego starań, efekty wciąż pozostawały niewidoczne. Skręciła na most. Z przyzwyczajenia nazywała go niebieskim, bo tak było łatwiej, choć od jakiegoś czasu tuż przed wjazdem  nań, stała tabliczka informująca o jego nazwie. Tym razem również nie zwróciła na to uwagi. Mknęła swoim małym samochodem zbyt pochłonięta własnymi myślami, by zastanawiać się nad celem podróży. Chciała po prostu jechać. Przed siebie. To był jej sposób na ucieczkę przed niemocą i tym, czymś, co w niej tkwiło. Brakowało jeszcze tylko romantycznego zachodu słońca i tych różowych chmur przesłaniających niebo. I jego…
Zjechała w wąską ulicę prowadzącą wprost do lasu. Z reguły unikała zjazdów, których nie znała. Mimo, że okolica nie była jej zupełnie obca, ten zjazd nigdy wcześniej nie rzucił jej się w oczy. Zwolniła, rozglądając się z zainteresowaniem wokół. Wysokie drzewa tworzyły mozaikę utkanych gęsto strzelistych pni. Urzeczona widokiem otworzyła szeroko okno. Chłód panujący w lesie wdarł się do środka przyjemnym zapachem igliwia i wilgotnego poszycia. Wyciągając szyję, chłonęła ten zapach, przeczesując spojrzeniem coraz odleglejszą linię drzew. Przyjemny dreszcz towarzyszący nieznanemu widokowi przebiegał jej plecy. Zgasiła radio i wsłuchując się w panującą wokół leśną muzykę, pięła się wąską drogą, raz w górę, za chwilę znów jej samochód przyspieszał zjeżdżając w dół. Wtedy też mignęło jej coś pomiędzy pniami, westchnęła przestraszona i odruchowo wcisnęła zamek w drzwiach.
- Boże, dobrze, że mam samochód…- Choć za chwilę przypomniała sobie historię kobiety, znalezionej jakiś czas temu w lesie, w zamkniętym samochodzie i martwej. Mówiono o tym nawet w wiadomościach. Natychmiast zerknęła we wsteczne lusterko i nagle zapragnęła znaleźć się w domu.  Tuż przed nią, zza skrętu wyłonił się zjazd na leśny parking. Bez zastanowienia skierowała samochód w tym kierunku i zawróciła gotowa pojechać tą samą drogą, która przywiodła ją w to miejsce. W ustach jej zaschło, ale zapomniała wziąć wodę. Wtem jej samochodem szarpnęło do przodu, po czym martwy silnik zgasł. Siedziała przez chwilę wpatrując się w blado połyskujące kontrolki. Czy możliwe było, by skończyło jej się paliwo? Przekręciła kluczyk w stacyjce, jednak samochód nie reagował.
- Jezu, co ja teraz zrobię?- rozejrzała się przelękniona wokół, chcąc upewnić się, czy jest na parkingu sama, po czym otworzyła drzwi i wysiadła. Sięgnęła po telefon, który spoczywał w torbie.- Trudno, będziesz musiał po mnie przyjechać. Niech będzie nawet, że przestanę włóczyć się po okolicy, obarczę cię jeszcze tą jedną niespodzianką i wysłucham tego, co masz do powiedzenia. Tylko odbierz i przyjedź po mnie.- Prosiła delikatnym, piskliwym głosem wciąż rozglądając się wokół. Wybrała jego numer i przycisnęła aparat do ucha. On jednak również pozostawał głuchy. Spojrzała na wyświetlacz.- Brak zasięgu? To nie jest możliwe… W jakich my czasach żyjemy?- Potrząsnęła kilkakrotnie telefonem i ze złością cisnęła go na fotel. Oparta o drzwi samochodu stała z rękami zawiązanymi w ciasny supeł na piersiach i rozglądała się dookoła. Drzewa zdawały się szeptać jakąś starą pieśń o czasach, które dawno minęły, ich dźwięk powodował monotonne brzęczenie, które coraz intensywniej zaczynało brzmieć, jak  wypowiadane w pośpiechu słowa. Ptaki nagle umilkły, co zauważyła zdziwiona. Jedynie szuranie konarów strzelistych sosen, które brzmiało niemal jak pocieranie kościstych palców starca wypełniało jej umysł.
- Dzień dobry- usłyszała nagle tuż obok siebie. Poderwała się i odwróciła w kierunku dobiegającego dźwięku, przyciskając dłonie do piersi. Mimowolnie cofnęła się kilka kroków w tył, usiłując zwiększyć odległość dzielącą ją od mężczyzny, który wyrósł za jej plecami nie wiadomo skąd.- Proszę się mnie nie bać. Widziałem panią na drodze.- Wskazał dłonią szczupłą, obciągniętą bladą, niemal przeźroczystą skórą.
- Kim pan jest?- rzuciła.
- Przepraszam za niedopatrzenie, nazywam się Jan Wiśniewski.- Skłonił się nisko. Odniosła wrażenie, że uderzył obcasami zniszczonych butów pochylając się równocześnie.
-  Marta, po prostu Marta.- Odrzekła zaskoczona szarmancją mężczyzny. On zaś rozejrzał się wokół niej i roztarł zgrabiałe dłonie, dzięki czemu miała okazję przyjrzeć mu się nieco dokładniej. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła jej się w oczy był płaszcz mężczyzny. Szary, odniosła wrażenie, że nawet nieco za duży prochowiec przewiązany w pasie ciemniejszym skrawkiem materiału. Szerokie nogawki spodni wystawały spod płaszcza nie zakrywając jednak staromodnych, bardzo zniszczonych i pokrytych błotem butów. Nietypowe zestawienie, pomyślała i ostrożnie, starając się nie zwracać na siebie uwagi, cofnęła się o kolejnych kilka kroków.
 - Czyżby popsuło się pani auto?- Zapytał spokojnie nieznajomy.
- Nie mam pewności. Chciałam zawrócić i zjechałam na parking,  ale wtedy samochód po prostu zgasł.
- Parking?- Powtórzył spokojnie pochylając głowę na bok, na co ona rozejrzała się dookoła i dłoń, którą chciała wskazać miejsce, gdzie zawracała, przycisnęła do ust.
- Jak to?- Rzuciła mu zaniepokojone spojrzenie. Zjechałam na parking, przecież?- Kiedy zaczęła obracać się,  opuściła głowę spoglądając pod swoje stopy w nadziei, że ujrzy betonowe, równo ułożone płyty, po których jechała. Nie mogła jednak uwierzyć własnym oczom. Stała na wzniesieniu, pokrytym ostrą leśną trawą, równo ścielącą się pod jej stopami.- Nic z tego nie rozumiem.
- Cóż, wygląda na to, że zgubiła się pani.
- A czy pan mógłby wskazać mi drogę powrotną? Mój telefon chyba też stracił zasięg.- Zaryzykowała wpatrując się w niego błagalnym wzrokiem.
- Nie wiem, czy będę potrafił. Przyznam pani szczerze, że rzadko udaje mi się wyjść z tego lasu. Zawsze gubię drogę. Cóż dopiero mówić o spotkaniu tu kogokolwiek takiego, jak pani.- Uśmiechnął się do niej ledwo zauważalnie. Zdjęta paniką przygryzła wargę w obawie, że za chwilę po prostu zemdleje ze strachu.
- To pan mieszka w tym lesie?- Roześmiał się serdecznie i głośno. Wydało jej się to dobrym znakiem. Jego śmiech brzmiał zupełnie naturalnie. Czy szaleńcy potrafią śmiać się naturalnie? Zaczęła zastanawiać się.
- Tak, tak można powiedzieć. Mieszkam w tym lesie już dość długo. Mogę spróbować pokazać pani drogę, jeśli tylko zgodzi się Pani pójść ze mną.- Przez chwilę wpatrywała się w jego spokojną, nieco zmęczoną twarz w poszukiwaniu jakiś oznak szaleństwa bądź psychopatycznych zamiarów. Gdyby zauważyła cokolwiek, choć najmniejszą oznakę świadczącą o jego złych intencjach, próbowałaby ucieczki. Odkąd poznała Maćka, regularnie chodziła z nim na siłownię. Z pewnością zdołałaby uciec temu wątłemu mężczyźnie, analizowała jego postać przestępując niepewnie z nogi na nogę. Nic jednak nie zaniepokoiło jej na tyle, by podziękować za oferowaną pomoc.- Proszę się mnie nie obawiać droga pani. Nie mam najmniejszego zamiaru skrzywdzić pani. Jestem tu sam, bardzo chętnie zamienię z panią kilka słów, zanim znajdziemy drogę do pani domu. Proszę spojrzeć, nie mam broni. Jestem tak samo bezbronnym człowiekiem, jak pani.- Rozłożył ramiona szeroko i uniósł je do góry, co równocześnie szarpnęło płaszczem, jego rękawy zsunęły się ukazując bardzo szczupłe nadgarstki. Wydawało jej się, że zauważyła jakiś niewielki tatuaż na prawym przedramieniu, jednak zanim zdążyła przyjrzeć się symbolowi, mężczyzna pospiesznie naciągnął rękawy płaszcza. Znowu rzuciła kilka spojrzeń na boki, tym razem zawstydzona swoją ciekawością. Wciąż nie przychodził jej do głowy żaden pomysł, który uwolniłby ją od tej nietypowej sytuacji, towarzystwa nieznajomego mężczyzny i  pozwoliłby jej znaleźć się w bezpiecznym domu. Nagle pomyślała o swoim mężu całkiem inaczej niż dotychczas. Już nie chciała schodzić mu z drogi, pozostawiając go sam na sam z jego problemami. Nagle zapragnęła być przy nim, pocieszyć go i być dla niego oparciem w trudnych chwilach. Gotowa była porozmawiać z nim, z pewnością znaleźliby sposób, by poradzić sobie z problemami. Mężczyzna stojący po drugiej stronie samochodu pochylił głowę i uśmiechnął się lekko pod nosem.
- Idziemy pani Marto?- Skinęła głową i ruszyła niepewnie za nieznajomym. Mężczyzna zerkał na nią co chwilę sprawdzając, czy wciąż podążała w ślad za nim.
- Czym się pan zajmuje panie Wiśniewski?- Zapytała w końcu zmęczona otaczającą ich ciszą.
- Ja jestem zegarmistrzem. To taka tradycja w mojej rodzinie. Mój dziadek był zegarmistrzem we Lwowie, potem tatko przejął zakład, no i w końcu zrobiłem to ja. Słyszała pani kiedyś dźwięk kilkudziesięciu zegarów odmierzających czas równocześnie? Ale nie- równo, tylko równocześnie. To taka jednostajna, trochę nawet hipnotyzująca muzyka. Póki się człowiek do niej nie przyzwyczai, potrafi być bolesna, uświadamia o przemijaniu. Z początku miałem problem z przebywaniem w zakładzie zupełnie sam. Odnosiłem wrażenie, że nie jestem bowiem sam. Czułem, że ktoś mnie obserwuje. Zna pani to uczucie? I to tykanie… Kilkudziesięciu zegarów, bez przerwy oznajmiających mi, że mój czas ucieka.- Pokręcił głową i westchnął ciężko. Chyba tęsknił za swoją pracą, przemknęło jej przez myśl.- A pani?
- Co?
- Co pani robi, pani Marto? Czy mogę spytać?- Znowu zerknął za siebie, jednak nie próbował nawet zrównać się z nią widząc skupiony wyraz jej twarzy.
- Ja nie pracuję. Mój mąż dostał intratną ofertę pracy w okolicy a ja… wciąż szukam czegoś, co pozwoli mi się spełnić.
- Spełnić?- Zatrzymał się na moment i obrócił w jej kierunku całym ciałem. Wzdrygnęła się i natychmiast stanęła.
- Tak. Maluję.
- Co pani maluje?- Ruszył znowu przed siebie uspokojony.
- Głównie pejzaże. Często wyjeżdżam z domu w poszukiwaniu inspiracji. Tak też stało się i teraz. Ale wychodzi na to, że zgubiłam się.
- Nie tylko pani się zgubiła w tym wszystkim- szepnął.
- Co pan mówi?
- A tak głośno pomyślałem.
- Czy idziemy w dobrym kierunku?  Wydaje mi się, że powinniśmy pójść w tamtą stronę.- Zatrzymała się, wskazując nieznacznie usypany trakt, który do złudzenia przypominał jej drogę.
- Nie, tędy jeździła niegdyś kolejka z amunicją. Ale Niemcy zbombardowali skład dawno temu i tory rozebrano. To tylko takie złudzenie, tu nie ma drogi.
- A wygląda zupełnie, jak droga.- Wpatrywała się przez chwilę w nieduży nasyp, skrzętnie przykryty wysoką, ostrą trawą porastającą obficie podłoże w lesie. Jedynie miejscami spomiędzy jej źdźbeł wychylały się mizerne pnie skarlałych dębów.
- O, a tu są jagody widzi pani? Ma pani ochotę? Można je śmiało zbierać.
- Skąd pan to wszystko wie?
- Był czas, że nie miałem, co jeść i wtedy zbierałem jagody. Potrafiłem pożywiać się zaledwie opalonymi grzybami i chrabąszczami.
- To okropne. Aż tak źle się panu wiodło? Co z pańskim zakładem?
- Czasami nie mamy po prostu wyjścia i musimy zaakceptować rzeczywistość taką, jaka jest, pani Marto. Ale warto mieć nadzieję, ona ogrzewa. Tu, z głębi serca.- Położył szczupłe palce na lewej piersi i uśmiechnął się do niej ciepło, tak po ojcowsku.- Zastanowiła się nad jego słowami a jej myśli natychmiast popłynęły w kierunku domu i jej męża.
- Chyba ma pan rację.
- Niestety pani Marto, mam ją. Choć zdecydowanie wolałbym, by było inaczej.
- A może wie pan dokąd dojechałam? Przyznam panu szczerze, że nie znałam zjazdu, w który skręciłam. Zamyśliłam się i skręciłam tak po prostu.
- Tak, to rzeczywiście zastanawiające. Jesteśmy w  Kampinosie.
- Ojej! Jestem blisko domu!- Zadrżała z podekscytowania.
- Mieszka pani w okolicy?
- Tak! Nie powinniśmy mieć problemu z wydostaniem się z lasu. Nie jest on aż tak rozległy!- perorowała.
- Obawiam się, że jednak jest. Proszę posłuchać…..- Zatrzymał się i uniósł palec wskazujący do góry.- Czy słyszy pani cokolwiek? Jeśli bylibyśmy blisko drogi, słyszelibyśmy auta, ciężarówki.
- I ptaki..
- Tak, zastanawiające, że ptaków również nie słychać.
- Skoro pan mieszka w tym lesie, to nie powinien pan mieć problemu ze znalezieniem drogi powrotnej. Gdzie dokładnie pan mieszka?
- Dokładnie?
- Tak, dokładnie.- zatrzymała się w bezpiecznej odległości i patrzyła gniewnie spod ściągniętych brwi.
- Pani Marto- rozbawiony jej reakcją wciągnął głowę głębiej między ramiona.
- I dlaczego nosi pan płaszcz latem? Jest panu zimno?
- Cóż, to cały mój dobytek. Wolę mieć go przy sobie na wypadek, gdybym jednak zdołał wydostać się z tego lasu i wrócić do domu.
- Jak to? To pan tu jednak nie mieszka?- Zapytała przeciągając ostatnią sylabę.
- Teraz już tak. Ale tak jak wspomniałem, pochodzę z Ukrainy.
- Nic z tego nie rozumiem…
- Chętnie wyjaśnię. Nie mam wielu sposobności, by z kimś porozmawiać. Czasem spotykam tu ludzi, ale wydają mi się być tak samo zagubieni i nieszczęśliwi, jak ja. A pani sprawia wrażenie bardzo miłej młodej damy.
- Młodej damy…- powtórzyła w ślad za nim- O co panu chodzi?
- Chodźmy dalej. Pokażę pani wszystko. Właściwie już jesteśmy blisko.- Ponownie rozmasował dłonie i splatając ich palce ciasno wyginał każdy z nich z osobna pod niewyobrażalnie nienaturalnym kątem. Słyszała dźwięk strzykających kości i marszcząc nos ruszyła niepewnie za nim. Właściwie rozważała możliwość zawrócenia, jednak kiedy zerknęła nad swoim ramieniem, ujrzała jedynie rysującą się za sobą pustkę. Cicha, niemal martwa przestrzeń, zdawała się wpatrywać w nich w zadumie, jakby obserwując toczącą się scenę z zainteresowaniem. Ptaki w dalszym ciągu milczały a drzewa zamarły w bezruchu wstrzymując brzmiące dotąd drżenie liści. Zdecydowanie uznała, że woli towarzystwo tego dziwnego mężczyzny niż samotne przemierzanie puszczy.
- Słusznie pani Marto. To rozsądna decyzja.- Wzdrygnęła się słysząc jego słowa.- Wspominała pani o swoim mężu. Czy mogę spytać, czym on się zajmuje?
- Wspominałam?
- O, tak mi się przynajmniej wydaje. Skąd wiedziałbym zaś, że ma pani męża?- Tym razem zerknął przez ramię obrzucając ją spojrzeniem swoich smutnych oczu.
- Tak, jestem mężatką. Mój mąż pracuje w firmie…
- To nieważne. Ja jestem zegarmistrzem i jak widać nie to stanowi o moim życiu. Czy kocha pani swojego męża?
- Zrobił się pan dziwnie dociekliwy, co jest tego powodem?
- Mało czasu pozostało nam na rozmowę. Chciałbym pomóc pani coś zrozumieć, zanim wyjdziemy z puszczy.
- Choć zbliżamy się do tego wyjścia?- W nadziei omiotła spojrzeniem pobliskie drzewa, wytężając wzrok tak, by zajrzeć jeszcze głębiej, pomiędzy nimi, tworzącymi misternie utkaną sieć przypominającą jej zmarszczki w kącikach oczu nieznajomego mężczyzny.
- Tak. Właśnie to staram się pani powiedzieć.- Przyspieszył nieco. Zauważyła jednak, że jego ciało napięło się, mięśnie twarzy stężały a głos nabrał powagi. On wcale nie chciał iść w kierunku, w którym ją prowadził, uznała.
- Kocham mojego męża.- Przytaknęła obserwując z większą uwagą jego ruchy.- Przechodzimy aktualnie niewielki kryzys, ale to minie.
- A czym ten kryzys jest spowodowany, jeśli mogę spytać?
- Może pan. W sumie zupełnie śmiało pyta pan o moje prywatne sprawy. Mój mąż wdrażał pewien projekt w firmie. Niestety nie spotkał się on z takim przyjęciem, jakie miało zapewnić jemu i jego współpracownikom oczekiwane korzyści. I nie mówię tu tylko o pieniądzach, choć na ich nadmiar nie narzekamy. Mój mąż bardzo lubi swoją pracę, wiele poświęcił temu, by znaleźć się na tym stanowisku. Czasem myślę, że może zbyt wiele.- Zamyśliła się.
- Czy to jest powodem kryzysu?- Zatrzymał się na chwilę nad krawędzią głębokiego dołu. Kiedy zrównała się z nim, zauważyła, z jakim przerażeniem spoglądał na jego dno. Powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem, jednak nic nie wzbudziło w niej takich emocji, jakie malowały się na jego twarzy.
- Nie, nie to jest powodem kryzysu. Czy wszystko jest w porządku?- Niepewnie położyła dłoń na jego ramieniu i zacisnęła palce na płaszczu. Jego dotyk przywodził wspomnienie starych marynarek i płaszczy, które wisiały w szafie jej babci. Był tak samo wilgotny, jakby chłodny.
-  Głębokie doły budzą we mnie lęk. Boję się tego, że wpadnę doń i nie zdołam już wyjść. Boję się śmierci.
- Nie wpadnie pan. Stoimy w bezpiecznej odległości. Skąd ta myśl?- Uśmiechnęła się i pochylając się nad głębokim dołem przezornie cofnęła do tyłu. Ramiona mężczyzny zaczęły podrygiwać. Rozglądał się dookoła, jakby w oczekiwaniu na pojawienie się kogoś jeszcze. Natychmiast zrobiła to samo, przeczesując skupionym spojrzeniem okolicę spod półprzymkniętych powiek. Nie zwróciła dotąd uwagi, że drzewa nagle przerzedziły się. Skupiła się i ponownie jej uszu dobiegł dźwięk szumiących liści brzóz oraz pocieranie starych wyschniętych konarów sosen. Wciągnęła przyjemny zapach świeżości, leśnego, wilgotnego poszycia i grzybów. Endorfiny zaczęły szaleńczo krążyć w jej ciele, pobudzając ją. Wyciągnęła szyję, czerpiąc kilka głębszych oddechów i ponownie spojrzała na mężczyznę.
- Czuje pani ten zapach?- Skinęła głową.- Ja też go czułem, teraz skrywam go tylko w mojej pamięci. I szum drzew i ptaki. A było wtedy tak cicho, tak samo ciepło świeciło słońce.
- O czym pan mówi?
- I jedynie ptaki śpiewały wesoło nad naszymi głowami, suche gałęzie strzelały pod stopami, kiedy prowadzono nas tutaj. Gdzieś z przodu płakała kobieta, dopiero idąc wzdłuż tamtej linii drzew uświadomiła sobie, po co tu przyjechaliśmy. Nikt jej nie pocieszył. Ona miała jeszcze nadzieję. My chyba już wtedy straciliśmy ją.- Nie rozumiała tego, co do niej mówił, ale wydawało jej się, że powinna wysłuchać go do końca. Sprawiał wrażenie, jakby jej milczenie uspokajało go.- A ta cisza brzmiała w naszych uszach, jak moje zegary w zakładzie. Może to sobie pani wyobrazić, pani Marto?- Zaprzeczyła kręcąc lekko głową.- Oczywiście, że nie. Przytłaczała mnie ta cisza, zupełnie jak dźwięk moich zegarów, w pierwszych miesiącach mojej pracy. I choć były nas setki, byłem sam. Szedłem wśród ludzi takich, jak ja, ale byłem sam. Tak było lepiej. Pani Marto, samotność w tłumie to chyba najgorsza z jej odmian.
- Słyszy pan? Syreny!- Gdzieś w pobliżu słychać syreny!
- Tak.- szepnął- Już jadą. Skupiła się na jego posępnej twarzy. Patrzył na nią z takim żalem, tęsknotą. Nagle uświadomiła sobie, co równocześnie było dla niej dużym zaskoczeniem, że czuje do niego sympatię. Współczuła mu, choć sama nie wiedziała, dlaczego. Jego usta rozciągnęły się w smutnym uśmiechu.- Niech pani porozmawia z mężem. Każdy problem można rozwiązać. I proszę pamiętać, że najgorsza jest samotność.
- Jestem w ciąży. Mój mąż nie tego oczekiwał…- oznajmiła ze smutkiem.
- Będzie szczęśliwy. Proszę przypomnieć sobie, dlaczego wyszła pani za swojego męża. Proszę wyobrazić, że już nigdy miałaby pani go nie zobaczyć. Wiele dałbym, by czas na chwilę okazał nam łaskę i pozwolił mi spotkać się po raz ostatni z moją żoną, matką. Miałbym im tyle do powiedzenia. Ale tak się nie stanie. Pani ma wciąż tę możliwość. Dziecko to życie, które trzeba szanować i cenić ponad wszelką miarę pani Marto. Pani mąż to zrozumie.- Wydawało jej się, że usłyszała śpiew ptaków, jednak za chwilę ów dźwięk przerodził się w szum dobiegający gdzieś z głębi jej głowy. Zmrużyła oczy, chcąc zlokalizować źródło dźwięku.
- Uderzyła się pani w głowę pani Marto.- Usłyszała go, jakby z oddali.
- Proszę pani? Proszę pani, czy pani mnie słyszy?- Jej uszu dobiegł jeszcze jeden, nieco bardziej natarczywy głos.
- Pani Marto, nazywam się Jak Wiśniewski. Proszę o tym pamiętać. Proszę mnie tu znaleźć. Pani Marto…
- Zabieramy ją…
                Obudziła się w białej sali. Ubrana w swoją ulubioną pidżamę z ramionami równo ułożonymi na gładkiej pasiastej pościeli. Otwierała oczy powoli, w obawie przed tym, co mogła ujrzeć. Nie czuła już zapachu lasu, ani jego wilgotnego poszycia. Nie słyszała szumiących drzew, które koiły strach podczas wędrówki kampinoskimi lasami. Słyszała natomiast ptaki, wrzeszczące za szybą uchylonego okna. Tuż obok niej siedział Maciek. Z głową pochyloną nisko, wpatrując się w jej dłoń, którą ściskał w swojej.
- Maciek- jęknęła- jestem w ciąży. Chciałam ci powiedzieć, ale bałam się, że cię zawiodę.- Uniósł na nią zatroskane spojrzenie i łzy popłynęły z jego oczu.
- Kochanie, wróciłaś… Myślałem, że oszaleję ze strachu o ciebie, o was!- Całował jej palce, dłonie.
- Ja też tak myślałam. Samotność jest najgorsza.

                Kilka miesięcy później, już po wyjściu ze szpitala, kiedy wspomnienie wypadku samochodowego, jakiemu uległa przestało ją przerażać, wsiedli z Maćkiem do jego auta i pojechali w to samo miejsce, do którego zaprowadził ją Jan Wiśniewski. Przed nimi ścielił się cmentarz wymordowanych za czasów II wojny światowej ludzi, kwiecia inteligencji polskiej. Drzewa szumiały głośno, przekrzykując się w opowiadaniu historii, którą ona poznała z samego źródła rozpaczy, tęsknoty i strachu. Ujmując męża za rękę zeszła pomiędzy mogiły, szukając tej jednej. Dopiero, kiedy stanęła przy porośniętym bylinami nagrobku, jej emocje, jak tchnięte naglą potrzebą ucieczki szarpnęły jej ciałem.
- Czemu płaczesz kochanie?
- Ci ludzie przeżyli to, o czym my nie mamy nawet pojęcia. A najgorsza w tym wszystkim jest Maćku bezradność i samotność. Kiedy szli na rzeź ramię w ramię z takimi, jak my i nie mieli nadziei na ratunek. Samotność w tłumie Maćku jest najgorsza.- Spojrzała w oczy zaskoczonego męża i wtuliła się w jego ramiona kładąc obie dłonie na zaokrąglonym brzuchu.














Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...

No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...