Na naukę nigdy nie jest za późno- Alek Rogoziński

Zawsze drażniło mnie, kiedy moja mama bez przerwy powtarzała, ucz się. Obiecywałam sobie już wtedy, że nigdy, przenigdy nie będę używała wobec moich dzieci tych samych monotematycznych sloganów. I słowa dotrzymałam! Nie mówię- ucz się! Jak przyczajona hiena kąsam na początek pytaniami, coraz natarczywiej a w końcu uderzam... Czy ty się w ogóle uczysz?! Wrr! Bycie rodzicem, to wyjątkowo trudne zadanie... Najtrudniejszy projekt, jaki przychodzi nam dorosłym prowadzić.


Chcąc jednak coś osiągnąć, trzeba się uczyć. Właściwie wiek nie jest istotny, uczymy się każdego dnia. Sztuką jest tylko tę wiedzę wykorzystać w mądry sposób, na przykład jako budulec...

Moim budulcem są obserwacje. Nie trudno zgadnąć, że środowisko wydawnictw, pisarzy, jak każde inne pełne jest ciemnych zaułków, zakamarków, w które lepiej nie wchodzić oraz dróg, którymi wręcz należy podążać. A jak dokonać wyboru? Ja stawiam na obserwacje. Jestem obserwatorem, więc czuję się, jak ryba w wodzie...

A temat obserwacji wyjątkowo wdzięczny... Starsze koleżanki i koledzy po piórze i spotkania autorskie...


08,06,16
Piękne czerwcowe popołudnie, słońce świeciło, aż nazbyt mocno w mojej ocenie. Wybrałam się tego dnia na spotkanie z Alkiem Rogozińskim, określanym tak pięknie- księciem kryminału. Podoba mi się ten przydomek. Ciekawa byłam, jak znaczenie tego słowa odnieść do jego posiadacza. Jestem kobietą, więc mogę pozwolić sobie na chwilę oceny.
Co prawda, znałam Alka z FB, co w tych czasach stanowi już poważną relację, jednak czułam niedosyt…

Kryminał… Od twórcy literatury zaliczającej się do tego gatunku oczekiwałam groźnego spojrzenia, zionącego chłodem, stężałych rysów twarzy, świadczących o bezwzględnym skupieniu i postawy godnej Sherlocka Holmes’a…
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy mym oczom ukazał się przystojny mężczyzna, zabawny, tryskający poczuciem humoru, dystansem do siebie, jakiego mało! Zafascynowany literaturą, podróżami a do tego niesamowicie dowcipny!

Oczywiście atmosfera spotkania okazała się być wręcz rodzinna.  Ciepłe nastawienie Alka spotykało się z zachwytem czytelniczek. Najwierniejsze fanki mogły liczyć na względy w postaci obdarowania najnowszą pozycją, co przyjmowały absolutnie z czcią i oddaniem. Ten mężczyzna wie, jak podejść do kobiet, uznałam i z zapartych tchem podziwiałam lawirowanie wśród poruszanych tematów, subtelność gestów i toń tych błękitnych ocząt. Ups, koniec! Trochę mnie fantazja ponosi.


Oczywiście, „poradnik” nabyłam i zamierzam zapoznać się z jego treścią niezwłocznie. Zauroczona jestem jego autorem, zachwycona otwartością…Muszę zgodzić się, że przydomek, jaki zyskał nabiera innego znaczenia, kiedy można go skonfrontować stając twarzą w twarz z kreatorem. 

a na koniec mężczyźni tego wieczoru :-) Cudo zdjęcie...


Łowiska w rzeczywistości

Miejsca opisane w powieściach... Czy nie sądzicie, że połączenie fikcji literackiej z miejscami, które istnieją w rzeczywistości przybliża nas do świata, o którym czytamy? Albo wydarzenia, które mają miejsce w powieściach, czy wiecie,że one często pokrywają się z tym, co działo się w świecie realnym. Magia literacka w połączeniu z realizmem. Fascynujące! Zdradzę Wam kilka takich tajemniczych miejsc i momentów, o których mowa w moich powieściach.
W I tomie sagi Łowiska znajduje się wiele miejsc, które można odwiedzić. Akcja powieści toczy się na warszawskiej Pradze, wystarczy wysiąść z pociągu, przejść kilka ulic i znajdziemy się w dzielnicy Warszawy, która była domem dla Majki.
Wielokrotnie zdarzało mi się przejeżdżać ulicami Warszawy i zaglądać w podwórza starych kamienic z myślą, że "to" mogło dziać się tu, właśnie w tym podwórzu Paweł mógł stać pod osłoną nocy i obserwować okna, które były sypialnią Majki! Niesamowite uczucie...


























Pamiętacie kolację przy zapalonych pochodniach nad brzegiem Wisły? Majka dostała wtedy sweter od Pawła. Znad rzeki nadciągała mgła i ciągnął przejmujący wiatr...





















A pierwszy wyjazd Pawła? Wybrali się wtedy do La MaMa, afrykańskiej restauracji tuż obok hotelu, w którym Paweł zatrzymał się.







 




Tak wspominając, często wybieram się na przejażdżkę rowerową i zdarza mi się dojechać do miejsca, które odwiedzili moje bohaterowie w I tomie Łowisk.
Pamiętacie ten fragment?
"...Las niósł ich śmiech jeszcze przez jakiś czas, przy kapliczce, która nie wiedzieć czemu i w jaki sposób trafiła właśnie w to miejsce. Tuż obok niej stała stara, porośnięta mchem ławka i ława, które posłużyły im za przystanek...."




 Kolejne miejsca, które upamiętniłam pochodzą już z II tomu zatytułowanego Mroki Łowisk.
Jednym z takich miejsc, jest Szynk Praski.
Miejsce, które istnieje naprawdę, zaskakuje swoim urokiem i niesamowitą nastrojowością. Jeśli będziecie w okolicy, zachęcam Was do odwiedzenia i spróbowania przepysznych dań z oferty a lampka czerwonego wina z pewnością przywoła wspomnienia drapieżnego Pawła, może na krzesełku obok Was przysiądzie właśnie Majka?
I mały fragmencik dla tych z Was, którzy jeszcze Mroków nie czytali:
(…)Szynk Praski. Jednogłośnie uznały, że jest to jedyne miejsce, gdzie mogły wspominać tatę tak, jakby był tam z nimi. Magiczna atmosfera tego miejsca, które nawet tatę urzekło swoją surowością, a zarazem pieczołowitą dbałością o najmniejszy szczegół, oddawała całkowicie jego naturę. On również cenił prostotę, ale rozkochany był też w takich drobiazgach jak gorąca, świeżo zaparzona kawa, którą sączył każdego ranka w ulubionej porcelanowej filiżance podarowanej mu przez żonę. Dlatego właśnie tam postanowiły go pożegnać, w miejscu, które przypominało o nim bardziej niż inne. (…)
(…)Gdy weszli do środka, od progu uderzył ich spokój i ponadczasowość miejsca, które wybrały dziewczyny. Majka powiodła spojrzeniem po ścianach w kolorze sjeny palonej, która w niesamowity sposób kontrastowała z przetartą szarością. Zdjęła swój kardigan i odwiesiła go na starym pięcioramiennym wieszaku stojącym tuż obok drzwi. W środku panował przyciszony gwar, stoliki ustawione po prawej stronie od drzwi były zajęte. Od czasu do czasu rozbrzmiewał przy nich zduszony śmiech. Obejrzała się na Roberta i ruszyła w przeciwną stronę, gdzie wąski blat zakręcał w stronę lady, tworząc ustronne zagłębienie. Sięgnęła po wysoki hoker i usiadła wygodnie, opierając stopy o podnóżek. Jej uwagę natychmiast przykuł obraz wiszący nad ladą. To był ulubiony obraz jej taty. Właściwie, kiedy jeszcze zdarzało mu się wychodzić z domu częściej, potrafił zasiadać w szynku i wpatrywać się w ten obraz nawet kilka godzin.
 


Julia pisze Martyrologia




Martyrologia

Nad głową rozgorzałe niebo,
pokryte szkarłatem krwi przelanej
gniewnie spoglądało na wybryki swych dzieci.

Powietrze rozdarte przez łoskot oręża,
w uszach jedynie głucha cisza,
zewsząd jednak słyszę słowa pacierza,
zamarła nadzieja, głuche zawodzenie.

Stąpałam cicho wśród kałuży krwi świeżej,
by chłopaczka młodego wziąć pod swe skrzydła,
na ziemi nisko niewiasta płakała prosząc
'O pani, Maryjo przenajświętsza, oddaj mi proszę mojego Jasieńka.'

Lecz jego czynu nic nie umniejszyło,
zabrałam Jasieńka do miejsca swego.
Wzniosło się stado kruków do lotu,
wyrastały krzyże wszędzie dookoła.

Niosłam swym dzieciom letargu natchnienie,
błagających o ciszę i snu chwile,
czarnym płaszczem ciała ich okrywałam
by zabrać je zaraz w ostatnią ich podróż.

W kątach siedziały skulone maluchy,
szepcząc modlitwy o kawałek chleba.
Upadały powoli, jedno po drugim,
odeszłe zmysły, ciemne widzenie.

Nie zdziwi się żaden, kto oczy ich widział
nad okrucieństwem sporów.
I nie widać już piękna niepowtarzalnego,
gdy rodzic bezsilnie na kolana pada.

Więc chodź, pomaluj mój świat...- Włochy



Malownicza Toskania, z falującymi, jak wstęgi polami i łąkami poprzecinanymi zaledwie niewielkimi sztyletami pojedynczych drzew oddaje nastrój spokoju i harmonii, panujących w tej części kraju. Gaje oliwne wyglądające zupełnie, jako równo utkane kobierce, przywodzą na myśl niezapomniany smak włoskich potraw, soczystych, rozkosznych. Bajecznie wplecione pomiędzy klify i poszarpane nierówności wzniesień budynki, zdają się być zawieszone w powietrzu, podtrzymywane niesamowitym klimatem bezczasu. 



Noce zaś, pstrzące światłami lamp ulicznych, leniwie wdzierają się pomiędzy bujne kształty przysadzistych donic równo poustawianych na krawędziach schodów. Krajobraz tak rozległy, bajeczny, zdaje się odpowiadać wyobrażeniu raju. 

Mediolan, Rzym, Neapol… Tam czas zatrzymał się w miejscu. Dumnie pnące się kopuły, nierówne dachy kamieniczek z obliczami zwróconymi w przeszłość, kiedy to dłonie mistrzów misternie ugniatały ich masę formując z nich budowle, swoim przepychem do dziś dnia zapierające dech w piersiach; drobne kamienice, majestatyczną Bazylikę św. Piotra czy Koloseum. 

Włochy to niesamowite alejki, pełne harmonii i przepysznych roślin poutykanych w każdy możliwy zakamarek, to ludzie, piękni, uśmiechnięci i swobodni. To przyciągająca atmosfera niesamowitej historii, której tchnienie jest wciąż obecne pomiędzy pęknięciami w murach zabytków i spowijające krajobraz mglistą nutką tajemnicy unoszącej się tuż nad ziemią o wschodzie słońca… Tak wyobrażam sobie Włochy…





Na naukę nigdy nie jest za późno- Agnieszka Lingas- Łoniewska

Zawsze drażniło mnie, kiedy moja mama bez przerwy powtarzała, ucz się. Obiecywałam sobie już wtedy, że nigdy, przenigdy nie będę używała wobec moich dzieci tych samych monotematycznych sloganów. I słowa dotrzymałam! Nie mówię- ucz się! Jak przyczajona hiena kąsam na początek pytaniami, coraz natarczywiej a w końcu uderzam... Czy ty się w ogóle uczysz?! Wrr! Bycie rodzicem, to wyjątkowo trudne zadanie... Najtrudniejszy projekt, jaki przychodzi nam dorosłym prowadzić.


Chcąc jednak coś osiągnąć, trzeba się uczyć. Właściwie wiek nie jest istotny, uczymy się każdego dnia. Sztuką jest tylko tę wiedzę wykorzystać w mądry sposób, na przykład jako budulec...

Moim budulcem są obserwacje. Nie trudno zgadnąć, że środowisko wydawnictw, pisarzy, jak każde inne pełne jest ciemnych zaułków, zakamarków, w które lepiej nie wchodzić oraz dróg, którymi wręcz należy podążać. A jak dokonać wyboru? Ja stawiam na obserwacje. Jestem obserwatorem, więc czuję się, jak ryba w wodzie...

A temat obserwacji wyjątkowo wdzięczny... Starsze koleżanki po piórze i spotkania autorskie...

AGNIESZKA LINGAS-ŁONIEWSKA




Kolejne spotkanie, kolejne wnioski...
Atmosfera. Nierozerwalny element wpływający bezpośrednio na nasze samopoczucie. Jeśli do tego samego kosza wrzucić szczyptę wyrafinowania, interesowności i egoizmu, powstanie nam mieszanka, z którą spotykamy się niemal każdego dnia, w sklepie, na parkingu, spacerze. Nie wspominając już o pracy. Powoli przyzwyczajamy się do tej rzeczywistości, bo z tym, jaka ona jest nie dyskutuje się. Sami po trosze ją kreujemy a z upływem czasu coraz bardziej zawzięcie, no chyba, że mamy wystarczająco dużo siły a nasz próg przyswajania  niepowodzeń jest bardzo wysoki, by z toksyczną atmosferą walczyć. Bez względu jednak na to, czy radzimy sobie z nią lepiej, czy też zdecydowanie gorzej wierzę, że mamy świadomość, jak bardzo istotnym elementem codzienności ona jest.
A wystarczy tak niewiele….


11 marca 2016 roku wybrałam się na spotkanie autorskie Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Bardzo zależało mi na tym, by na nim być. A to dlatego, że zanim poznałam kreatorkę, posmakowałam jej twórczości. Nie przesadzę, jeśli powiem, że niemal jednym tchem pochłonęłam książkę, którą kupiłam na TK w Krakowie. Może dlatego, że zawsze byłam trochę duchem niepokornym i opisywane klimaty były mi bliskie? Nie wiem, nie zastanawiam się na tym. Pozycja zrobiła na mnie ogromne wrażenie, bo sposób przedstawienia skomplikowanego tematu okazał się bardzo bezwzględny; odarł go zupełnie z tajemniczości i starł makijaż z jego niewrażliwego oblicza. Ja lubię takie klimaty, bo i życie kolorowe nie jest. Nie wierzę w happy end stories, bo odwracają one uwagę od tego, czym w rzeczywistości potrafi zaskoczyć życie.

Oczywiście nie obyło się bez spóźnienia, co znaczy, że wpadliśmy na spotkanie ze spektakularnym hukiem. Dzieciaki obległy półki z książkami w pierwszym pomieszczeniu a ja zasiadłam na krześle i z przyjemnością oddałam się obserwowaniu…

Siedziała przede mną kobieta, która odniosła niepodważalny sukces, jej książki znikają z półek niczym świeże bułki, nazwisko współtworzy czołówkę najbardziej poczytnych autorek literatury polskiej, wspierana przez szerokie grono najwierniejszych czytelniczek dumnie nazywających się Sektą Agnes…
Rewelacja… Brakowało jeszcze barczystego ochroniarza z wymownym spojrzeniem, ale nic z tych rzeczy!

Agnieszka Lingas- Łoniewska to naturalna, ciepła i niezwykle otwarta kobieta, w której życiu istotne znaczenie odgrywa rodzina, najbliżsi i otaczający ludzie… Uśmiechnięta, opowiadała o swojej karierze i drodze, którą przebyła zupełnie, jakby dzieliła się wrażeniami w gronie swoich koleżanek i kolegów. A do tego nie mogłam pozbyć się wrażenia, że sukces, który odniosła absolutnie nie przeszkadza jej w byciu tak samo zafascynowaną tworzeniem i kreowaniem, jak zapewne miało to miejsce przy okazji pojawienia się na rynku jej pierwszej książki. I to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Bezgraniczna świeżość i satysfakcja, jaką daje zajmowanie się w życiu tym, co się naprawdę kocha.
Muszę wspomnieć jeszcze, że otrzymałam kilka cennych wskazówek i autograf na wygranej w konkursie książce. I za to wszystko jestem niezmiernie wdzięczna...
A czego się nauczyłam?


1.    1.   Najważniejsze w życiu to robić to, co się kocha i nie zapominać o tych, dzięki którym stało się to możliwe.  

Na naukę nigdy nie jest za późno- Liliana Fabisińska i Agnieszka Walczak-Chojecka


Zawsze drażniło mnie, kiedy moja mama bez przerwy powtarzała, ucz się. Obiecywałam sobie już wtedy, że nigdy, przenigdy nie będę używała wobec moich dzieci tych samych monotematycznych sloganów. I słowa dotrzymałam! Nie mówię- ucz się! Jak przyczajona hiena kąsam na początek pytaniami, coraz natarczywiej a w końcu uderzam... Czy ty się w ogóle uczysz?! Wrr! Bycie rodzicem, to wyjątkowo trudne zadanie... Najtrudniejszy projekt, jaki przychodzi nam dorosłym prowadzić.


Chcąc jednak coś osiągnąć, trzeba się uczyć. Właściwie wiek nie jest istotny, uczymy się każdego dnia. Sztuką jest tylko tę wiedzę wykorzystać w mądry sposób, na przykład jako budulec...

Moim budulcem są obserwacje. Nie trudno zgadnąć, że środowisko wydawnictw, pisarzy, jak każde inne pełne jest ciemnych zaułków, zakamarków, w które lepiej nie wchodzić oraz dróg, którymi wręcz należy podążać. A jak dokonać wyboru? Ja stawiam na obserwacje. Jestem obserwatorem, więc czuję się, jak ryba w wodzie...

A temat obserwacji wyjątkowo wdzięczny... Starsze koleżanki po piórze i spotkania autorskie.


LILIANA FABISIŃSKA
AGNIESZKA WALCZAK-CHOJECKA

Kolejne spotkanie, w którym brałam udział miało miejsce również w Warszawie. Tym razem wybrałam się 8 grudnia 2015 do Księgarni MDM. Tam spotkałam dwie damy Lilianę Fabisińską i Agnieszkę Walczak -Chojecką.
Dzień był fatalny! Od wczesnych godzin porannych woziliśmy nasze słoneczka od szpitala do przychodni, ale to nikogo nie dziwi acz chcąc się leczyć trzeba mieć i czas i pieniądze. Skutek tego był zadowalający, gips ciążący Julce został zdjęty a Kuba pozbył się aparatu badającego pracę jego serduszka i już nic nie krępowało jego ruchów.
Podjechaliśmy pod księgarnię w momencie, kiedy szyby w aucie zaparowały, co okazało się skutkiem popsutego nadmuchu... Trochę rześkie powietrze wdzierało się do wewnątrz przez uchylone okna, ale nikt nie narzekał, bo jechałam na spotkanie. A to dla mnie istotna kwestia.

Po księgarni przechadzała się wolnym krokiem skupiona Liliana przeglądając zasobne półki uginające się pod ciężarem książek. Wyłowiłam z tłumu jej postać a jakże. Na dole, w sali spotkałam drugą damę tegoż wieczoru przygotowującą się do spotkania. Z uśmiechem zaprosiła mnie do środka.
Zasiadłam i oczekiwałam w towarzystwie Julii, mojej towarzyszki, która tegoż dnia zakupiła sobie kilka książek i z wypiekami na twarzy zapadła się w swój świat.

Dwie damy zaczęły rozprawiać o swoich doświadczeniach. Muszę przyznać, że nie odrobiłam lekcji i nie miałam świadomości, że mam do czynienia z tak światłymi i doświadczonymi kobietami. Szerokie doświadczenie w wielu dziedzinach związanych z życiem pań wzbudziło mój niemy zachwyt. Tak właśnie zawsze wyobrażałam sobie siebie... Z uśmiechem na twarzy wymieniającą swoje osiągnięcia na niemal każdej otaczającej mnie płaszczyźnie. I o ile pani Liliana sprawiała wrażenie kobiety radosnej, opanowanej i tak niesamowicie kipiącej optymizmem i wiarą w drugiego człowieka, coś mnie niepokoiło w pani Agnieszce. Znam ten dystans, chłodne spojrzenie i niemal niezauważalną ocenę otoczenia za pomocą jednego spojrzenia. Wyważony ton głosu i powściągliwy uśmiech. Coś nakazywało mi również zachowanie dystansu i skupienia. Zupełnie, jakbym rozmawiała z szefem... Ha, okazało się, że pani Agnieszka pracowała przez niemal 20 lat w korporacji. Jednak my ludzie, którzy przewinęliśmy się przez jej struktury patrzymy na świat nieco inaczej. Co absolutnie nie znaczy gorzej. Kiedy uświadomiłam sobie powód mojego niepokoju, tudzież moja świadomość osiągnęła bezpieczny poziom, wszystko wróciło do normy. Nawet poczułam się, jak w domu.
Słuchałam o pasjach, odkrywanych przez lata, miłości do ludzi, do miejsc, wrażliwości i przyjaźni. Dwie damy promieniały opowiadając o przebytych podróżach i bagażu doświadczeń, jakie zdobyły. Zupełnie, jakby toczyły opowieść o życiu, które tak szczodrze obdarowało je wspomnieniami i doświadczeniem. Dwie szczęśliwe, spełnione muzy.

A wnioski z tego spotkania nasunęły mi się dwa:
1. Nigdy nie zapominaj, kim byłeś. Każda droga, którą podążałeś jest doświadczeniem, które cię kreuje.
2. Wiara w ludzi i pozytywne relacje są siłą napędową, która popycha do działania.

Później, kiedy wracaliśmy do domu a zimne wieczorne powietrze wkradało się przez uchyloną szybę, rozmyślałam o odległych pejzażach, poważnych tematach opisanych w powieściach dwóch muz i świat wydał mi się wciąż tak niezbadany...



Więc chodź, pomaluj mój świat.... Fundacja- Zwierzęta Eulalii

Są wokół nas takie miejsca, do których wiemy, że powinniśmy się udać, a kiedy już to zrobimy, nie jesteśmy w stanie wyrzucić ich istnienia z pamięci. Dla mnie mają one ogromne znaczenie, wielokrotnie wykorzystuję je, jako środowisko w moich powieściach. Tam żyją moi bohaterowie a ja dzięki temu, przeżywam z nimi ich rozterki, radości i niepowodzenia w jeszcze bardziej świadomy sposób. I bardzo często, z wielką przyjemnością wracam do tych miejsc, bo stają się one takimi moimi miejscami na ziemi.

Dlatego opowiem dziś o magicznym miejscu, które odwiedziłam w ostatni czwartek 18 lutego 2016 roku.

Jeśli szukaliście kiedykolwiek takiego miejsca, gdzie magia łączy się z rzeczywistością, zawiść nie ma wstępu a wszystko to, o czym czytacie bądź co widzicie w telewizji, a za czym tęsknicie, tam przybiera realnych kształtów. I to nie są Łowiska :)


Mam na myśli Fundację- Zwierzęta Eulalii, która zajmuje około 20 ha ziemi i jest domem dla zwierząt, które otrzymały od losu drugą szansę życia. A temu szczęściu pomogła drobna, piękna i niezwykle ciepła założycielka fundacji, Pani Eulalia Wojnicz. Większość zwierząt zamieszkujących tereny fundacji została uratowana przez właścicielkę z transportów do rzeźni, zostały one uleczone i aktualnie swoim urokiem, zachowaniem odpłacają za to, co dla nich zrobiono.
Dalej, malownicze tereny, urocze utkane w krajobraz pół i poszarpanych lasów domki i zagrody, ciepła, przyjazna atmosfera, to tylko fragment tego, czym to gospodarstwo agroturystyczne może Was obdarować.
Byłam tam zaledwie kilka godzin, ale z podziwu wyjść nie mogłam przez kilka kolejnych dni. Właściwie do tej pory przeżywam i opowiadam wokół o tym niesamowitym miejscu. Z całą pewnością, kiedy pogoda nieco poprawi się i wygospodarujemy odrobinę czasu, kupimy karmę dla psów, worek marchewek i pojedziemy z wizytą, na co moje dzieciaki przystały z radością.


Mamy luty, więc ziemia wciąż jest pokryta śniegiem, błotem a kolory, którymi mieni się świat są szaro bure, jednak nawet w takich okolicznościach pobyt w tym gospodarstwie uważam za preludium do moich kolejnych tam wizyt. Bo wystarczy wyobrazić sobie wielogodzinne spacery między  drzewami Puszczy Piskiej, niepowtarzalny zapach, śpiew ptaków i chłód ciągnący znad okolicznych jezior, albo wesołe rżenie około 30 koni, gęsi przemierzające te same ścieżki, którymi my spacerujemy, pieszczocha kota plączącego się pomiędzy naszymi nogami i tę ciszę i spokój....Jeśli zatem będziecie mieli ochotę odwiedzić malownicze Mazury, zastanówcie się, czy nie mielibyście ochoty odwiedzić właśnie tego zakątka. Ja jestem pewna, że zakochacie się w jego magii... A więcej szczegółów znajdziecie pod linkiem http://www.eulalia.pl/

Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...

No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...