Pięć pytań do... Zuzanny Arczyńskiej

Wpadłam na pomysł przybliżenia Wam sylwetek polskich pisarek i pisarzy w formie krótkiego wywiadu. Jest to pięć pytań, na które raz w tygodniu będą odpowiadali nasi rodzimi twórcy. Na rynku wydawniczym, pośród dostępnych wielu zagranicznych pozycji, znajdziemy perełki polskiej literatury, które nie tylko dorównują, ale niejednokrotni przewyższają literaturę zagraniczną.
Przeciwstawiam się stwierdzeniu Stanisława Jachowicza, jakobyśmy chwalili cudze swojego nie znając.
Znamy i chwalić będziemy.

Dziś prezentuję Wam wywiad z Zuzanną Arczyńską. Osobą, która dawno zyskała mój szacunek za swoją otwartość, odwagę w głoszeniu wyznawanych teorii i książki jakie pisze. Mama, gospodyni domowa, żona, na co dzień pracuje i pisze. Nietuzinkowa osobowość i barwna postać.  Reszty dowiecie się poniżej. Zapraszam.





Co jest dla ciebie naprawdę ważne w życiu?

Mamy godzinę na odpowiedź? Jak się rozkręcę to szybko nie skończę. :)
Kiedy byłam nastolatką myślałam, że najważniejsza jest przyjaźń i że nigdy się nie skończy, ale kończyły się jedna po drugiej i to było przygnębiające. Choć nigdy nie czułam się samotna, było mi ich żal, ale życie nieubłaganie idzie dalej i gdy coś się kończy, coś innego się zaczyna. Teraz wiem, że to, co nazywałam przyjaźnią niekoniecznie nią było, a wakacyjne znajomości często kończą się gdy zadzwoni szkolny dzwonek i takie tam nastolatkowe przemyślenia, o których teraz opowiadam swoim córkom.
Potem dorosłam do miłości i wydawało mi się, że nic nie jest na świecie ważniejsze od niej. Tylko, że wtedy nie wiedziałam jeszcze, że jest jej tyle rodzajów: miłość romantyczna i erotyczna, czyli do partnera, filia czyli miłość do przyjaciół,  czy agape – oparta na zasadach i zawsze pomimo wszystko, czy storge skierowana w stronę rodziny i przynależności (to ta idiotka która sprawia, że  kobiety pozwalają sobą pomiatać, wysyłają paczki do więzienia swoim oprawcom, wyrodnym dzieciom i wychowanym przez siebie bandytom.) Grecy są mistrzami w nazywaniu rodzajów miłości, warto się od nich uczyć. Wciąż nie wiem tylko jak nazywa się zdrowa miłość do samego siebie. 
Teraz myślę, że ważny jest spokój i rodzina. Dzieci są najważniejsze na świecie no i jeszcze więzi. Na nowo odkrywam istnienie cudownej rodziny, którą przez lata zaniedbywałam i dobrze mi z nimi. Potrzebna jest równowaga. Mam wspaniałych przyjaciół w których istnienie nie uwierzyłabym jeszcze kilka lat temu, bo przecież są z Internetu, więc nie mogą być prawdziwi. Rozumiecie mnie prawda? Mam też cudownych sąsiadów, sympatyczną pracę i chodź chciałabym pracować wyłącznie w domu, cieszę się tym, co jest.
Ważne jest by dbać o samą siebie. Brzmi to egoistycznie, ale bez tego nie będziemy szczęśliwi. Kiedy mama o siebie dba, dzieci uczą się, że ważne jest zdrowie i dobre samopoczucie wszystkich członków rodziny, a nie tylko dzieci. Czasem trzeba odpocząć nawet od najbliższych, ukraść dla siebie kilka godzin, mieć czas.  Warto spędzić go dla odmiany z dorosłymi bądź w samotności. I pod żadnym pozorem nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.   
Żyjemy w czasach pozorów. Nie dajcie się zwieść. Pozorne jest niemal wszystko. Nie pozwólcie, by takim stało się Wasze szczęście. Człowiek ma prawo dążyć do tego, by było mu dobrze, ale nie pogubcie się, to nie w kasie jest spokój, to nie za pieniądze kupicie przyjaźń, to nie mamona zapewni Wam zdrowie. Musimy wszyscy o siebie dbać. Nie mówię o fanatycznym i nagłym przewrocie, o zmianie w życiu wszystkiego, o rzuceniu wszystkiego co nie jest eko itp. Nie. Ale róbcie coś dla siebie. Lubicie owoce?  Sprawcie sobie przyjemność, kupujcie owoce. Czujecie zmęczenie? Połóżcie się spać w dzień i nadróbcie braki. Wasz organizm podziękuje Wam za spadek stresu, więcej snu, czy dodatkowe naturalne witaminy. Małe rzeczy są ważne. Czasem lampka wina, innym razem spacer, choćby i nocą. Dawajcie sobie małe prezenty.  Zasługujecie na to, by siebie kochać i o siebie dbać. Pamiętajcie, że żeby pokochać innych ludzi, należy zacząć od siebie. Kto zna słowa: „Miłuj bliźniego swego jak samego siebie”? Ten Jezus to był mądry facet – zacznijcie od siebie, pokochajcie siebie. To milowy krok na drodze do własnego szczęścia.
 
Gdybyś mogła cofnąć się w czasie i zmienić jedną rzecz w swoim życiu, co by to było?

Jedną? Szkoda, że tylko jedną. Zmieniłaby parę. Ale skoro trzeba wybrać uczyłabym się w liceum. No bez przesady! Tróje zawsze były spoko. Nie mówię, że przykładałabym się do wszystkiego, bo kiedy Twój ogólniak, jak mój choszczeński jest położony niemal na plaży, to dużo większą frajdą było siedzenie na pomoście, palenie fajek i pisanie wierszy i listów niż słuchanie fizyczki czy matematyczki. Żałuję, że dziś nie jestem w stanie porozumieć się komunikatywnie w żadnym

  języku obcym. W podstawówce był rosyjski – zapomniałam, w liceum niemiecki na poziomie tak żenującym i z taką ilością germanistów, że nie będą tego komentowała, pamiętam słowo które wymawia się rotkepsien i znaczy Czerwonego Kapturka, no i był cudowny francuski.
To ten język jest tym, czego żałuję. Serio, gdybym mogła zmienić jedną rzecz naprawdę przyłożyłabym się do nauki francuskiego a nawet znienawidzonej gramatyki. A tak prześliznęłam się przez maturę i pamiętam jedynie: „ja nie mam co na siebie włożyć”, czyli  kultowe zdanie każdej kobiety stojącej przed szafą. Potem miałam jeszcze angielski w medyku, ale zaczynałam od podstaw przy osobach, które miały już maturę z tego języka, więc łatwo było się zniechęcić. To taki życiowy błąd, przed którym bardzo bym chciała ustrzec swoje dzieci, bo bez znajomości żadnego języka podróżowanie po bądź co bądź wolnej Europie pozbawionej granic jest kłopotliwe i budzi niepotrzebny strach.

Podobno czytasz poezję?

Tak. Czytam i lubię. Dawno temu pisałam wiersze, ale były słabe i nastolatkowe. Potrafię docenić dobre wiersze i na pierwszy rzut oka wiem, bo czuję, co jest dobrą poezją, a co jest po prostu kawałkiem prozy rozpisanym na linijki po to, by udawało wiersz. Ciekawe jest to, że nasz system edukacji uczy nienawidzić poezji. A przecież współczesna jest często ciekawsza od wykładanej starej. Gdybym miała do wyboru barokowy sonet pełen sztucznych upiększeń i współczesny tekst piosenki Świetlickiego, czy Kaźmierczaka wybiorę zawsze to co współczesne, bliskie mi i bez udziwnień.
Uważam, że mnóstwo cudownej poezji jest w tekstach rapowej kapeli 3W, z przyjemnością obserwuję kilka cudownych pań na FB i wierzę, że kiedyś wszyscy docenimy wiersze i nie będziemy ich mylić z rymowankami typu disco polo. Tylko najpierw musi się zmienić w Polsce edukacja. Niemieckie dzieci w podstawówce czytają jedną książkę rocznie, ale rozkładają ją na czynniki pierwsze u nas lektury są zbyt nudne i jest ich za dużo. Do tego do przerobienia są „wiersze” np.: Rymkiewicza, który o poezji nie ma pojęcia, a pisze jak Broniewski dla Stalina – na zlecenie rządu. Choć to złe porównanie i krzywdzące. Broniewski był piewcą komunizmu, ale zdolnym, ten po prostu jest ohydnym czopkiem bez talentu, za to z żenującym medalem od miernego prezydenta.
Smutne to, że młodzież nie lubi czytać, ale zastanówmy się, czy to nie edukacja jest temu winna? Staram się, by moje dzieci lubiły poezję i to jest droga przez mękę. Z prozą jest łatwiej, ale jeśli nie nauczymy dzieci czytać teraz, za kilka lat nie będzie dla kogo pisać, no chyba, że wyłącznie scenariusze telewizyjnych seriali.   

A muzyka? Jaką rolę odgrywa w Twoim życiu?

Muzyka to długa historia. W domu było radio, a w nim grała Trójka. To kiedyś było doskonałe radio, najlepsze i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie. Magnetofonu nie miałam długo, dostałam go już w liceum. Tylko, że do słuchania muzyki nie był mi potrzebny własny. Odkąd pamiętam miałam Edytę. Mieszkała długo piętro niżej, miała dwóch dużo starszych braci, a oni mieli dobry gust i szpulowy magnetofon, tego pierwszego nie pamiętam, tym kolejnym była Aria. Nagrywali nocne audycje, całe płyty. Znałam mnóstwo dobrego rocka nim dowiedziałam się czym jest. Deep Purple czy Pink Floyd były dla mnie normą w czasach, gdy na ścianie wieszało się plakaty z Modern Talking czy Europe. Podobnie Lista Przebojów Trójki, to było takie małe cotygodniowe święto. A potem nastał czas baletów i trochę się pogubiłam w popie, który w tamtych czasach wcale nie był jeszcze tak koszmarny jak dziś. Nadal mam sentyment do wielu wykonawców z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych a wiele utworów budzi uśpioną łezkę w oku. Potem zdarzyło mi się kilka razy współprowadzić rockotekę, to były szalone czasy liceum...
Teraz chyba wciąż się rozwijam, przebrnęłam przez czas zachwytu muzyką reggae i bardzo lubię wielu zwłaszcza krajowych wykonawców, przerobiłam zimną falę i uwielbiam jej mroczne dźwięki, często sięgam po poezję najchętniej w wykonaniu Czyżykiewicza, czasem Turnaua i obu tych panów udało mi się zobaczyć na żywo w Sulęcińskim SOKu, było bajecznie. Żałuję, że nigdy nie posłucham na żywo Ciechowskiego z Republiki. To był gość!
Ale to nie jest tak, że słucham tylko Polskiej muzyki, nie wyobrażam sobie pisania książek bez ścieżki dźwiękowej z Miasteczka Twin Peaks, czy Ostatniego Mohikanina, uwielbiam muzykę z Piątego elementu, a prócz tego Portishead, Gotan Project, czy Anję Garbarek.
Nie da się wymienić wszystkiego i jestem pewna, że zapomniałam o wielkiej ilości muzyki, którą uwielbiam, ale z sympatią wspominam i wracam do Dżemu, Hey, SDM-u i innych piosenek, które dawno temu śpiewaliśmy na ogniskach i imprezach. Z dziećmi przerobiliśmy nawet Sidneya Polaka- a co, mama musi być na bieżąco a muzyka gra zawsze i wszędzie.

Jesteś bezkompromisowa w opiniach na wiele tematów, nie bywa Ci z tym ciężko?

Ciężko? Nie, raczej nie. Lubię fakt, że mam własne zdanie. Nie znoszę ciemnoty. Uważam, że każdy ma prawo głosić swoje poglądy, ważne, by nie napadał personalnie na innych ludzi. Mierzi mnie fakt, że ktoś próbuje mnie strofować lub pouczać, bo mam inne niż on zdanie a o drgawki przyprawia mnie, gdy to się dzieje na mojej ścianie na fejsie.
Cenię w sobie to, że jestem intelektualnie uczciwa. Mój dom jest moim domem. U siebie zawsze mówię co myślę i nie pozwalam, by mi ktoś po chamsku z buciorami wlazł do sypialni i mówił jak mam żyć, do kogo się modlić i kogo całować po rękach.  Na to samo nie pozwolę sobie w Internecie. Ban i won!
Nie zdobędę sobie fanów odpowiedzią na to pytanie, a jednak cieszę się, że padło.
Deklaruję się jako przeciwniczka wszystkich religii. Mam ich dość! Wszystkich. Nie żyjemy w Republice Gileadu. Niech nikt nie próbuje mi narzucać swoich poglądów. Biblia i Bóg – szacun, ale wszelcy pośrednicy, kościoły, kongregacje, zbory i przedstawiciele religii niech się ode mnie trzymają z daleka, bo jak napisał mój ulubiony noblista Józef Brodzki: „wśród wyznawców każdej wiary są mordercy i ofiary”,  niech najpierw zrobią u siebie porządek, nim zaczną mówić innym, jak mają żyć. Proste.

Osobiście uważam, że ludzi którzy czują i myślą tak jak ja jest więcej, dużo więcej, ale popadli w marazm i konformizm. Obchodzą święta, bo tak wypada, składają sobie życzenia, bo jest taka tradycja, a ja nie chce tak żyć i nie będę. Nie będę udawała, że święto światowego konsumpcjonizmu, które w tej chwili ogarnęło nawet Japonię wywołuje we mnie wzniosłe uczucia. Ludzie, no kto w to wierzy? Jakie urodziny Jezusa? Żydzi nie obchodzili urodzin. Data jest przypadkowa, bo pasowała do rzymskich Saturnaliów i narodzenia Mitry na wschodzie – ot zimowe przesilenie, ale kościół wiadomo zaadaptował już tyle pogańskich zwyczajów, że jeden więcej czy mniej na nikim nie robi różnicy. Mi robi, ja tak nie chcę. Bawcie się beze mnie.

Kiedy mam dość, mówię dość, głupotę nazywam głupotą a chamstwo chamstwem bez upiększeń, bo świat jest pełen idiotów, którzy żyją w przekonaniu, że zawsze mają rację. Trzeba im mówić: „nie!” Nie lubię ich, nie chce się z nimi cackać. Lubię mądrych i fajnych ludzi. Ciepłych i serdecznych, cenię nieobłudną życzliwość. Wierzę, że tacy jesteśmy, ale gdy źle trafiam, mój rozmówca przekonuje się o tym pierwszy i wtedy jak nigdy wierzę, że cenzura bywa szkodliwa, bluzgam, bo czuję , że trzeba. Dobrze mi być sobą, a że bywam suką, cóż, każdy ma taki pancerz, jaki sobie wyhodował.  Nie będę nikogo udawała. Nie muszę i nie chcę. Jestem jaka jestem, ba! Nawet mam czelność myśleć o sobie, że jestem dobrym człowiekiem :)

pięć pytań do... Anity Scharmach


Wpadłam na pomysł przybliżenia Wam sylwetek polskich pisarek i pisarzy w formie krótkiego wywiadu. Jest to pięć pytań, na które raz w tygodniu będą odpowiadali nasi rodzimi twórcy. Na rynku wydawniczym, pośród dostępnych wielu zagranicznych pozycji, znajdziemy perełki polskiej literatury, które nie tylko dorównują, ale niejednokrotni przewyższają literaturę zagraniczną.
Przeciwstawiam się stwierdzeniu Stanisława Jachowicza, jakobyśmy chwalili cudze swojego nie znając.
Znamy i chwalić będziemy.


Dzisiejszym gościem jest Anita Scharmach. Kobieta niezwykle wrażliwa, pisarka, mama, żona i oddana braciom mniejszym opiekunka. Pamiętacie dwie znajdy, których życie uratowała Jej miłość? To Halinka i Ferdzio. Anita jest również fanką fotografii. Jej prace znajdziecie na instagramie oraz Fb. Oczywiście gorąco zapraszam na profil autorki.
A teraz pytania:


1. W swoich powieściach bohaterowie mieszkają w Trójmieście, czy to również Pani miejsce na Ziemi?
Mieszkam w Gdyni, dlatego łatwiej jest mi pisać o miejscach, które znam.Czy to jest moje miejsce na Ziemi? Hm, moje miejsce jest tam, gdzie moja rodzina. Jeśli byłby to drugi koniec świata i miałabym mieszkać tam z bliskimi, dokładnie tam byłby mój zakątek.


2. Czy łatwo było wydać Pani pierwszą powieść?
To tak jak z rozmową kwalifikacyjną. Składasz CV potencjalnemu pracodawcy i albo zaproszą Cię na rozmowę, albo nie. Albo spodobasz się Ty i spełniasz warunki pracodawcy, albo nie. Tak też było w moim przypadku. Napisałam powieść, wysłałam do Wydawcy i najprawdopodobniej spodobała się na tyle, że postanowili ją wydać. Z tego "angażu" wydane zostały cztery moje powieści, ale jak mawiał Einstein "obłędem jest powtarzać w kółko tą samą czynność oczekując innych rezultatów", dlatego podjęłam decyzję o wysłaniu powieści do Wydawcy, który spełniłby moje warunki i tym samym zasiliłam grono autorów z Wydawnictwa Prószyński i s-ka.



3. Czy oprócz pisania, ma Pani jakąś pasję?
Owszem. Lubię fotografować, choć jestem amatorem. Uszczęśliwia mnie kropla deszczu na liściu, którego zieleń cieszy oko, czy wschód słońca nad morzem. Jestem w stanie wstać skoro świt i udać się na plażę, aby powitać dzień. Staram się to wszystko co widzę uchwycić w okienko aparatu i zachować na dłużej. Nigdy jeszcze nie fotografowałam ludzi, ale i na to pewnie przyjdzie pora, choć mam wrażenie, że to są zdjęcia udawane. Przecież słońce czy kwiat nie pozują, po prostu są i to jest w tym najpiękniejsze. Natomiast zwierzęta są wdzięcznymi modelami do fotografowania. Nie udają. Są fantastyczne. Lubię też pisać wiersze, ale te chowam do szuflady. W powieści "Mogę wszystko" próbowałam przemycić kilka, jednak wydaje mi się, że lepiej czułyby się w osobnym tomiku, niż poutykane między kartami powieści obyczajowej. Może kiedyś pokuszę się o wydanie tomiku, kto wie? Przecież marzenia należy spełniać.




4. Gdyby miała Pani opisać swe życie jednym cytatem, jak on by brzmiał?
Ciężko w kilku słowach zmieścić cały swój świat, jest jednak cytat który bardzo lubię. Są to słowa niezwykle mądrego człowieka Alberta Einsteina, którego sentencje bardzo cenię:"Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko."



5. Plany na przyszłość?
Po prostu cieszyć się życiem, spełniać się w roli mamy, napisać mnóstwo powieści, najlepiej bestsellerowych😁, być szczęśliwym,
zdrowym Człowiekiem.


Pięć pytań do... Adriana Bednarka

Wpadłam na pomysł przybliżenia Wam sylwetek polskich pisarek i pisarzy w formie krótkiego wywiadu. Jest to pięć pytań, na które raz w tygodniu będą odpowiadali nasi rodzimi twórcy. Na rynku wydawniczym, pośród dostępnych wielu zagranicznych pozycji, znajdziemy perełki polskiej literatury, które nie tylko dorównują, ale niejednokrotni przewyższają literaturę zagraniczną.
Przeciwstawiam się stwierdzeniu Stanisława Jachowicza, jakobyśmy chwalili cudze swojego nie znając.
Znamy i chwalić będziemy.


A z racji wczorajszego święta, warto posilić się o męskie spojrzenie na sprawę literatury.
Pięć poniższych pytań przybliży Wam postać Adriana Bednarka.
Urodzony w Częstochowie, absolwent Akademii Ekonomicznej w Katowicach.
Zafascynowany tematyką kryminalną. Autor pięciu thrillerów psychologicznych, wziął dotąd udział w dwóch antologiach.
PS. Pytanie trzecie bardzo mnie zaintrygowało :-) Thriller erotyczny w wykonaniu tego autora to może być niezwykle ciekawe doznanie :-) 
A oto pięć pytań do Adriana:

1 Dlaczego głównymi bohaterami Twoich książek są wyrachowani, przerażający przestępcy. Tacy jak Kuba i Sonia z diabelskiej serii czy Reżyser ze „Skazanego na zło”? Czemu uczyniłeś ze zbrodni doskonałej swój „znak firmowy”?
Od zawsze fascynowała mnie zbrodnia a konkretnie ludzie popełniający najcięższe przestępstwa. Ich psychika, problemy, motywacja i dzieciństwo, bo nawet najgorsi mordercy rodzą się niewinni, jak wszyscy. Na swój sposób lubię towarzyszyć swoim fikcyjnym zbrodniarzom w drodze przez życie, poznawać ich, pakować w coraz większe tarapaty a potem z nich wyciągać. Sprawia mi to frajdę ,więc o tym piszę. Poza tym uważam, że dokonywanie przestępstwa tak, żeby uniknąć za nie odpowiedzialności jest znacznie ciekawsze niż zabawa w detektywa i łapanie przestępców.

2  Jak to robisz, że większość czytelników pała sympatią do Kuby Sobańskiego, prawnika i seryjnego mordercy z Krakowa, głównego bohatera powieści o Diable? Raczej nie jest to zasługa jego ponadprzeciętnej urody, specyficznego charakteru czy wyjątkowej zdolności do manipulacji. Musi być w tym coś jeszcze.  
 Nie robię nic specjalnego.  Opisuję życie seryjnego mordercy, jasną ( o ile tak to można nazwać) codzienność i mroczną stronę jego duszy zgodnie z podszeptami wyobraźni. Sam często jestem zaskoczony tak dużą sympatią do młodego mężczyzny polującego na piękne brunetki. Choć potrafię zrozumieć czytelników. W ciągu kilku lat Kuba stał się nieodłączną częścią mojego życia, ja też darzę go bardzo pozytywnymi uczuciami. Nasze wspólne „polowania” uzależniły mnie od pisania.

3  Czy zamierzasz odejść od gatunku i stworzyć coś zupełnie innego niż mroczny thriller? A może już stworzyłeś? Jest jakiś gatunek którego nigdy byś „nie ruszył”?
 Na moim dysku koczuje, licząc z opublikowanymi, osiemnaście powieści. Zdecydowaną większość stanowią thrillery, ale jest też akcja, typowy kryminał a niedawno zdarzyło mi się napisać thrilleroromans, którego zakończeniem zaskoczyłem samego siebie. Ponieważ w większości swoich książek nie unikam erotyki, marzy mi się napisanie thrillera erotycznego i ten pomysł coraz bardziej dojrzewa w głowie. Być może zabiorę się za realizację jeszcze w tym roku. Natomiast wiem, że nigdy nie napisałbym powieści w której wszyscy bohaterowie zaczynają i kończą żywi :) Zbrodnie są nieodłączną częścią mojej twórczości. Chyba nigdy nie zabrałbym się też za fantastykę.

4 Masz jakiś ulubiony program do pisania, który wpływa na twoją pracę twórczą czy jest ci kompletnie obojętne na czym piszesz?
 Zdecydowanie moim najlepszym przyjacielem jest Word 2010, raz próbowałem nowszego, napisałem jakieś pół strony i od razu go odinstalowałem. Piszę tylko czcionką Calibri 14, inną nie umiem. Traktuję swojego Worda jak najprawdziwszą maszynę do pisania. Tak wygląda podejście do klasyki faceta, który był nastolatkiem na przełomie lat 90 i 2000;)

5  W Twoim biogramie można przeczytać, że pisanie uważasz za swój największy nałóg. Skoro ten jest największy, jakie są pozostałe?

Trochę by się nazbierało... Pisanie jest na pierwszym miejscu, na równi z codziennymi treningami bez których nie wyobrażam sobie funkcjonowania. Dalej wymieniłbym czytanie, żużel, marlboro czerwone i hurtowe ilości espresso przyjmowane każdego dnia. Ale staram się nie traktować tego jako nałóg a jako codzienną rutynę, wtedy brzmi lepiej ;) 


Pięć pytań do.... Krystyny Śmigielskiej

Wpadłam na pomysł przybliżenia Wam sylwetek polskich pisarek i pisarzy w formie krótkiego wywiadu. Jest to pięć pytań, na które raz w tygodniu będą odpowiadali nasi rodzimi twórcy. Na rynku wydawniczym, pośród dostępnych wielu zagranicznych pozycji, znajdziemy perełki polskiej literatury, które nie tylko dorównują, ale niejednokrotni przewyższają literaturę zagraniczną.
Przeciwstawiam się stwierdzeniu Stanisława Jachowicza, jakobyśmy chwalili cudze swojego nie znając.
Znamy i chwalić będziemy.


Kolejną osobowością, której spojrzenie pragnę Wam przybliżyć, jest Pani Krystyna Śmigielska.
Osoba niezwykle skromna, wnikliwie oceniająca zastałą rzeczywistość. Autorka dwunastu opublikowanych prac. Oto pięć pytań.


1.      Artyści to według Pani...
…ludzie z defektem. Niektórzy potrafią go maskować, udając, że nic im nie dolega. Posiadają łatwość w posługiwaniu się pędzlem, spod ich pióra wychodzą ciekawe, zwarte teksty, zanucą ze słuchu każdą melodię ot, takie tam uzdolnienia. Umysłami tej wyalienowanej spośród społeczeństwa grupki rządzą silne emocje, nad którymi trudno czasem zapanować. Ostrość widzenia, umiejętność przewidywania, empatia, życie w światach równoległych często okazują się prawdziwym przekleństwem. Cieszę się, że jestem normalna.
2.      Dwanaście książek i…
…chyba wystarczy. Myślę, że moją intymną rozmowę z czytelnikami mogę zakończyć. Nie opowiedziałam wszystkich historii, które nadal rozgrywają się pod moimi zamkniętymi powiekami, nie zbawiłam świata i już wiem, że go nie zbawię. 

   3.      Jeżeli nie pisać to…
…czytać. Starannie dobierać kolejne lektury. Powolutku, bez pośpiechu chłonąć cudze światy, unikając tak dzisiaj powszechnej tandety.
   4.      Żałuje Pani, że…
…nie udało mi się wydać mojej trzynastej powieści. Trzynastka nigdy mnie nie przerażała, tym razem jednak okazała się wyjątkowo pechowa. Dzięki temu posiadam najcenniejszy dla mnie skarb – własną powieść i to na wyłączność!
5.      Żeby marzenia się spełniły…
…wystarczy czasem trochę siły
I cierpliwości odrobinę
Nie chować głowy pod pierzynę
Lecz z podniesioną mknąć przed siebie
Proste!
Więc czemu o tym nie wiem?


Pięć pytań do... Magdaleny Skubisz.

Wpadłam na pomysł przybliżenia Wam sylwetek polskich pisarek i pisarzy w formie krótkiego wywiadu. Jest to pięć pytań, na które raz w tygodniu będą odpowiadali nasi rodzimi twórcy. Na rynku wydawniczym, pośród dostępnych wielu zagranicznych pozycji, znajdziemy perełki polskiej literatury, które nie tylko dorównują, ale niejednokrotni przewyższają literaturę zagraniczną.
Przeciwstawiam się stwierdzeniu Stanisława Jachowicza, jakobyśmy chwalili cudze swojego nie znając.
Znamy i chwalić będziemy.




Magdalena Skubisz-piosenkarka, pisarka, mama, żona, na co dzień pracująca z młodzieżą nad emisją głosu. Absolwentka jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach.

W pierwszej odsłonie projektu, który przygotowałam dla Was, chcąc przybliżyć sylwetki polskich pisarek i pisarzy, to właśnie Magda odpowie na pięć pytań. Mam nadzieję, że mój pomysł przypadnie Wam do gustu, a po krótkich prezentacjach nabierzecie apetytu na sięgnięcie po książki prezentowanych autorów.


1. O czym marzyła Magdalena Skubisz, kiedy była małą dziewczynką? Czy choć część z tych marzeń spełniła się? (czy były to marzenia o pisaniu?)
 Jako 4-letnia dziewczynka modliłam się o to, żeby nigdy nie nudzić się w życiu (zostałam wysłuchana w 100% :-)). Potem chciałam zostać tancerką lub piosenkarką. Ten drugi zawód wykonuję do dzisiaj i to z naddatkiem - nie tylko śpiewam, ale także uczę śpiewać innych.  O tym, żeby pisać zamarzyłam w pierwszej klasie liceum, kiedy na klasówce z języka polskiego całkowicie spontanicznie powstało opowiadanie pod tytułem „Kroniki Królewny Smarkołyki”. Na szczęście moja ówczesna polonistka, pani profesor Dorota Kostelecka była osobą obdarzoną ogromnym poczuciem humoru: dała mi piątkę i poprzestała na delikatnym napomnieniu, żebym następnym razem trzymała się tematu. Potem wysłała opowiadanie na konkurs i zachęciła mnie do podejmowania kolejnych prób literackich. A wiele lat później została pierwszą redaktorką mojego debiutu „LO Story”.

2. Co Cię fascynuje w życiu?
Życie jako całość we wszystkich aspektach. Możliwość dorastania, uczenia się, doświadczania nowych rzeczy.

 3. Czy masz jakąś receptę na czerpanie z darów, jakie przygotował dla nas los tak, by uszczknąć ich tak dużo, jak to możliwe?
Uważność i podążanie za intuicją. Akceptowanie rzeczy, których nie można zmienić i umiejętność cieszenia się tym, co tu i teraz. Traktowanie błędów jako koniecznej, arcyważnej nauki na przyszłość. Kochanie siebie i otaczających nas ludzi.



4. Czym jest dla Ciebie pisanie?
Bycie pisarką sprawia, że mogę poczuć się jak twórca, mały bóg – biorę czytelnika za rękę, prowadzę do swoich światów a potem sprawdzam, czy podoba mu się tam tak samo jak mnie :-)

5. Czego oczekujesz od Czytelników sięgających po Twoje książki?
Dobrej zabawy, mocnych wzruszeń i apetytu na kolejne historie. Swego czasu wymyśliłam hasło: „Dobra książka jest jak setka wódki: szybko wchodzi, grzeje i zaraz ma się ochotę na następną” – tak, chciałabym mieć czytelników nałogowców :-) A poważnie mówiąc, oczekuję jedynie, żeby ten czas, który poświęcili na moje powieści, nie uznali za czas stracony :-)

Spotkanie z dziećmi


Spotkanie z dziećmi w Szkole Podstawowej nr 1 w Nowym Dworze Mazowieckim.





Pięknie się złożyło, że 31 października w Halloween spotkałam się z uczniami Szkoły Podstawowej nr 1 w Nowym Dworze Mazowieckim. Pięknie, bo mogłam podziwiać kreatywność rodziców przy wyborze strojów, w jakich wystąpiły dzieciaki. A było naprawdę na co popatrzeć. Gościłam w dwóch klasach pierwszych i jednej drugiej. Nie muszę chyba pisać, że czułam napięcie. Dzieci, wbrew pozorom, to bardzo wymagający i szczerzy słuchacze. Pamiętam, kiedy organizowałam przyjęcie urodzinowe Julii. Miała wtedy 6 lat. Napracowaliśmy się z mężem wymyślając plan zabaw, bo tylko to mogło okazać się fiaskiem. Były konkursy, owijaliśmy się papierem toaletowym, chowaliśmy w jakichś kartonach itd... A na koniec rezolutny sześciolatek bez zastanowienia odparował na pożegnanie... Było nudno... No cóż, pocieszaliśmy się, że była to opinia tylko jednego dziecka.

Tym razem zostałam bardzo miło zaskoczona. Wszystkie dzieciaczki słuchały z uwagą o zawodzie pisarza, zadawały pytania na temat procesu wydawniczego a w końcu zażądały, bym wyjaśniła znaczenie tytułu jednej z moich książek, którą zabrałam by udokumentować swoją pracę. Domyślacie się pewnie, że to była listopadowa premiera Namiętność pachnąca terpentyną :-D
Wybrnęłam z tematu, ale obiecałam sobie, że następnym razem muszę pojawić się z pozycją tematyczną, adekwatną do poziomu czytelnika i oczywiście napisaną przeze mnie! Dwa zdarzenia spowodowały, że oniemiałam. Pierwsze z nich to moment, kiedy zaczęłam czytać pierwszaczkom Cudaczka Wyśmiewaczka. Bo jak wiecie, czytanie to doskonała zabawa, więc poczytaliśmy sobie trochę. Dziewczynki z pierwszego rzędy recytowały w ślad za mną to, co im czytałam! Dzieci mają niebywale chłonne umysły...
Drugie zdarzenie dotyczyło już drugoklasistów. Zabrałam ze sobą bowiem książkę, którą otrzymałam w nagrodę za osiągnięcia w nauce w klasie III. To było wiele lat temu, ale dzieciaki były zaskoczone. Ta książeczka to zbiór opowiadań z morałem. Przeczytałam im kilka z nich i zaczęliśmy rozmawiać... Nie spodziewałam się, że dzieci w tym wieku stać na tak głębokie przemyślenia i mądre spostrzeżenia. Dzieci doskonale rozumieją to co dzieje się w świecie dorosłych, będąc już w drugiej klasie potrafią wartościować i oceniać postawy. Oczywiście swoimi słowami, i może odrobinę jaskrawo, ale ich spojrzenie nie jest pozbawione sensu! Nie obyło się bez autografów i deklaracji, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Bo powinniście wiedzieć, że kilkoro dzieciaków obiecało zasilić szeregi pisarzy w Polsce. Młode wilki, co? :-)




Spotkania autorskie

Kolejna premiera, więc kolejna trasa promująca jej pojawienie się. Tak właśnie nazwałam tych kilka spotkań, w których uczestniczyłam, promując pojawienie się na rynku Namiętności pachnącej terpentyną- trasą. Brzmi, jak bardzo poważne przedsięwzięcie, a w rzeczywistości już tak o spotkaniach nie myślę.

Oczywiście wciąż mam wiele do zrobienia na płaszczyźnie spotykania się z Wami, Czytelniczki i Czytelnicy, ale analizując ostatnie wystąpienia, jestem zadowolona z dotychczasowych osiągnięć. A było ich kilka.

Pierwsza na mojej trasie była Łódź. Spotkanie z Wiolą Umecką, która już poprzednim razem zrobiła na mnie ogromne wrażenie, to była prawdziwa przyjemność. Dlatego nie czułam napięcia. Poza tym, w Łodzi byli ze mną wszyscy! A więc moi chłopcy, Julia a nawet Ewa ze swoją świtą się wybrała. Spędziliśmy wspaniały dzień i równie fascynujący wieczór.
Wiola, co nie było dla mnie zaskoczeniem, rozłożyła powieść na części pierwsze. Jako pierwsza zadała serię pytań, którymi dowiodła, że osiągnęłam zamierzenie, którym było dotarcie do czytelnika z trudnymi tematami, jakie opisałam.

Potem był Wrocław. Piękny Wrocław, który odwiedzałam ostatnio dość często. Tym razem jednak nie udało nam się poczuć klimatu nadchodzących Świąt, ponieważ inauguracja Jarmarku miała dopiero nadejść. A spotkanie? Cóż, może frekwencja nie powaliła nikogo na kolana, jednak w tym wypadku jakość zrobiła nam wieczór. Już na początku, zanim jeszcze pojawiła się prowadząca spotkanie pani Magda, wywiązała się ciekawa dyskusja, która tak naprawdę trwała jeszcze długo po jego zakończeniu! Możecie sobie to wyobrazić? Jesteśmy nierzadko zatwardziali w swoich uprzedzeniach, ale wynika to bardziej z wygody, niż przekonań! Łatwiej jest skrytykować, niż posilić się o zrozumienie i wyrozumiałość. A więc kolejne zamierzenie osiągnęłam, mianowicie wyłuskałam refleksję.

Warszawa. Cóż, w moim przypadku Warszawa zawsze staje na wysokości zadania. Frekwencja zadowalająca, rozmowy, ploteczki i wymiana przemyśleń to podstawa. Jednak tu doszło do czegoś więcej.... Tu ujrzałam emocje. Prawdziwe, płynące z serca i to wszystko w reakcji na moją pracę. Wrażenie? Poczułam się malutka, ale nie bezbronna. Bo to moje pióro ponosi odpowiedzialność za ten przepiękny przejaw wrażliwości i szczerości. W Warszawie zrozumiałam jedno- mając tyle dowodów na potwierdzenie, muszę uwierzyć, że moja praca jest doceniana, a jej przesłanie dociera do serc Czytelniczek i Czytelników. Przyznaję więc sama przed sobą i przed Wami. Jest jeszcze tyle rzeczy, o których chcę opowiedzieć i wiem, że zrobię to najlepiej jak potrafię.

A na koniec Gdańsk. Właściwie powinnam była podziękować Magdalenie za wyrozumiałość i łagodne potraktowanie. Zanim dotarliśmy bowiem do Gdańska, zahaczyliśmy z mężem o Opole, gdzie mogliśmy być świadkami triumfu Radka Chojnowskiego, syna Eleonory, w walce o zawodowstwo. Już chyba wszyscy, którzy interesują się moją pracą wiedzą, że zabieram się za podjęcie tematu związanego z boksem, zatem o lepszy research byłoby trudno.
Pokonaliśmy około 1200 km, a w całym tym spotkaniowym ferworze nie umiałam odpowiedzieć na pytanie, czy mam jakieś niespełnione marzenie...
Wiecie, czasem to co wydaje się najprostsze rozkłada nas na łopatki...
Ale ja już wiem! Wiem, że moim marzeniem jest nabranie przekonania, że jesteśmy zgodni co do tego, że w końcu trafiłam na odpowiednie miejsce.




 A to moje prezenciki... Rozpuszczacie mnie niemiłosiernie. A ja przestaję odczuwać bunt przeciwko temu <3



Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...

No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...