Pamiętam pierwsze spotkanie autorskie, na które się wybrałam. Miało to miejsce tydzień po premierze Lewego brzegu, kiedy to byłam na samym początku tej cudownej, jednakże nie mniej wyboistej drogi, jaką jest kariera pisarska. Ładnie to brzmi... Kariera pisarska.
Było to spotkanie z Magdą Witkiewicz. Siedziałam wtedy cała spięta, zaczarowana atmosferą i pięknie opowiadającą o swojej książce i życiu autorce, która jawiła się w moich oczach niczym diva.
Tym razem było jeszcze inaczej. Nie czułam tego nieznośnego napięcia, nie byłam zestresowana. Pozwoliłam się porwać nastrojowi. A ten dopisywał.
Spotkanie prowadził Aleksander Rogoziński, co nie było trudne do przewidzenia. Ten pisarski duet jest wyjątkowo zgrany. Tworzą niesamowitą mieszankę emocji, dobrego humoru, co w rezultacie zapewnia performance na najwyższym poziomie. I w przeciwieństwie do Magdaleny i Aleksandra, wydaje mi się, że Ich wspólne dzieło mogłoby dostarczyć wielu pozytywnych wrażeń Czytelnikom.
Możecie sobie wyobrazić życiową opowieść Magdy, pełną emocjonalnych wzlotów i upadków, które byłyby rezultatem konspiracji, niedomówień i suspensu, których dostarcza Aleksander? Porywające!
Ale wracam do tematu.
Było o książkach, było o filmie, za który trzymam mocno kciuki. Było również o podróżach.
Dzięki atmosferze, jaka wytworzyła się na sali, czułam się zupełnie jak w domu. A to jest chyba najważniejsze- atmosfera i klimat. Dzięki nim umysł bez najmniejszego problemu lawirował pomiędzy poruszanymi tematami.
Dla mnie to spotkanie obfitowało w bardzo wiele wskazówek. Cóż, na naukę nigdy nie jest za późno, tym bardziej, kiedy można czerpać z rogu obfitości, jakim jest doświadczenie pisarki kalibru Magdaleny Witkiewicz. Dlatego chłonęłam każde słowo z ogromnym skupieniem, a wiecie przecież, że słuchanie to jest dokładnie to, co lubię. Jedno zdanie zrobiło na mnie wyjątkowe wrażenie i podpisuję się pod nim obiema rękami:
Czasem spełniają się marzenia, o których boimy się marzyć.
Dodam, że trzeba tylko zdobyć się na odwagę, by marzyć i choć droga długa i wyboista, podążać nią bez względu na utrudnienia. Takie wnioski wysnułam z tego spotkania.
"Czasem, gdy wszystko oddala się w głęboki sen, przychodzi przebudzenie a reszta jest prawdą..."
Nocne zwiedzanie Twierdzy Modlin
Miałam opowiedzieć Wam o mojej wycieczce do Twierdzy Modlin. Rozsiądźcie się zatem wygodnie, okryjcie się kocem i koniecznie
miejcie przy sobie kubek z ciepłą herbatą. Z pewnością przyda się coś ciepłego
do picia.
Dzięki temu, że są wśród nas ludzie, dla których podziw dla
takich miejsc, fascynacja potęgą i powiew historii są czymś bardzo ważnym, my, zwiedzający
mogliśmy podziwiać otwarte tylko tego wieczora miejsca, które dawno temu
stanowiły schronienie dla walczących, ale i chorych. Napoleon, Car Mikołaj, Generał
Thommee, te postacie zaznaczyły się w historii tego miejsca na trwałe. Ich
decyzje, odcisnęły się piętnem na niejednym ludzkim istnieniu, ale i zaznaczyły
mury Twierdzy Modlin wojennym zębem zniszczeń. Nasz Przewodnik opowiadał z
ogromnym skupieniem o historii, pokazywał ślady i kierując na mapę snop światła
swojej latarki, oprowadzał ścieżkami, którymi podążali niegdyś żołnierze. W
końcu weszliśmy do koszar… Obydwoje, ja z moim synem, byliśmy niesamowicie
podekscytowani, podczas gdy mój mąż w skupieniu słuchał, nie zwracając zupełnie
uwagi na to, co działo się wokół. Mój syn, ze swoją dziecięcą ciekawością aż
podrygiwał w miejscu. Zatrzymaliśmy się na schodach, słuchając entuzjazmu
przemawiającego przez Przewodnika, kiedy mój mały explorer szepnął:
Pokoje najbliżej schodów, gdzie zatrzymała się wycieczka,
były wysprzątane. Ściany pomalowano tu na biało a wewnątrz czułam powiew wieczornego
wiatru i zapach rzeki płynącej u podnóży skarpy, na której wzniesiono tę ogromną
budowlę. Jednak nie zawsze tak bywało. Dawno temu, to miejsce było mroczne,
pachniało prochem i wilgocią, która kradła oddech zamkniętych wewnątrz żołnierzy.
Mój tata, powiedział kiedyś, że Twierdza Modlin nie cieszyła się dobrą sławą.
Przydział do odbycia w jej murach służby wojskowej, traktowano jako zły los.
Twierdza Modlin w centrum leży. Jest mogiłą dla żołnierzy…
Pamiętałam jego słowa, on tę służbę zakończył, wielu przed
nim się to nie udało. Mam na myśli nie tylko tych, którym nie starczyło
psychicznej siły, ale i walczących o to, byśmy mogli swobodnie przemierzać
ulice naszego miasta.
Światło za nami zaczęło blednąć a zapał mojego syna rósł
proporcjonalnie do pogrążającej nas łapczywie ciemności. Zaglądaliśmy do
kolejnych pokoi, oddalając się od grupy. W końcu otoczyły nas całkowite
ciemności, biała farba pokrywająca ściany również zniknęła, a w jej miejscu
pojawiły się złuszczone płaty opadające na podłogę. Kolejne pokoje już nie były
tak wysprzątane, stare płytki gumoleum sterczały, jak powyginane kikuty i
straszyły swoim widokiem. Do tego dotyk zimnego wiatru, który hulał po
pomieszczeniach, napawał mnie lękiem. Wdzierał się w nasze uszy i snuł opowieść
walczących. Moich uszu dobiegł dziwny dźwięk, przypominał nieznośnie narastający szum. Czy tak szumiała spadająca bomba?
Zadarłam głowę wysoko, chcąc upewnić się, że dwumetrowej grubości mury zapewnią
mnie i mojemu synowi bezpieczeństwo. Wydało mi się, że czuję woń przepoconych
mundurów i zapach prochu. Coś dotknęło mojej dłoni, a zimno wspięło się szybko
po moim ramieniu. Gdzieś zza okna dobiegł nas odgłos wrzeszczącego puszczyka.
Jak czuli się ci, dla których Twierdza Modlin była przez wiele lat domem? Czy
tak ją traktowali, kiedy otoczeni przez najeźdźcę bronili jej? Czy mieli
świadomość, że stanie się ona dla nich mogiłą? Czy bali się?
W którymś z kolejnych pokoi ujrzeliśmy poustawiane metalowe
prycze. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła widok szarych koców i nocne
skrzypienie sprężyn uginających się pod ciężarem spoczywających na nich ciał.
Nie starczyło mi odwagi, by brnąć dalej, choć mój mały
bohater, dysząc ciężko z podekscytowania gotów był iść. Przypominał mi wtedy tę
małą dziewczynkę, która czekała prawie trzydzieści lat na ten moment, by
znaleźć się w środku tego przepełnionego wspomnieniami miejsca! Wydało mi się
jednak, że nasza ciekawość, chęć znalezienia choć najmniejszego dowodu na
potwierdzenie tego, co zapisano na kartach historii, stanowią pogwałcenie panującej
wokół ciszy. Ten moloch dawno spał zasłużonym snem, wyczerpany okrucieństwem wspomnień
z okresu obu wojen.
- Wracamy.
Szepnęłam, choć całą sobą pragnęłam zostać i wsłuchiwać się
w tę ciszę. Pozwolić jej napełnić mnie swoim cierpieniem. Tak długo na to
czekałam. Chwyciłam małego za rękę i zawróciliśmy. I nie jestem pewna, czy
tylko wydawało mi się, ale znowu mignął mi cień sylwetki żołnierza. Był tu
jednak, przez te wszystkie lata… Prężne młode ciało zniknęło za kolejnymi
drzwiami ponaglając, byśmy podążali za nim… Spojrzałam na syna. Jego oczy
lśniły nieznanym dotąd blaskiem. Czyżby widział to co ja? Pociągnęłam go
mocniej i wróciliśmy do światła latarek zwiedzających, głosu Przewodnika i
uśmiechniętej twarzy mojego męża.
- Gdzie wy byliście?- Zapytał nas.
Odwzajemniłam jedynie uśmiech. Bo my zdobywaliśmy Twierdzę
Modlin. Stawialiśmy czoło drzemiącej w jej murach historii…

Nadmorski Plener Czytelniczy 2017
Widok morza zawsze wzbudzał mój zachwyt. Jego nieograniczona
powierzchnia, zapach, a w końcu otaczający nas zewsząd dźwięk, który więzimy w
muszlach, przywożonych z nadmorskich wypraw… Coś pięknego, stanowiącego
zdecydowanie więcej niewiadomych niż Kosmos. Zdajecie sobie sprawę, że człowiek
zdołał poznać tajemnice Kosmosu, jednak głębia oceanów wciąż stanowi dla nas
niezbadane tajemnice? A nieznane budzi lęk, nieprawdaż?
Ale od początku…
Nareszcie zaczęłam urlop. Na chwilę wyłączyłam się z korporacyjnego
szumu, ciśnienie z pewnością ustąpi, choć prawdopodobnie stanie się tak dopiero
pod koniec czasu wolnego 😊
I wystartowaliśmy. Autostradą, bo miało być szybko, a tego
potrzebowałam na prośbę Agi Krizel, którą miałam w końcu poznać osobiście.
Autostrada jednak okazała się przereklamowaną mrzonką. Korki towarzyszyły nam
bez przerwy i nie wynikały one z natężonego ruchu a z bezmyślności kierowców.
Dzięki temu jednak w szybkim tempie zjadłam cały zapas nerwów, jaki tkwił we
mnie od kilku dni. Złośliwość, krótkowzroczność i potrzeba bycia pierwszym,
wbrew możliwościom koni drzemiących pod maską. To cechuje polskich kierowców.
Obłęd. Nasz Cytrusek, bo chyba wspominałam Wam, że w mojej rodzinie wszystko ma
swoje imię, spisał się średnio. To nie jest samochód dla mnie. Owszem, pruł nić
autostrady uprawiając okupiony moim stresem slalom gigant, ale w rezultacie
jego szaleństw, już w Gdańsku musiałam tankować… O zgrozo, wypłukał bak do
ostatniej kropli… Może macie ochotę kupić Citroena Picasso C3?
Ale dojechaliśmy. Dzieciaki znudzone, wściekłe na siebie i
piekielnie głodne. Gdańsk przywitał nas korkami, a jakże. Ale jako, że my
Warszawę mamy na co dzień, korki też potraktowaliśmy z przymrużeniem oka, co
dodatkowo wynagrodziło nam piękne, przytulne mieszkanko na cieszącej się
niezbyt dobrą sławą, jak się potem okazało dzielnicy Gdyni, zwanej Chylonią. I
tu pozdrawiam Anitę Scharmach i Daniela Koziarskiego 😊
Dotarliśmy, złapaliśmy oddech i pognaliśmy na gdyński
bulwar. W międzyczasie Cytrusek zaczął dziwnie popiskiwać, grzechotać, jakby
zebrało mu się na chęć zagrania na kastanietach. Obawiam się, że to hamulce,
może nawet tarcze rozprysły, jak Perseidy na niebie. Trudno. Oceniłam go
pochopnie i zdecydowanie rozstaniemy się niebawem.
Kamienna Góra przygięła nieco mój kark do ziemi, kiedy
pokonywałam milion schodków dzielących mnie od bulwaru, bo auto zostało gdzieś
daleko na głównej ulicy. Ale parliśmy do przodu, dzieci bo głodne i spragnione
kąpieli, ja w nadziei, że zdążę jeszcze spotkać Izę Milik i nie zawiodę
czekającej na mnie Agnieszki Krizel. Udało się. Po drodze spotkałam Agnieszkę Kowalską, stacjonującą wakacyjnie nad morzem i popędziłyśmy do stoiska Novae Res, gdzie w dalszym ciągu trwało spotkanie Izy, zjawiskowo pięknej, niebywale skromnej i wrażliwej autorki. A swoją drogą, osoba tak subtelna, nieskazitelna wręcz napisała thriller z polityką i perwersyjnym seksem w tle! Kocham przeciwieństwa! Oczywiście książkę mam, nawet z autografem. Ale o wrażeniach po jej przeczytaniu opowiem, kiedy ją przeczytam. Poznałyśmy się w końcu, porozmawiałyśmy i wiecie co? Stres już zupełnie opuścił mnie. Tak wiele fragmentów naszych życiorysów wydało mi się podobne.

Ania Sakowicz, którą również spotkałam twierdzi, że w naszym pisarskim środowisku zjawisko chemii również odgrywa wielkie znaczenie. Nie popadajmy w skrajności, nie cechuje nas perwersja, ale między autorami musi zaiskrzyć, by czas, który spędzamy razem pozostał w pamięci na dłużej. Poczułam ten zastrzyk sympatii do Izy i zyskałam koleżankę, co przyznaję z dumą. A Ania Sakowicz nie pomyliła się. Już kolejny zresztą raz. Jej ciepło i wszechstronność są dla mnie, jak księga. A rady, których udzieliła, posłużą z pewnością w niedalekiej przyszłości. I przysiadłam na krzesełku obok Izy, potem przeniosłyśmy się na ławeczkę, mając stoisko mojego Wydawcy wciąż w zasięgu wzroku. Jakoś tak wyszło, że nie ruszyłam z tej ławeczki nawet na krok. Towarzystwo miałam przednie, dołączyła do nas znana w środowisku posiadaczka najpiękniejszego imienia Eleonora, którą z największą chęcią spakowałabym w walizkę i zabrała ze sobą do domu. Cóż to za kobieta!!! Wulkan optymizmu, niespożytej energii i skarbnica wiedzy. A Jej syn ma na przedramieniu tatuaż, jaki na zawsze pozostanie w sferze moich marzeń! WOW! Mam zdjęcie, więc podziwiam…
Eleonoro, już Ci zdradziłam, że przygotowałam małą pamiątkę
naszego bulwarowego spotkania. Zrobiłaś na mnie ogromne wrażenie.
W międzyczasie dobiła do nas Anita Scharmach, pojawiła się
również Monika Halman, przynosząc dowcip, żarty i doskonały nastrój, jakim
kipiała nasza ławeczka. W końcu zasiadłam na krzesełku, bo nastała 15:40, czyli
czas mojego spotkania z Czytelnikami. Czułam się wybornie. Do tego stopnia, że
ukradłam odrobinę czasu Danielowi Koziarskiemu, którego w końcu udało mi się
poznać. Przesympatyczny mężczyzna, przysiadł na krzesełku obok i rozmawialiśmy
tak, jakbyśmy widzieli się zaledwie dzień wcześniej. Napisałam wyżej, że
człowiek lęka się nieznanego. To prawda. Ale w towarzystwie osób, które nie
kryją życzliwości, rozmawiają otwarcie, coś takiego, jak stres nie istnieje! To
proste. Poznałam Agnieszkę Krizel. Udało nam się. Aga jest osobą bardzo
zdystansowaną, spokojną, ale czujną. Jest obserwatorką i podchodzi do swojego
blogerskiego zajęcia z największym skupieniem. Pewnie powtórzę się, ale to moja
Patronka. Jestem dumna.
W końcu zauważyłam skradającą się od strony namiotów innych
wystawców kobietę. Od razu wiedziałam, że to Agnieszka Sonenberg. Kolejna
istota, która jest trybem napędzającym, motywującym i wspierającym. I znowu
radości nie było końca. Jeszcze tego samego dnia, a raczej wieczora, dwie osoby
zagadnęły- Czy ta pani w krótkich spodenkach, to była przypadkiem Agnieszka
Sonenberg? A ja nie przywitałam się…
Wiecie co? Nasuwa mi się pewien wniosek. Otoczenie, w jakim
się znajdujemy, jakie oddziałuje na nas, ma ogromny wpływ na to, czym się
zajmujemy a w końcu jakie są efekty naszej pracy. Mam wspaniałych Czytelników,
wspaniałe i bardzo wartościowe
Patronki i Przyjaciół, których obecność pozbawia mnie lęku przed nieznanym, przed reakcją na to, w jaki sposób zostanę odebrana ja i moja praca. I to jest wspaniały dar.
Bardzo dziękuję za spotkania z Wami. Wartościowe i niezwykle
przyjemne. Długo będę je wspominała. Dziękuję za pamiątki, już zajęły swoje
miejsce na regale wśród książek i cieszą oko, przypominają o tym, co ważne. I,
mam gorącą nadzieję, do następnego razu!
Warszawskie Targi Książki 2017
Ach, takie oczekiwanie, tyle emocji a teraz pozostały już tylko wspomnienia po zakończonych w maju targach książki w Warszawie. Tym razem pojawiłam się na nich tylko w sobotę, choć zwykle nie potrafię sobie odmówić przyjemności spotkań z koleżankami, kolegami i Czytelnikami i jestem obecna podczas dwóch weekendowych dni. Ale w tym roku komunię miał mój Kubuś i musiałam stanąć na wysokości zadania.
Już na początku ogromne wrażenie zrobiło na mnie stoisko mojego Wydawcy. Po raz pierwszy miałam stanąć twarzą w twarz z przedstawicielami NovaeRes. I byłam pod wrażeniem ciepłej, niemal rodzinnej atmosfery, jaka panowała na stoisku. Wszyscy byli uśmiechnięci i otwarci. Żartowali, jakbyśmy znali się od lat. Potem zaczęli pojawiać się Czytelnicy i rozmowom nie było końca.
Dostałam kilka cennych rad od starszych w tym zawodzie, za co jestem niezwykle wdzięczna. Spotkałam kilku młodszych autorów, których aż chciałoby się uściskać za te Ich spojrzenia :-)
Mimo, że to nie były moje pierwsze targi, że wielu z Was rozpoznaje mnie już i nie kryje zadowolenia ze spotkania, dla mnie to wciąż niesamowite przeżycie. Jestem niezwykle przejęta, wzruszona a na koniec przeszczęśliwa. A gdzieś tam, bardzo głęboko w sercu dumna, że udało mi się przedrzeć przez tłumy innych debiutantów i zająć miejsce w szeregu, obok cenionych autorów. To niewyobrażalne szczęście. Dziękuję.
I kilka moich zdobycznych targowych fotek.


Już na początku ogromne wrażenie zrobiło na mnie stoisko mojego Wydawcy. Po raz pierwszy miałam stanąć twarzą w twarz z przedstawicielami NovaeRes. I byłam pod wrażeniem ciepłej, niemal rodzinnej atmosfery, jaka panowała na stoisku. Wszyscy byli uśmiechnięci i otwarci. Żartowali, jakbyśmy znali się od lat. Potem zaczęli pojawiać się Czytelnicy i rozmowom nie było końca.
Dostałam kilka cennych rad od starszych w tym zawodzie, za co jestem niezwykle wdzięczna. Spotkałam kilku młodszych autorów, których aż chciałoby się uściskać za te Ich spojrzenia :-)
Mimo, że to nie były moje pierwsze targi, że wielu z Was rozpoznaje mnie już i nie kryje zadowolenia ze spotkania, dla mnie to wciąż niesamowite przeżycie. Jestem niezwykle przejęta, wzruszona a na koniec przeszczęśliwa. A gdzieś tam, bardzo głęboko w sercu dumna, że udało mi się przedrzeć przez tłumy innych debiutantów i zająć miejsce w szeregu, obok cenionych autorów. To niewyobrażalne szczęście. Dziękuję.
I kilka moich zdobycznych targowych fotek.


Najciekawsze cytaty z moich powieści
Mroki Łowisk:
Kobieta, którą
chciałbym widzieć przy swoim boku, powinna być inteligentna, powinna wiedzieć,
czego chce. Powinna być silna, zdeterminowana i powinna mieć w sobie cechy
delikatnej, kruchej istoty, która, kiedy wymaga tego od niej sytuacja, potrafi
walczyć jak lwica w obronie najbliższych i swoich racji. O, czy to nie ty taka
jesteś.
Kiedyś jego babka mówiła, że nadzieje wypowiedziane w złej minucie
mogą przynieść tragedię i zemścić się na człowieku.
– Czy go kocham? Nie wiem, czy kochać to znaczy, że chcę być
obok niego, chcę czuć jego ciepło. Tęsknię za tym jego lodowatym spojrzeniem,
bo budzi we mnie lęk, ale i podkręca do tego stopnia, że nie mogę się opanować.
Ja czasem czuję się przy nim jak mała dziewczynka, która potrzebuje opieki, ale
takiej, którą właśnie on mi daje. Za chwilę znowu czuję coś zupełnie przeciwnego,
jakbym potrzebowała odetchnąć od niego, odpocząć. Chcę tam wrócić. Muszę. Żebyś
widziała Łowiska…
jesteś jego kobietą i nie miałem prawa posunąć się tak
daleko. Żadnym wytłumaczeniem nie jest to, że cię kocham. Już wtedy nad
jeziorem posunąłem się za daleko, ale nie potrafiłem się zatrzymać. Kocham cię,
chcę ciebie tylko dla siebie i nie mogę nic z tym zrobić.
– Wszystko.
Wiodłam całkiem normalne, trochę nawet nudne życie. A potem to wszystko się
skomplikowało. Pojawił się twój brat, potem ty. I nie ma już taty. Jestem
uwięziona pomiędzy tym, co już się skończyło, a wami obydwoma. Nie wiem, co
teraz.
Dlatego kochaj mnie dziś tak, jakby nic złego się nie stało,
a jutro miałoby nigdy nie nadejść.
Jagoda, cytat:
Fizyczna jedność, możliwość dotykania cię, czucia twojego smaku, zapachu były mi dane na krótko, ale są dla mnie nagrodą, która wystarczy, żebym kochał cię w tym i tamtym wymiarze. Jesteś moim życiem i przeznaczeniem, które musi się dopełnić w ten czy inny sposób. Pamiętaj o tym i nie przekreślaj mnie. Jestem twoim niewolnikiem, jestem zależny od tego, co do ciebie czuję, bo to daje mi siłę, żeby walczyć i żyć dalej. Kocham cię, znaczy tak mało, jeśli patrzysz wstecz naszego czasu, ale uwierz mi dla mnie ma siłę wieków. I nie potrafię się temu przeciwstawić.
Jesteś taka soczysta, apetyczna. Mógłbym cię jeść, kawałek po kawałku. Jesteś esencją, która trzyma mnie przy życiu Maju. Dla ciebie gotów jestem zostać tu, gdzie jestem. Zniknąć.
Maju, chciałem ci tylko powiedzieć, że nie miałoby dla mnie znaczenia, dokąd trafię, gdybym miał teraz umrzeć. Gdybym miał umrzeć wiedząc, że kochasz mnie tak, jak kochałaś jego, nic nie miałoby dla mnie znaczenia. Ani niebo, ani piekło. Wytrzymaj tylko tę próbę, błagam cię kochanie…- Ciepłe ramię wsunęło się pod jej kark a silna dłoń spoczęła na jej ciężarnym brzuchu, podczas gdy jej świadomość jak skulony kot spoczęła na dnie jej duszy uśpiona.
Czasem to, co wydaje nam się być prostym jedynym wyjściem z sytuacji, może okazać się próbą, na którą nie jesteśmy w stanie zdobyć się.
- Tak sądzisz? Nie wydaje ci się, że trudniej jest stawić czoło życiu bez kochanej osoby? Nie sądzisz, ze odebranie sobie życia jest po prostu ucieczką?
- Jeśli nie jest się w stanie żyć bez osoby, która stanowiła sens tego życia? Nie sądzę. Gdyby tobie miało się stać coś i bez względu na to, czy byłabyś z moim bratem, czy ze mną, miałbym żyć bez ciebie, to wolałbym umrzeć. Kiedy stajesz się treścią czyjegoś życia i nagle ta osoba zostaje tej treści pozbawiona, to jak widzisz jego życie? Czy możesz sobie wyobrazić cel? Wartości? Sens? Ja nie mogę.
- Paweł to jest ucieczka, słabość. Kochać można wspomnienia, pamięć. Nie musisz wyrzucać tej osoby z serca, ale nie masz prawa odbierać czegoś, co masz najcenniejsze?
- Kiedy właśnie to, co najcenniejsze zostało już odebrane Maju..
Za zakrętem:
Moja mama zawsze powtarzała: „Nigdy nie rozstawaj się w
gniewie. Bez względu na to, kto zawinił, nie chowaj urazy, bo nie wiesz, co
może czekać na ciebie za zakrętem. Może się na przykład okazać, że już do końca
swoich dni będziesz wspominała chwile, minuty kłótni, która was podzieliła.
Dawno zapomnisz o jej powodach, ale strata nie pozwoli zapomnieć o twoim
zaniedbaniu”.
Ja zaś zamknęłam po raz ostatni drzwi domu moich rodziców.
Przed oczami stanęły mi chwile, kiedy po wielekroć powtarzałam tę czynność. W
liceum, na studiach, a potem już pracując. Wcisnęłam guziki alarmu,
przekręciłam klucz w zamku, a każde jego rdzawe skrzypnięcie budziło we mnie
dreszcze i grozę przed niewiadomą, która była wciąż przede mną. Rozejrzałam się
wokół i włożyłam klucz pod wielką donicę z ukochanymi przez mamę hostami.
Zatrzymałam się na wysokości furtki i po raz ostatni obróciłam głowę w stronę
pustych i ciemnych okien domu. Dopiero kiedy poczułam, że zaczynają mnie piec
powieki, wcisnęłam ręce głęboko w kieszenie dżinsów i ruszyłam do samochodu,
pewna, że już nigdy więcej nie ujrzę tego widoku. Nie będę szukała w oknach
odbicia mamy, która macha mi ręką na pożegnanie, kiedy spieszę się do pracy,
nie otworzy mi furtki tata, bo właśnie szedł po świeże bułki do kolacji, kiedy
wypompowana wracałam z podróży. Sięgnęłam po chusteczkę do nosa i otarłam łzy.
. Człowiek jest w końcu stworzeniem zdolnym do wielu
poświęceń, ale też potrafi się posunąć do najgorszych zbrodni. Potrzeba mu
tylko jakiegoś bodźca, może w imię religii, przekonań albo przynajmniej
zaspokojenia swoich żądz, którymi usprawiedliwiłby swoje nawet najgorsze
posunięcia.
Dzieci są takie czyste i proste w swej egzystencji.
Potrzebują zaledwie odpowiednio dawkowanych bodźców, wskazówek, by ich
egzystencjalna prostota nie przeistoczyła się w beznadzieją mierność.
Jacek pochylił się
nade mną powoli i zamknął mi usta, przyciskając do nich swoje gorące, wilgotne
wargi. Świat nagle zaczął tańczyć, kiedy wpatrywałam się w jego twarz osaczona
bliskością, ciepłem i wilgocią jego ust. Zamknęłam natychmiast oczy i ujmując
jego nadgarstki, ścisnęłam je mocno. Smak jego warg, ich soczysta miękkość
absorbowały całą moją uwagę i choć czułam, że to, co się działo, niekonieczne
było dobre, nie potrafiłam przestać się delektować trwającą chwilą. Czas płynął
powoli, zupełnie jakby na moment zwolnił i zwrócił zaciekawione spojrzenie w
naszą stronę. W mojej głowie jednak zaczęły piętrzyć się myśli, przebłysk
rozsądku podpowiadał mi, że ten pocałunek mógł zrujnować wszystko, co do tej
pory udało mi się odbudować. Przecież moje dotychczasowe kontakty z mężczyznami
kończyły się prędzej czy później spektakularnym fiaskiem. Jeszcze tylko chwilkę, krótki momencik… Moje serce zawodziło jak
szczenię siłą oderwane od matki.
– A czego chcesz? – rzuciłam krótko, nawet
się nie odwracając.
– Ciebie. Chcę, żebyś była moja. Chcę z
tobą być. Chcę patrzeć, jak zasypiasz i jak się budzisz. Ciebie chcę. I od
jakiegoś czasu odnosiłem wrażenie, że chciałaś tego samego.
. Moja mama zawsze powtarzała, że na udrękę umysłu najlepsze
jest fizyczne zmęczenie.
Podniósł się powoli i ze wzrokiem
utkwionym we mnie podszedł blisko. Zupełnie blisko, a nawet zbyt blisko, bym
wciąż mogła zachowywać swobodę. Krew w uszach zaczęła szumieć, więc odsunęłam
się na bok możliwie najdalej, odwracając głowę i dając mu tym samym do
zrozumienia, że narusza swoją bliskością moją strefę prywatności. Wycofał się,
co przyjęłam z ulgą. Wtedy jednak odwrócił się nagle, przyciągając mnie do
siebie. Oparł o ścianę domu tuż obok drzwi wejściowych, przyciskając ramiona
równo do ściany.
– Jacek… – sapnęłam jedynie i zacisnęłam
powieki, czując jego usta zamykające się na moich. Wilgotne, soczyste,
smakujące świeżą kawą, którą Aniela parzyła dla niego każdego ranka.
– Zadręczasz mnie, Agnieszko. – Jego głos, jak dodatkowa
para rąk, błądził po mojej twarzy, wdzierał się pod bluzę i szczypał napiętą
skórę.
On pojawił się i został przy mnie bez dodatkowych porywów,
jakby to było już wcześniej zaplanowane. Nasza codzienność wyglądała zupełnie
tak samo, jedynie noce, bo te spędzaliśmy razem, spacery, którym oddawaliśmy
się trochę ciaśniej wtuleni w siebie, przypominały mi o tym, że na świecie był
ktoś jeszcze, dla kogo znaczyłam więcej.
– Agnieszko… Siebie mi dajesz. Dajesz mi rozmowy, swoją
radość. Dajesz mi swoje tęsknoty i strach. Dajesz mi ciało i duszę. Czego mogę
chcieć jeszcze? Przy tobie mogę być sobą, czuję się potrzebny. Jestem twoim
rękawem, tarczą. Więcej nie powiem, bo to i tak dużo, jak na mnie. – Uśmiechnął
się nerwowo, jakby chciał rozładować gęstniejącą atmosferę.
Ale jego twarz promieniała jak twarz
dziecka, które dostało upragnioną zabawkę. Lubiłam takie momenty. Przeglądałam
się wtedy uparcie w jego spojrzeniu i byłam szczęśliwa, widząc w nim kobietę
pożądaną i kochaną. Czułam się piękna, wartościowa i nie musiałam się bać.
Bo dla mnie pojęcie „dom” miało również wymiar bardziej metaforyczny.
Tu nie chodziło tylko o mury wyznaczające jego granice. Było to miejsce, gdzie
nadrzędną rolę odgrywało bezpieczeństwo i spokój. Był to bardziej stan ducha, w
zaistniałych okolicznościach pielęgnowałam wyobrażenie tych wartości, w które
niegdyś tak bardzo wierzyłam. (…)Tak bardzo pragnęłam czuć się w moim domu jak
w miejscu poza czasem, gdzie wszystko miałoby znaczenie, a ludzie w nim
przebywający stanowiliby część tego stanu. To miał być świat pozbawiony bólu,
tęsknoty i cierpienia.
Niestety ja nigdy nie wierzyłam w zbiegi
okoliczności. Bez względu na to, czy były szczęśliwe, czy też nie. Byłam
zdania, że wszystko było już z góry zaplanowane, a nam nieszczęśnikom dano
jedynie możliwość wyboru drogi z kilku dostępnych opcji. I tym samym
ponosiliśmy odpowiedzialność za każdy dokonany wybór. Byliśmy zatem ofiarami
czyjegoś okrutnego żartu, a tworząc wciąż nowe prawa, nowe teorie,
oszukiwaliśmy się, bo gdzieś głęboko w nas tkwiła świadomość, że ta gra nie
jest warta zachodu.
Oparłam głowę o drzwi i
zamknęłam oczy. Mocny, tępy ból powoli rozprzestrzeniał się w mojej głowie.
Szeleszczące liście szeptały wprost do mojego umysłu słowa swojej kołysanki, a
ciekawskie dłonie lekkiego wiatru dotykały niepewnie wciąż zaróżowioną strachem
twarz.
Wątpliwości wgryzały się swoimi zębami w
moją duszę. Przez chwilę wydawało mi się, że kurczę się pod ich kolejnymi
ukąszeniami. Zerknęłam we wsteczne lusterko, podziwiając różowiejące od zachodu
słońca niebo. Taki dar, jakim był ten las, oferowany przez niego spokój i
schronienie, pensjonat, mój nowy dom, nawet Jacek – uświadomiłam sobie, jak
wszystko, co rzucać powinno człowieka na kolana przed potęgą natury, blednie w
obliczu strachu i samotności.
Z dołu wciąż dobiegał mnie szept ich rozmowy. Lekki jak
monotonna muzyka alt dźwięcznego, ciepłego głosu Anieli i pokorny tembr głosu
Jacka, niczym brzęczenie trzmiela nad jej kwietnikiem. Ona niczym lek
antydepresyjny nuciła swoje argumenty wprost do serca niepokornego syna. On zaś
coraz rzadziej, coraz słabiej brzęczał, przeciwstawiając się.
Usiadłyśmy na ławce, która stała przy
ścianie domu, Aniela pieszczotliwie gładziła podłokietnik. Pewnie siedziała na
miejscu męża, może nawet była z nim w tej chwili. Ona ubrana w kolory pięknej
wiosny z rozśpiewanymi ptakami i szumem drzew nad głową, on w swojej wyblakłej
jak stare płótno rzeczywistości… Dla niego czas stanął już w miejscu, nie mógł
mu wyrządzić żadnej więcej krzywdy. Ona wciąż się z nim borykała, płynął tak
szybko, jak woda w pobliskim strumieniu. Siedzieli obok siebie, ich myśli
splatały się razem, przywołując chwile, kiedy byli szczęśliwi i kiedy czas nie
stanowił dla nich żadnej przeszkody.
Non omnis moriar…
Spojrzałam w stronę mojej towarzyszki tego
wspólnego kontemplowania ciszy; na jej twarzy malowały się zadowolenie i
spokój. Przymknęła powieki i pozwalała, by młode słońce obmywało jej twarz
swoimi ciepłymi promieniami. Wyobrażałam sobie, że oczami duszy sięgnęła czasu,
kiedy oboje siadywali na ławce. Przytłoczyła mnie jedynie świadomość, że ja
kiedyś też będę tak wspominała moich bliskich bądź – co byłoby dla mnie lepsze –
będę wspominana przez nich. Teraz dążyłam do czegoś, wciąż żegnałam tych,
którzy odeszli, i opłakiwałam moją stratę, wiedząc zarazem, że miałam obok
siebie ludzi, którzy mnie kochali i którym byłam potrzebna. Moje życie
zaczynało ponownie nabierać barw i rozpędu tylko dlatego, że byli obok mnie.
Jednak mój entuzjazm nie miał trwać wiecznie, wszystko było takie ulotne,
krótkotrwałe. Już za chwilę mogłam kogoś żegnać. Gdziekolwiek spojrzałam, nie
widziałam ucieczki… Zamknięta w szklanej pułapce swoich naiwnych nadziei, że
mnie to nie spotka. A uciec nie było dokąd. Wszyscy byliśmy w takim razie
uwięzieni w naszych ciałach, w naszych realiach, a klaustrofobiczny krąg
bezradności zacieśniający się z roku na rok pozbawiał nas złudzeń, przynosząc
choroby, dolegliwości, stratę bliskich… Komediodramat, a w rolach głównych
naiwni ludzie…
Pewnego wieczora posunęliśmy się krok dalej, zdjęliśmy
ubrania i chodziliśmy po lesie nago! Takiego podekscytowania i towarzyszącego
mu uczucia wolności nie czułam dotąd. Wyobrażałam sobie wtedy, że jesteśmy na
świecie zupełnie sami i nic ani nikt nie jest w stanie mi zaszkodzić! Być
odartym z tego, co zbędne, i zdanym tylko na łaskę natury. Oczyszczaliśmy w ten
sposób nasze myśli, syciliśmy się swoją obecnością wsłuchani w życie lasu nocą.
Każdy dźwięk przecież, który słyszymy za dnia, nocą brzmi całkiem inaczej. Ta
sama trzaskająca pod stopą gałąź zdecydowanie wyraźniej, głośniej będzie pękała
nocą. Każdy problem nocą nabierał głębszego, bardziej przerażającego wyrazu,
niż gdy podchodziło się do niego w blasku słońca.
Na naukę nigdy nie jest za późno- Anna Kasiuk
24 marca 2017 roku miałam ogromną przyjemność gościć w Radiu dla Ciebie. Od tego czasu minęło już kilka dobrych tygodni, ale wciąż pamiętam napięcie towarzyszące temu wydarzeniu. Radio od zaplecza wygląda zupełnie podobnie do innych miejsc, do których udajemy się. A jednak jest to coś, ten drobny element, który odróżnia je od innych. Szczelnie pozamykane drzwi, ogromne konsole, które niosą wiadomości, muzykę w świat, prosto do uszu odbiorców. Tu, pomyłka staje się automatycznie wiadomością publiczną, nie można jej cofnąć, zupełnie jak wydarzeń, które zapisują się w życiu nieodwracalnym wspomnieniem. Poznałam Annę Matusiak-Rześniowiecką, która prowadziła wywiad najpierw z Iloną Adamską, niebywale otwartą, szczerą i utalentowaną kobietą, wydawcą I.D. Media, właścicielką Imperium Kobiet, Law Business Quality i szefową Agencji PR. Możecie sobie jedynie wyobrazić mój stres, kiedy usłyszałam Ilonę na antenie. Ta kobieta ma głowę pełną pomysłów, jej życie jest jedną wielką pasją! Słuchałam i podziwiałam. Szczerze. Dobrze, że wśród nas są ludzie, którzy spełniają swoje najskrytsze marzenia, kreują poglądy innych, wskazują kierunki i pokazują świat z tej lepszej strony.
A później nastał mój czas. Spięta niebywale ruszyłam
korytarzem, weszłam do niedużego pokoiku i zapomniałam o stresie! Ania okazała
się perfekcjonistką w najmniejszym szczególe. Nasza rozmowa oscylowała wokół Łowisk,
magii i tego, co nadaje życiu sensu, a mianowicie pasji. Zanim spostrzegłam, mój
czas antenowy dobiegł końca, a mnie wciąż pozostało tak wiele rzeczy do opowiedzenia! Dobrze jest mieć swoją pasję,
dzielić to, co się kocha z ludźmi, którym moja praca daje radość.
Podobało mi się. Bardzo przyjemnie było porozmawiać,
opowiedzieć o sobie i swojej wielkiej nowo odkrytej miłości, jaką jest pisanie.
Załączam Wam link, gdybyście mieli ochotę posłuchać. I wiecie co? Ten świat
radiowy wcale nie jest taki zły, wystarczy wiedzieć, czego się od życia
oczekuje i być pewnym swoich racji.
A moi chłopcy siedzieli w samochodzie i słuchali.... z racji pory, a może skupienia, sen zmorzył najmłodszego mężczyznę.
29 marca 2017 roku o godzinie 18, zaprosiłam
moich Czytelników do miejsca, które opisałam w II tomie sagi Łowiska. Praga,
jej wyjątkowa atmosfera, wilgotne od deszczu ulice i ten dreszczyk emocji
powodowany widokiem zniszczonych kamienic, śladami po kulach znaczącymi budynki
wspomnieniem minionych wydarzeń. Sam Szynk Praski to miejsce bardzo
klimatyczne. Stare stoły, krzesła przypominające moje dzieciństwo,
pięcioramienny wieszak i ten obraz… Śniadanie wioślarzy Renoira. Kiedy dzień
wcześniej przygotowywałam się do tego spotkania, przyszło mi do głowy, że
powinnam przedstawić zebranym kilka faktów związanych z życiem moich bohaterów.
I z każdą chwilą, kiedy spisywałam je, uświadamiałam sobie, jak wiele wspólnego
miał Szynk Praski, wiszący nad barem obraz i moi bohaterowie… Matylda bowiem urodziła
się tego samego roku, kiedy maestro Renoir skończył pracę nad swoim dziełem. Ojciec
Majki urodził się tego samego roku, co mój tato, Robert zaś wtedy, kiedy moja
siostra.. A Łodziska, które mijam po drodze na Mazury? Czy nie sądzicie, że to
wszystko jest w jakiś sposób powiązane? Nijak nie przykładałam do tego palca a
w zbiegi okoliczności nie wierzę. Może stałam się tylko nośnikiem historii,
która rozegrała się gdzieś tam na mazurskiej wsi, z dala od wścibskich oczu
sąsiadów. Kto to wie.
Bariera pokoleń zadrżała w posadach, kiedy
obydwoje, zupełnie, jakby tylko to liczyło się, rozprawiać zaczęli o twórczości
Julki a potem Ich ogromnej idolce Magdzie Gessler. Atmosfera to ludzie,
przekonałam się o tym po raz kolejny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...
No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...
-
Dobry wieczór! Czas rozwiązać nasz konkurs! Trochę się zapomniałam i trwał on nieco dłużej, niż zakładałam, ale nic nie szkodzi. Dziękuję...
-
No i mamy zwyciężczynie! Bardzo proszę o podanie we wiadomości priv, może być mail, Fb, cokolwiek, adres do wysyłki. Wasze odpowiedzi pody...
-
No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...



























