Dobry wieczór!
Czas rozwiązać nasz konkurs!
Trochę się zapomniałam i trwał on nieco dłużej, niż zakładałam, ale nic nie szkodzi. Dziękuję za wzięcie udziału w zabawie, Wasze miejsca naprawdę urzekły mnie. To fascynujące, kiedy wiemy, że gdzieś tam, mamy taki skrawek ziemi, który pozwala nam przenieść się w świat wyobraźni.
Spośród Waszych odpowiedzi wybrałam dwie, które postanowiłam nagrodzić książką. Bardzo proszę o podanie mi adresów do wysyłki we wiadomości prywatnej na FB, bądź w mailu:
Monikę Płatek
Oblicza Rozy
Książek mam dwie i tylko dlatego trzy poniższe Panie otrzymają ode mnie nagrody niespodzianki. Poproszę o adresy:
Paulinę Renik
Małgosię Xxookds
Dark Raven
Gratuluję i bardzo Wam dziękuję za zabawę. Mam nadzieję na kolejne spotkanie z Wami <3
Wielkimi krokami zbliża się premiera III tomu mojej sagi. Nosi on tytuł Jagoda.
W związku z tym, oraz by tradycji konkursów przedpremierowych stało się zadość, ja również przygotowałam dla Was małą zabawę. Uczestnikiem może być każdy. Ten, kto czytał poprzednie części, oraz ten, kto wędrówkę ze światem, który opisuję dopiero zaczyna. Może właśnie od tej części zacznie się nasza przygoda? Któż to wie :-)
Konkurs zaczyna się od dzisiejszego wieczora, czyli od 7 lutego a trwać będzie do 21 lutego, do godziny 21:00, czyli równe dwa tygodnie.
Do wygrania są dwa egzemplarze mojej najnowszej powieści- Jagoda. To będzie nagroda główna dla tych, których odpowiedzi okażą się najbardziej pomysłowe. Do tej wygranej dorzucę jeszcze po jednym z gadżetów, które przygotowałam. A czemu nie :-)
Natomiast trzy inne odpowiedzi, które mnie zaintrygują zostaną nagrodzone zakładkami i eko-torebką z wizerunkiem całej sagi Łowiska.
Teraz, co trzeba zrobić....
Wystarczy w trzech zdaniach, w komentarzu pod postem konkursowym na blogu napisać:
Czy jest miejsce, do którego chcielibyście się udać, by delektować się czytaną powieścią? Oczywiście mam na myśli konkretną powieść :-)
Nie musicie polubić mojego profilu, jeśli jednak zdecydujecie się to zrobić, będę wdzięczna. Nie musicie zapraszać znajomych, ale jeśli to uczynicie, będzie nas tu więcej ;-)
Zapraszam serdecznie do wzięcia udziału w konkursie i do poznania bliżej moich bohaterów!
Powodzenia!
"Czasem, gdy wszystko oddala się w głęboki sen, przychodzi przebudzenie a reszta jest prawdą..."
Moje życie, nie moje decyzje
Kochanie…Przechadzał się po niewielkim
pokoju swojego mieszkania, które wynajmował w Centrum. Okolica wydawała mu się
wystarczająco motywująca, by skupić się na pracy, którą często zabierał ze sobą
do domu. A cóż miał robić? Magda, jego żona nie chciała przeprowadzić się do
Warszawy. Ona była urodzoną artystką, do pracy potrzebowała ciszy i natury. On
zaś, z chwilą kiedy odziedziczył pozycję i odpowiedzialność za rodzinną firmę
opadła na jego ramiona niczym królewskie gronostaje, porzucił ciszę, spokój,
ich wspólne spacery i przeniósł się do Warszawy. Tu wynajął niewielkie
mieszkanie, umeblował je i natychmiast poczuł się jak w swoim wymarzonym
świecie. Z tą chwilą zrozumiał, że do takiego świata należał. Kochanie,
powtórzył jeszcze raz, zacierając ręce i pochylając się pokornie do przodu.
Miał wyrzuty sumienia, nie był przecież potworem, starał się jej wszystko
wynagrodzić. Zarabiał bardzo dobrze, przelewał jej dwie trzecie swojej pensji,
kupił terenówkę, żeby mogła przemierzać te swoje ukochane łąki, przestrzenie,
które malowała. Różnili się jednak, co zrozumiał, kiedy przyszło mu spędzić
pierwszy miesiąc z dala od domu. Ale to nie wpływało na fakt, że wciąż kochał
swoją żonę, z całym tym roztargnieniem, które rozkosznie skrzyło w jej
spojrzeniu i nadawało jej wydętym niewinnie ustom tak ponętnego wyglądu. Kochał
ją i nigdy nie zamierzał porzucić, ale…. Cóż, odległość dzieląca ich, czyniła
niemożliwym ciągłe pojawianie się w domu, a co za tym idzie spełnianie
wszystkich małżeńskich obietnic, jakie sobie złożyli. Miał kochankę. Właściwie
to nawet nie była kochanka, tylko koleżanka z firmy współpracującej z jego. Nic
ich nie łączyło poza seksem. Ona, powtarzał to często patrząc w lustro, też
mieszkała z dala od swojego chłopaka.
Opadł na
rozłożyste łóżko, które wciąż pachniało jej gorącym ciałem. Kącik ust powędrował
natychmiast do góry na wspomnienie ciała Ewy. Wciągnął powietrze ustami i
podniósł się z łóżka przywołując się do porządku. Była Wigilia, a on musiał
zadzwonić do żony i poinformować ją, że przyjedzie do domu dopiero następnego
dnia. Zacisnął powieki i znowu zaczął przemierzać długość pokoju. Ściskał
telefon. Jego spocone dłonie drżały, kiedy wybierał numer telefonu do Magdy.
- Kochanie?
To ja…- Zatrzymał się i oparł czoło o chłodną taflę szyby. Przemieszczające się
ulicami samochody wyglądały jak paralityczne owady, chaotycznie poruszające się
wydrążonymi korytarzami zatłoczonych ulic. Była Wigilia, a Warszawa wciąż tętniła
światłami przemieszczających się, w tę i z powrotem aut.
- Cześć
Tomek.- Jej głos brzmiał sucho, przeczuwała z czym dzwonił.
- Jak twój
obraz? Uchwyciłaś klimat, o jaki ci chodziło?- Zaczął i lekko uderzył głową w
szybę. Brzmiał idiotycznie.
- Zaprosiłam
moją siostrę z jej chłopakiem. Nie będę sama, jeśli o to chcesz zapytać.
Oczywiście będzie mi przykro, że siedzę przy stole bez ciebie, ale nie to mnie
złamie.
- Magdusiu,
ja naprawdę muszę zostać. Tylko ten jeden dzisiejszy dzień. Jutro z samego rana
przyjadę. To wszystko przez tę fuzję, pamiętasz? Mówiłem ci… Zaraz po Nowym
Roku..
- Tak,
mówiłeś. Rozumiem. Cały czas trzymam kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia.
Ciężko pracowałeś na swój sukces.
- Kocham cię
Magduś…
- Ja też cię
kocham Tomek. – W telefonie zastukało coś i jej głos nagle wydał mu się tak
bardzo odległy, smutny.
- Jeśli uda
mi się, zbuduję nam na wsi piękny, ogromny dom, będziesz żyła jak królowa.
Będziemy mieli dzieci, psa i dwa koty. Tak, jak chciałaś kochanie. Pamiętasz?
- Tak Tomek,
pamiętam… Pamiętam też, że obydwoje tego chcieliśmy. A teraz jest inaczej a ty
brzmisz… Cóż, jak ktoś, kto się tłumaczy. Kocham cię. Ale jeśli nie będzie cię
obok mnie jutro, moja miłość może odejść w niepamięć. To są święta, dotąd
spędzaliśmy je razem. Rozumiem, że masz fuzję. Nie podważam tego, co mówisz,
ale nie jestem głupia, Tomku. Mija rok, zdążyłam już ochłonąć i trochę inaczej
patrzę na nas. Pamiętaj o tym. Masz czas do jutra.
- Przyjadę.
Muszę tylko zebrać wszystko do kupy i jutro jestem w domu, kochanie.
- Do jutra
zatem. Albo nie przyjeżdżaj już więcej…- Rozłączyła się. Poczuł pustkę, ale za
chwilę ulga wyparła to przykre uczucie bardzo skutecznie. Odrzucił telefon na
łóżko, wypił resztę zimnej już kawy i pogwizdując włożył płaszcz, otulił się
wełnianym kominem i wyszedł przed budynek apartamentowca.
- Kurwa…-
Zaklął pod nosem, kiedy uświadomił sobie, że telefon i portfel zostały na
łóżku. Zadarł głowę do góry i spojrzał na równą ścianę szklanego domu, w którym
mieszkał.
- Co?
Zapomniał pan dokumentów?- Usłyszał tuż obok siebie. Spojrzał w twarz niskiego,
nieco szpetnego mężczyzny, mijającego go powolnym krokiem. Stary uśmiechał się,
ale jego śmiech niewiele miał wspólnego z radością. To była raczej satysfakcja
płynąca z czyjegoś potknięcia. Tomasz znał to uczucie, często odczuwał
przyjemne mrowienie, kiedy jego kontrahenci potykali się o swoje przyduże,
szykowne buty, wychodząc w pośpiechu z jego biura i umykając w ten sposób przed
palącym smakiem porażki. Tomasz westchnął głośno, czując dumę rozpierającą jego
pierś. Był zwycięzcą. Starzec wykrzywił usta i przytaknął kilkakrotnie,
zupełnie, jakby dane mu było słyszeć myśli łechcące pęczniejące ego Tomasza.
- Niech się
pan nie wraca. Nie warto, to i tak niczego nie zmieni.- Mrugnął porozumiewawczo
i bujając się niezdarnie na boki poszedł w swoją stronę. Tomasz wzdrygnął się
patrząc za starcem i zszedł do garażu. Właściwie telefon nie był mu do niczego
potrzebny. Była Wigilia, więc i tak nie miał zamiaru dzwonić do nikogo.
Wszystko, co miał omówić, dawno zrobił. Potrzebował zaledwie kilku godzin, by
przygotować pozostałą dokumentację i mógł wracać do domu. Jego BMW sunęło
leniwie Złotą, ciepło cicho sączące się do środka i jakaś spokojna kolęda wprawiały
go w zupełnie przyjemny świąteczny nastrój. Zanim zorientował się, zaczął nucić
melodię uderzając palcami o kierownicę.
Wtem jednak, dziwny,
narastający dźwięk zagłuszył spokojne tony płynące z radia. Gwałtowne uderzenie
chłodu spadło na niego, jak zimny strumień wody. Tomasz zaczerpnął głęboki
oddech i prężąc się do tyły uderzał otwartymi dłońmi na oślep.
Rosnący w
dalszym ciągu dźwięk, świszczał niemiłosiernie, drażniąc go i powodując dziwne
uczucie kurczenia się powierzchni samochodu, w którym siedział. W końcu wszystko
ucichło. Tomasz był jednak tak zmęczony, że nie miał nawet siły otworzyć oczu.
Próbował, pod powiekami migały mu plamy jasnego światła i gasły. Jedynie
dotykający go chłód nie opuszczał go nawet na chwilę. Próbował się podnieść,
ale jego ciało bezwładnie spoczywało na czymś twardym, dodatkowo unieruchomione
uciskającą obręczą otaczającą ciasno jego szyję. I nagle zrobiło się zupełnie cicho a jego
przepełnił absolutny spokój. Chłód ustąpił, świszczący wokół dźwięk ustał, a
Tomasz odetchnął z ulgą i wsłuchany w równo brzmiące uderzenia swojego serca,
spoczywał bez ruchu na miękkim posłaniu. Miał opuszczone powieki i analizował w
skupieniu, czy podjąć próbę ich otwarcia. Nie wiedział bowiem, gdzie znajdował
się, co się stało i w końcu, co zastanie, kiedy otworzy oczy. O ile w ogóle
zdoła je otworzyć.
- Czy pan śpi?- Usłyszał w końcu przerywający
panującą wokół ciszę głos. Odniósł wrażenie, jakby już słyszał ten głos.
Naturalnie poczułby się bezpieczny, jednak ten głos budził w nim raczej niezbyt
przyjemne skojarzenia. Przełknął jedynie i wytężył słuch jeszcze bardziej,
chcąc zidentyfikować dobiegający go dźwięk głosu.
- Hi, hi.
Niezbyt ciekawa Wigilia zapowiada się, drogi panie. Zamiast dojechać tam, dokąd
zmierzał pan, leży pan tutaj. Zastanawia się pan, dokąd trafił? Hę?- Tomasz
zacisnął powieki, tym razem próbując przypomnieć sobie rzeczywiście, co mogło
się wydarzyć. Jechał przecież do pracy…
- No tak… Ale
miał pan wypadek. Pana samochód stoi już na parkingu i pewnie przyjdzie panu
słono zapłacić za jego postój. Ale co to dla pana, nieprawdaż? Przecież jest
pan właścicielem prężnie działającej firmy. I o ile nie mylę się, szykuje się
jakaś fuzja? Kilkaset kolejnych osób straci pracę… Pamięta pan tego mężczyznę?
No? Tego, który sprzątał w pańskim biurze. Chwileczkę, jak on się nazywał?
Błażej Sierota. Czy on się tak nazywał? A może tak nazywali go pańscy
pracownicy? Żeby mu dokuczyć.
- Kim pan
jest?- Zdołał w końcu wydusić Tomasz. Miał spierzchnięte usta a gardło bolało
go, kiedy silił się, by wycisnąć z siebie tych kilka słów.
- Kim jestem?
Znam pana aż nadto dobrze. I niech tak pozostanie.
- Czego pan
ode mnie oczekuje dręcząc mnie?
- Dręcząc? Pana?
Dręczę… Pana… Podoba mi się.- Z oddali dobiegł Tomasza chichot i pocieranie
jakiejś materii, co uznał za dotyk starczej skóry dłoni pocieranych jedna o
drugą.- Zwolnił pan tego biedaka, bo został posądzony o kradzież pieniędzy.
- Skąd pan to
wie?- Jęknął Tomasz.
- Tego
Błażeja Sierotę też znam. A raczej znałem, bo kilka dni później popełnił
samobójstwo. O, nie wiedział pan? Owszem, tak zrobił. Mieszkał ze starą,
schorowaną matką a pozbawiając go pracy i wystawiając mu opinię złodzieja, uczynił
go pan bezwartościowym na rynku pracy. Kiedy umierał, płakał z rozpaczy i żalu
nad losem swojej matki.
- Kłamie pan…-
Tomasz poczuł zimny pot spływający po jego czole. Przypomniał sobie Błażeja.
Rzeczywiście zwolnił go dyscyplinarnie z powodu kradzieży pieniędzy.
- Nie, nie
kłamię. Nie tym razem, przynajmniej. Nie muszę kłamać. Pan dostarcza mi
wystarczająco dużo atrakcji. Błażej Sierota nie ukradł tych pieniędzy. Zrobiła
to pańska sekretarka. Powinien był pan sprawdzić zapis kamer. Ale nie znalazł pan na to czasu. A ona
pozostaje bezkarna i wciąż kradnie. Nie zauważył pan w jej dokumentach
medycznych wzmianki o jej skłonnościach? Ach! Pan wcale nie widział jej dokumentacji
medycznej!- Ponowny chichot i tym razem lekkie skrzypienie pocierania, jakby
kory drzewnej zmroziło plecy Tomasza.
- Czy może mi
pan pomóc? Proszę wezwać pomoc. Ja muszę poinformować żonę o tym wypadku. Ona
będzie na mnie czekała. Są święta…- W pokoju zapadła cisza. Tomasz uchylił
niepewnie oczy, jednak ogarniająca go wokół ciemność opadła zasłoną na
wszystko, co otaczało go.- Nic nie widzę…
- Bo jest pan
w szoku. A może stracił pan wzrok? Nie wiem, nie jestem lekarzem.
- A czy może
pan zadzwonić po lekarza?- Jęknął potulnie.
- Zapomniał
pan telefonu, jak zamierza pan poinformować żonę o wypadku? Przecież nie zna
pan nawet numeru telefonu do niej? Co innego z Ewą…. Gorąca z niej sztuka.
Gdybym był nieco młodszy, sam poobracałbym jej płonące ciało. Powiem panu, tak
między nami, że to bardzo otwarta dziewczyna. I towarzyska.- Chichot mężczyzny przeszedł
w gardłowy pomruk.- Ale nie będę psuł panu wspomnień. Może one ogrzeją pana w
nadchodzące, długie zimowe wieczory, bo chyba nie ma pan wątpliwości, co do
tego, że pańska żona nie dotrzyma słowa? Ona doskonale zdaje sobie sprawę, że
zdradza ją pan. Pojechał pan raz do domu w koszuli, na której gorąca Ewcia
zostawiła swój zapach i dotyk. Ale z pana nierozważny mężczyzna. Doprawdy…
- Mam tego
dość! Nie chcę już tego słuchać. Skąd pan wie to wszystko? Jest pan moim pracownikiem?
To niemożliwe. Nie poznaję pańskiego głosu, choć wydaje mi się, że już gdzieś
go słyszałem. Kim pan jest?
- Nie o mnie
rozmawiamy, tylko o panu. Czy myśli pan, że pańska żona wybaczy mu kolejne
wymówki? Czy wie pan o jej wystawie po Nowym Roku? Tak! Udało jej się! Będzie
miała swoją wystawę! Tę samą, o której tyle panu opowiadała na początku roku.
Potem przestał pan pytać, jej życie przestało pana ekscytować. Tak bardzo
pochłonęło pana zdobywanie pieniędzy.
- Jest pan
podły!- Warknął Tomasz zaciskając dłonie w pięści. Poczuł przypływ siły, a
złość wstrząsała jego leżącym na łóżku ciałem.
- Ja? Podły?
Doprawdy, z ust człowieka, który porzuca piękną, utalentowaną żonę na rzecz łatwej,
gotowej zrobić wszystko, by się wybić dziewczynki, jaką jest Ewa, to żadna
obelga. Ja nie zwolniłem niewinnego człowieka, dla którego praca w pańskiej
firmie była jedyną radością w życiu, bo na nic innego nie miał odwagi się zdobyć.
Poza tym, jeśli sądzi pan, że ta fuzja przyniesie panu grube miliony, jest pan
po prostu w błędzie. Straci pan żonę, nigdy nie osiągnie szczytu, zawsze będzie
pan w połowie drogi do wymarzonego sukcesu! A wie pan dlaczego tak będzie? Bo to
jest typowe dla tak pustych w środku ludzi. Pan jest pozbawiony ludzkich uczuć
i skończy pan, jak inni panu podobni!- Tomasz zacisnął na powrót powieki, jego
nozdrza zaczęły falować rozwierając się zdecydowanie, kiedy nabierał powietrza
w obolałe płuca. Z jego ust wyrwało się najpierw ciche, podobne do zranionego szczenięcia
skomlenie, by za chwilę ten dźwięk nabrał mocy i brzmiał coraz bardziej
donośnie. Gdzieś obok, w dalszym ciągu, słychać było skrzekliwe postękiwanie
starca. Tomasz przypomniał sobie już gdzie słyszał ten głos! To był starzec pod
jego apartamentowcem! Kiedy uświadomił sobie ten fakt, a jego absurdalność
wydała mu się tak zaskakująca, że uwierzył w możliwość jej istnienia, jego
krzyk przeszedł w gardłowe charczenie i pisk.
- Bardzo
dobrze! Tak powinien pan zrobić już dawno! Proszę teraz otworzyć oczy, wsiąść do
samochodu i pojechać do żony i naprawić to, co jeszcze można naprawić.
W pokoju było ciemno, kiedy
Tomasz wstał z łóżka, wyszedł do łazienki i wziął prysznic. Miał okropny sen i
chciał pospiesznie zmyć go z siebie. Dochodziła piąta rano. Postanowił
przygotować raport po świętach, w domu, gdzie czekała na niego Magda. Wyszedł
ponownie do sypialni i odsuwając zasłony rzucił pospiesznie.
- Wstawaj
Ewa. Idź do siebie. I usuń mój numer telefonu z komórki.- Poczekał, aż
zaskoczona kobieta podniosła się z łóżka i w końcu zamknął za nią drzwi.
Dopiero wtedy usiadł na krześle w kuchni i zapalił papierosa. Płuca piekły a w
głowie wciąż brzmiał ten przerażający odgłos starczego, skrzeczącego głosu: Proszę naprawić to, co jeszcze można
naprawić… Zapisał na kartce nazwisko Sierota i ściskając w dłoni klucze do swojego
BMW wyszedł pospiesznie z domu. Już stojąc w windzie spojrzał na zegarek i
uśmiechając się niepewnie pomyślał, że zdąży dojechać, kiedy Magda będzie jeszcze
spała. Zrobi jej niespodziankę…
Na naukę nigdy nie jest za późno- Agnieszka Lingas-Łoniewska 4/11/16, Aleksander Rogoziński 10/11/16
Listopad, miesiąc zadumy i refleksji. W tym okresie
zdecydowanie bardziej pochylamy się nad nurtującym odwiecznie tematem
przemijania, śmierci i zastanawiamy się, co nas czeka tam, po drugiej stronie.
To prawda.
Ja w tym miesiącu byłam na dwóch spotkaniach autorskich i
pierwsze przemyślenia, jakie mnie naszły, dotyczyły sposobu, w jaki idziemy
przez nasze życie. Zawsze powtarzam moim dzieciakom, jak bardzo istotne jest, by
patrząc w lustro na koniec dnia, mieć powody do dumy. Jeśli nie zaś do dumy, bo
to doprowadziłoby nas w końcu do próżności, to przynajmniej, by mieć powody do
zadowolenia. Człowiek zadowolony, to człowiek szczęśliwy i spełniony,
nieprawdaż?
Alek Rogoziński, od niedawna znany również, jako Alex,
dzięki premierze How to kill you, darling, dał się poznać właśnie z tej strony.
Człowiek pogodny, tak pozytywny, że wszystko, co mnie nęka, w jego otoczeniu
zdaje się chować gdzieś tam w cieniu optymizmu tego autora. Na spotkaniu Alka ubawiłam
się przednio. Już zanim zaczął opowiadać, udało nam się zamienić kilka słów,
dla mnie bezcennych. W trakcie zaś spotkania, atmosfera zdawała się być coraz
cieplejsza. Alek ma niesamowitą zdolność do podgrzewania nastroju swoimi
opowieściami, historiami z życia wziętymi a przede wszystkim jedna bezwzględnie
sympatię dzięki dystansowi, z jakim podchodzi do siebie i swojej pracy. Będąc
pod wrażeniem spotkania w Legionowie zabrałam się za czytanie How to kill you,
darling w oryginale… Wrażeniami podzielę się, a jakże.
Co jeszcze jest ważne, poza otwartością, optymizmem i
poczuciem humoru?
Empatia. A tego ogromną dawkę otrzymałam będąc na spotkaniu
z Agnieszką Lingas-Łoniewską. Oczywiście spóźniona, czego naprawdę nie znoszę,
wpadłam do biblioteki, co nie pozostało niezauważone. Od razu jednak wtopiłam
się w ciepłą, przyjemną i niesamowicie przyjazną atmosferę tego spotkania.
Agnieszka, niczym wirtuoz nie tylko opowiada o skrajnych uczuciach w swych
powieściach, ona wydobywa wspomnienie tych uczuć, które drzemie gdzieś na dnie
naszych serc. Czy to nie jest istotne? Pamiętacie Małego Księcia? Pamiętacie
historie o wężu, który zjadł słonia i trawił go przez wiele miesięcy. Jak wielu
z nas patrząc na ten rysunek ujrzałoby słonia w brzuchu węża? Rozumiecie, co
mam na myśli?
Autor jest jak drogowskaz, jego książka zaś to mapa. Pamiętajmy
zatem, sztuką jest stanąć wieczorem przed lustrem i z nadzieją patrzeć w naszą
przyszłość.
Pożegnanie
Opowiadanie
W tej chwili pamiętam już tak niewiele. Kiedy przyszłam na
świat, błądziłeś po omacku, dopiero ucząc się być wzorem. Czynności, których nigdy nie
musiałeś wykonywać, stały się chlebem powszednim, co nierzadko potrafiło
przerosnąć. Ale tego nie pamiętam. Nie mam prawa tego pamiętać, bo moja
świadomość tamtego okresu zniknęła, jak za dotknięciem anielskiego palca
odciśniętego nad górną wargą. Pamiętam jednak samochody! Zawsze obecne w moim
życiu. Kupowałeś mnie i mojej siostrze samochodziki, tak bardzo chciałeś mieć
syna. Zamiast bawić się lalkami, jeździłyśmy resorakami po kałużach wydając
przy tym dźwięki, których nie powstydziłby się niejeden chłopiec. Pamiętam też Twoich kolegów. Czasem wciąż zdarza mi się spotkać któregoś z nich, kiedy jestem
na zakupach. Widzimy wtedy Ciebie i dlatego nagły entuzjazm szybko spływa po
nas, w rezultacie czego mijamy się udając, że w ogóle się nie znamy. Na szczęście widuję ich coraz
rzadziej a ich twarze z każdym rokiem stają się coraz bardziej delikatne,
wiotkie. Może ta świadomość nakazuje nam schodzić sobie z drogi?
W tej chwili naprawdę pamiętam już tak niewiele. Kilka drobiazgów. Na przykład ten, że nic nie
stanowiło dla Ciebie problemu. Brałeś od życia, to, co dawało. Nie bałeś się
wyzwań ani ciężkiej pracy, często przygnębiająca codzienność znaczyła Twoją
twarz zmęczeniem, zdarzało się, że wracałeś do domu, kiedy już spałyśmy. Pamiętam
jednak, że miałeś ciepły głos, którego brzmienie, samo w sobie pozwalało mi czuć się
bezpieczną. Siadałeś z mamą i rozmawialiście… Długo. O sprawach, których wtedy
nie rozumiałam. Wiedziałam jednak, że mogę na Ciebie liczyć, w każdej sytuacji byłeś gotów stanąć w mojej obronie bez względu na konsekwencje. Byłeś moją
tarczą, osłaniałeś przed okrucieństwem tego świata, pokazywałeś, co to znaczy
kochać wbrew innym. Nauczyłeś mnie, jak sobie poradzić w trudnych sytuacjach, bym nie musiała wyciągać ręki po pomoc. Nauczyłeś mnie być kobietą silną i dumną, ale
nigdy nie wstydziłeś się łez, gdy cierpienie innych przerastało Cię. Stawałeś
się wtedy dla mnie jeszcze ważniejszy. Chciałam się Tobą opiekować, ochronić Cię przed bólem. Pamiętam, kiedy umarł Twój tato i Twoja mama. Pamiętam, co
wtedy powiedziałeś. Byłam przy Tobie i nie płakałam. Wtedy to ja musiałam być
silniejsza, tego ode mnie oczekiwałeś.
Teraz pamiętam już bardzo niewiele. Czas okradł mnie ze
wspomnienia Twojego mocnego głosu, dotyku Twoich dużych i ciepłych dłoni,
których szukałam przez wiele lat ściskając dłonie innych mężczyzn. Wiesz, że
żadna z nich nie przypominała Twojej? Szorstkiej i silnej, gotowej osłonić mnie
przed błędami, dźwigającej, kiedy upadałam pod ciężarem dorosłości. Nie
pamiętam już Twojego zapachu, choć w domu wciąż stoją Twoje perfumy. Ich zapach
uleciał jednak, zupełnie jak Twoje życie tamtego popołudnia.
Przez wszystkie lata naszego wspólnego życia, stałeś się
moim wzorem. Byłeś silny, odpowiedzialny, oddany swojej rodzinie. Byłeś
niezniszczalny… Póki byłeś obok, mogłam czuć się bezpieczna, beztroska… I tak miało być
zawsze, obiecywałeś. Chciałeś mieć syna, dałam Ci dwóch wnuków, są do Ciebie
bardzo podobni i choć nie mogą Cię pamiętać, jestem pewna, że poznaliby Cię w
tłumie. Wiedzą jaki byłeś, kim byłeś dla mnie. Wiedzą o Tobie wszystko to, co
ja wiedziałam.
Jednak odszedłeś. Bez
zaszczytów, po cichu i w samotności. Byłam wtedy przy Tobie, kiedy szeroko
otwartymi oczami wpatrywałeś się ponad moją twarzą w boskie oblicze. Prosiłam,
błagałam, ale tym razem nie słuchałeś mnie. Wybrałeś się w tę drogę sam, zupełnie
sam. Zostawiając nas trzy nagie, bezbronne w objęciach świata, który nagle zwrócił
swoje oblicze w naszą stronę. Ale nie bałam się, bo nauczyłeś mnie, jak pewnie, z odwagą kroczyć
jego ścieżkami. Teraz, kiedy Ciebie już nie ma, ja stałam się dla moich dzieci taką
ostoją, jaką Ty byłeś dla mnie. Dbam o ich dobro i gotowa jestem poświęcić wszystko, co mam,
by zapewnić im bezpieczeństwo i szczęście. Chronię, jak Ty chroniłeś, uczę, jak Ty uczyłeś i kocham. Bezgranicznie.
A Ty odpoczywaj. Mój kochany, niezniszczalny Tato. Buduj tam
wysoko dom z wielkim ogrodem, by pomieścił nas wszystkich, bo z pewnością się
kiedyś spotkamy. Zasiądziemy wtedy przy ogromnym stole, pod rozłożystymi parasolami jabłoni i w cieniu modrzewi, w Twoim ogrodzie i będziemy
opowiadali sobie historie, które pisał czas, podczas naszej rozłąki. Przypomnę
sobie wtedy dotyk Twoich ciepłych dłoni, zapach i kojący głos, którego w dalszym ciągu bezskutecznie szukam. Do zobaczenia.
Pamięci
mojego Taty †31
października 2009 roku
Co nowego?
Nowy Rok 2018
I nadszedł. Właściwie mija, kolejny rok. To był bardzo dobry rok. Co prawda obfitował w kilka zaskakujących zdarzeń, trochę wylanych łez i nieskończone pokłady zszarpanych nerwów, ale był dobry.
Poznałam wiele wspaniałych osób, które zaraziły mnie jeszcze większą miłością do życia, odświeżyłam znajomość z ludźmi, z którymi kiedyś łączyło mnie wiele, ale życie postanowiło rozłączyć nas na kilka lat. Jednak ich wspomnienie spoczywało gdzieś na dnie serca i czekało na to, bym ocknęła się. I tak też się stało. Zdobyłam się również na jedną refleksję, w oparciu o wydarzenia, jakich dostarczył mi ten kończący się rok. Mianowicie, uwierzyłam, że w ludziach wciąż drzemie dobro i potrzeba bliskości. Jesteśmy tymi samymi, wrażliwymi istotami, które tylko skryły te delikatne wnętrza pod skorupami niedostępności. Zdobyłam się na odwagę i pozwoliłam sobie na zatrzymanie się na dłużej nad istotą przyjaźni i tej zwyczajnej ludzkiej bliskości. Było warto. Jestem dzięki temu odważniejsza i patrzę w przyszłość z nieco większym optymizmem i pewnością. Dociera do mnie powoli fakt, że niektóre zmiany są konieczne, a tkwienie w tym samym punkcie nie służy mi. Mam nadzieję, że moje przemyślenia nie zwiodą mnie na krawędź, której zawsze tak bardzo się bałam.
Kończący się rok będę pamiętała również z powodu podjętych decyzji, które mają umożliwić mi oddanie się mojej pasji bez reszty. Dobrze jest wiedzieć, czego się w życiu pragnie. Dobrze jest być pewnym podejmowanych kroków i wierzyć w słuszność dokonywanych wyborów. Jedna z moich koleżanek powiedziała mi ostatnio, że w życiu trzeba czasem posprzątać. Wyrzucić z niego te wspomnienia, które niepotrzebnie bolą, pozbyć się towarzystwa ludzi, którzy wysysają optymizm a czasem nawet zmienić kierunek drogi, który dotąd wydawał się słuszny. I tego właśnie dokonałam, posprzątałam w moim życiu. Nowy Rok jest dla mnie zupełnie nowym rozdziałem, zaczynam nowe życie i zamierzam kolekcjonować tylko te wrażenia, które będą wpływały na mnie pozytywnie.
Kości zostały rzucone. Szczęśliwego Nowego Roku!
27 Festiwal Mozartowski w Warszawie
I nadszedł. Właściwie mija, kolejny rok. To był bardzo dobry rok. Co prawda obfitował w kilka zaskakujących zdarzeń, trochę wylanych łez i nieskończone pokłady zszarpanych nerwów, ale był dobry.
Poznałam wiele wspaniałych osób, które zaraziły mnie jeszcze większą miłością do życia, odświeżyłam znajomość z ludźmi, z którymi kiedyś łączyło mnie wiele, ale życie postanowiło rozłączyć nas na kilka lat. Jednak ich wspomnienie spoczywało gdzieś na dnie serca i czekało na to, bym ocknęła się. I tak też się stało. Zdobyłam się również na jedną refleksję, w oparciu o wydarzenia, jakich dostarczył mi ten kończący się rok. Mianowicie, uwierzyłam, że w ludziach wciąż drzemie dobro i potrzeba bliskości. Jesteśmy tymi samymi, wrażliwymi istotami, które tylko skryły te delikatne wnętrza pod skorupami niedostępności. Zdobyłam się na odwagę i pozwoliłam sobie na zatrzymanie się na dłużej nad istotą przyjaźni i tej zwyczajnej ludzkiej bliskości. Było warto. Jestem dzięki temu odważniejsza i patrzę w przyszłość z nieco większym optymizmem i pewnością. Dociera do mnie powoli fakt, że niektóre zmiany są konieczne, a tkwienie w tym samym punkcie nie służy mi. Mam nadzieję, że moje przemyślenia nie zwiodą mnie na krawędź, której zawsze tak bardzo się bałam.
Kończący się rok będę pamiętała również z powodu podjętych decyzji, które mają umożliwić mi oddanie się mojej pasji bez reszty. Dobrze jest wiedzieć, czego się w życiu pragnie. Dobrze jest być pewnym podejmowanych kroków i wierzyć w słuszność dokonywanych wyborów. Jedna z moich koleżanek powiedziała mi ostatnio, że w życiu trzeba czasem posprzątać. Wyrzucić z niego te wspomnienia, które niepotrzebnie bolą, pozbyć się towarzystwa ludzi, którzy wysysają optymizm a czasem nawet zmienić kierunek drogi, który dotąd wydawał się słuszny. I tego właśnie dokonałam, posprzątałam w moim życiu. Nowy Rok jest dla mnie zupełnie nowym rozdziałem, zaczynam nowe życie i zamierzam kolekcjonować tylko te wrażenia, które będą wpływały na mnie pozytywnie.
Kości zostały rzucone. Szczęśliwego Nowego Roku!
27 Festiwal Mozartowski w Warszawie
30,06,17
Nigdy nie ukrywałam, że jestem zwolenniczką muzyki o ciężkim brzmieniu.
Uwielbiam zdecydowane dźwięki, ciężkie uderzenia basu, harmonijnie brzmiącą
gitarę elektryczną i rytmiczną perkusję. Bez względu na to, w jakim jestem
nastroju, to muzyka dźwiga mnie, bądź uspokaja.
I to była połowa sukcesu! Panująca w Kościele atmosfera podgrzewała nastrój
oczekiwania, przyciszone rozmowy ludzi, którzy, nawet mówiąc o muzyce poważnej,
brzmieli jakoś tak inaczej, z czułością, jakby w ich sercach te dźwięki
rozbrzmiewały bez przerwy, przysparzały nam tego specyficznego dreszczyku.
Nagle poczułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie, jakby krynoliny, sztywne i
szeleszczące suknie były czymś zupełnie naturalnym!
Najpierw swoje miejsca zajęła
orkiestra... Nastała cisza i tylko pojedyncze dźwięki poszczególnych par
instrumentów rozbrzmiewały coraz głośniej, jednej skrzypaczce pękła struna, co
było dla nas czymś niebywałym! Wszystkie oczy zwróciły się w stronę tej
kobiety, ale nikt nie okazywał zniecierpliwienia, znudzenia. Wszyscy wpatrywali
się w jej uśmiechnięte oblicze i oczekiwali aż instrument będzie sprawny.
Następnie przed ołtarzem pojawił się chór. Kamienne twarze wpatrzone ponad
słuchaczami, gładko zaczesane chórzystki, wszystkie w czarnych kreacjach z
ustami podkreślonymi czerwonymi pomadkami wyglądały po prostu bajecznie, ich
łabędzie szyje wyciągnięte wysoko i oczy wpatrzone w dyrygenta. Cóż to za
persona! Około 60 osób wpatrzonych w tę jedną osobę, która za pomocą gestów i
energicznych potrząśnięć batutą wskazywała kierunek i natężenie ich
podążania. Niebywałe! Jedna osoba, wprawiła w życie tyle gardeł, tchnęła moc w
tak wiele instrumentów a w końcu wywołała takie emocje u nas- słuchaczy.
I było cudownie! Było nieziemsko, bajecznie. Pasja to jest najwspanialszy dar, jakim człowiek może zostać obdarowany. Z przyjemnością podziwiałam emocje malujące się na twarzach chórzystów, skupienie wyryte w spojrzeniach instrumentalistów. I na chwilę zapomniałam o całym świecie, pozwoliłam się porwać muzyce, unieść ponad moje krzesełko i wznosić się. Przez 50 minut byłam w innym świecie...
Mam wspaniałą córkę. Nie zapomnę takiego prezentu.
__________________________________________
30,06,17
Słów kilka o początkach...
Słowo
pisane towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Odpowiedzialność za ten fakt ponosi mój
tato. Zaszczepił we mnie najpierw zamiłowanie do czytania, to dzięki niemu
poznałam wszystkie historie Winetou i powieści Jacka Londona. Czytałam nawet
komiksy o Hansie Klossie i inne, równie dziewczęce pozycje. Ale nikomu to nie
przeszkadzało. Mnie ani mojemu tacie na pewno.
Z KSIĄŻKĄ NA WAGARY
POETYCKA DUSZA
Już jako licealistkę pchnęło mnie w kierunku poezji. Wygrałam nawet jeden z
konkursów organizowanych przez moją szkołę. Pisałam wiersze, notowałam swoje
myśli na każdym dostępnym fragmencie papieru. Część z nich ginęła, część
wyrzucano. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Kiedy jednak w klasie maturalnej
poczułam „to coś”, nie potrafiłam skupić się na niczym innym. Nocami uczyłam
się do matury, a w ciągu dnia pisałam moje pierwsze historie. A pisałam je na
maszynie. Możecie sobie wyobrazić wyrozumiałość moich bliskich, kiedy
zapamiętale waliłam w klawisze maszyny do pisania, znieczulona na ten
przeraźliwy dźwięk? I te kartki leżą, jak relikwie w piwnicy mojej mamy.
Nikt ich nie zniszczył.
Raz
tylko oberwałam niezłą burę od taty. Na moje pierwsze wagary, proszę wyobraźcie
sobie, wybrałam się do biblioteki. Wypożyczyłam sobie dwie książki, tytułów już
nie pamiętam, i wróciłam z nimi do domu… Nie przewidziałam niestety, że zastanę
tam tatę i dostanę po uszach za przyjście z książką do domu, będąc na wagarach!
Z
czasem zaczęłam poszerzać swój horyzont o moje własne wybory. Zawsze ciągnęło
mnie w kierunku pozycji z dreszczykiem, więc wszystkie horrory i thrillery
chłonęłam do poduszki. Jednak samo czytanie również przestało mi wystarczać,
czułam niedosyt, dlatego zaczęłam notować myśli, które w czytanej pozycji
zwróciły moją uwagę.
Od
tamtej pory upłynęło już trochę czasu, a ja wciąż z sentymentem wspominam
momenty, kiedy kształtująca się we mnie pasja rosła w siłę. Teraz nie notuję
niczego na kartkach, serwetkach ani rękach. Mam kilka zeszytów, które
towarzyszą mi zawsze. To w nich zapisuję swoje pomysły, rozpisuję fabułę i
tworzę moich bohaterów, ich upodobania, charakter.
PISARSKA OTOCZKA
ŻYCIOWE ZAKRĘTY
Ale nie
zawsze tak było. Od czasów liceum, kiedy stworzyłam swoje pierwsze opowiadania
upłynęło sporo czasu. Odsunęłam moje zamiłowanie od siebie. Życie bywa bardzo
kapryśne, ale o tym wiemy. Dopiero w 2013 roku, kiedy jego zakręty zaczęły mi
doskwierać nieco bardziej, usiadłam, wzięłam w rękę długopis i wróciłam do
mojego starego zajęcia. Jednego wieczoru zapomniałam o wszystkim. Pisałam to,
co mi przyszło do głowy. Kolejnego dnia narodził się pomysł na książkę.
Sięgnęłam po komputer i zaczęłam pisać. Wtedy życie przestało straszyć, a ja
znowu mogłam być oparciem dla moich bliskich. I tak już pozostało.
I myślę
sobie, że wszystko w naszym życiu ma swoją wartość i znaczenie. Każdy upadek
wiąże się z koniecznością podźwignięcia się, szukanie odpowiedzi zaowocować
może znalezieniem czegoś więcej. Ja znalazłam. Słowo pisane towarzyszyło mi
odkąd pamiętam. Ale teraz, poza czytaniem tworzę to, co czytają inni.
__________________________________________
Wielkanoc 2017
dom pachnący świętami
Święta Wielkanocne w moim rodzinnym domu budzą we mnie bardzo dobre wspomnienia. Kiedy żyły jeszcze moje babcie, zawsze przyjeżdżały do domu moich rodziców, a to była dla mnie i mojej siostry oznaka nadchodzących wyjątkowo rodzinnych chwil. Nasz dom zaczynał wtedy pachnieć piernikiem, ciastami i potrawami, serwowanymi w dwóch rejonach Polski, na południu i w centrum. Mój tato pochodził z Przemyśla, więc babcia kleiła pierogi ruskie a my z siostrą, jako małe dziewczynki oczywiście podjadałyśmy jej farsz. Nigdy tego nie zapomnę. Babcia miała takie delikatne dłonie. Natomiast mama mojej mamy była specjalistką od pierogów z serem i zawijała ich krawędzie w misterne warkoczyki. A robiła to z niemal artystyczną misternością. Do tej pory, ani moja mama ani tym bardziej my dwie, nie pojęłyśmy tej sztuki. Mój tato natomiast był odpowiedzialny za sprzątanie domu. A był bardzo dokładnym człowiekiem, więc dom po prostu lśnił.
Oczywiście dla nas, jako małych dzieci, Święta Wielkiej Nocy zaczynały się już w momencie pojawienia się babć i pierwszych kulinarnych wonności rozpierzchających się po domu. Trzy przedstawicielki rodów spędzały w kuchni ogrom swojego czasu, dlatego bywało, że w Wielki Czwartek i Piątek do Kościoła chodziłyśmy tylko z rodzicami, podczas gdy babcie odpoczywały. To piękne wspomnienie… Nastrój świąt, aromat i gwar gości, którzy odwiedzali nas wciąż brzmią w moim sercu.
Teraz jestem już mamą. Bardzo poważnie podeszłam do zachowania tradycji w moim domu. Ale nie wyglądają one już tak uroczyście i doniośle, jak kiedyś. Nie stoję w kuchni przez kilka wieczorów i nocy, by przygotować posiłki, bo nie pozwala mi na to czas. Pisanki malują moi chłopcy, mięsa piękną się wieczorami a dom sprzątamy z mężem na spółkę. Ja postawiłam raczej na atmosferę i czas, który mogę spędzić z moimi bliskimi.
Święconka jest naszym rytuałem. Niesiemy do Kościoła dwa koszyczki a potem objeżdżamy okoliczne świątynie, by pomodlić się przy grobach Jezusa. Wspomnienia grzeją moje serce, a tradycja którą wzbogaciłam odwiedzaniem Kościołów bardzo przypadła moim dzieciakom do gustu. W pierwszy dzień świąt, przed śniadaniem, spotykamy się z moją mamą i siostrą na cmentarzu, by spędzić chwilę z tatą. To wyjątkowe chwile, kiedy czas przystaje, a my możemy w końcu powspominać i cieszyć się swoją bliskością nawet, jeśli większa część nas już odeszła.
__________________________________________
Nowy Rok 2017
I mamy 2017 rok. Pośród otaczającego nas huku fajerwerków, których zmasowana ilość oznaczać miała chyba jakość a może nawet rozmiar szczęścia, przekroczyliśmy próg Nowego Roku. Samochodu na TVN nie wygrałam, ku rozczarowaniu mojego starszego syna, koty ze strachu przebiegały między nogami a Wituś z poduszką na głowie, przykryty kołdrą po same uszy modlił się, by w końcu zapanowała cisza. I wymodlił ją sobie.
Zadzwoniłam do mamy z życzeniami, bo taki zwyczaj panuje w tej rodzinie odkąd pamiętam i usiadłam na kanapie. Poza zbliżającymi się urodzinami, niewiele się zmieniło. Zobowiązania pozostają takie same, marzenia na szczęście też. Przeanalizowałam je pobieżnie i moje serce niezmiennie wyrywa się na myśl o upragnionym kącie, gdzieś w mazurskim lesie, z dala od hałasu, tego co trzeba, co powinno się robić a zdecydowanie od tego, co wypada…
I przyszło mi do głowy, że człowiek to jednak wyjątkowo skomplikowane stworzenie. Pośród rozgrywających się tragedii, podłości, na myśl, o których aż skóra na karku cierpnie, potrafimy się cieszyć czymś, co w gruncie rzeczy niewiele zmienia w naszym życiu. Może to nadzieja zagrzewa nas do stanięcia naprzeciw temu, co nadchodzi? My ludzie potrzebujemy nadziei, choć najmniejszej, nawet tej gasnącej. Potrafimy uczepić się jej wątłej iskry i przeć do przodu. I jakoś tak, z chwilą, kiedy zegar wskazuje północ tej jednej, jedynej nocy w roku, zapominamy o tym, co złe, by napełnić serca wiarą, że nowy rok przyniesie poprawę, wyczyści kartotekę złych wspomnień, uleczy, uwolni…
A może to nasza naiwność? Może jesteśmy tak bardzo krótkowzroczni, że tylko wydaje nam się, że co złe jest już za nami? Nowe, znaczy narodziny, a one niosą ze sobą życie, coś pięknego, dobrego i czystego. Może to nasza naiwność przesłania nam oczy, stanowi o wymazaniu tego, co stare i zużyte? Sami ukręcamy łeb hydrze ubiegłorocznych zmór. Co samo w sobie również stanowić może siłę napędową. Bo któż nie chciałby mieć wyczyszczonej teczki swoich przewinień, kto nie marzy o cofnięciu czasu, by wymazać raz na zawsze słowa, które nigdy nie powinny paść, czy kroków, które okazały się zawieść nas w ślepą uliczkę?
Bądź co bądź, wierzę w magię noworocznej radości, naiwność, nadzieję, czy też nie wierzę, kolejny rok mam za sobą. To był piękny rok. Ciężki, wiele łez wylałam nad niesprawiedliwościami, które mnie dotknęły, wielokrotnie moja cierpliwość została wystawiona na próbę. Czasem padło zbyt wiele gorzkich słów, czasem zapomniałam, że nie wypada. Ale zdarzało mi się zrobić więcej niż powinnam, bo tak po prostu trzeba. Kilka osób odeszło z mojego życia z własnej woli, niektórzy wbrew niej. Poznałam wspaniałe osobowości i stałam się dzięki temu bogatsza. Wiele rzeczy zrozumiałam, z wieloma pogodziłam się. W finalnym rozrachunku jestem do przodu.
Ale jedno pozostało we mnie niezmienne- pasja. Na jej rozmiar chyba nikt i nic nie jest w stanie już wpłynąć. Ona tyka. Jak ten zegar, który przybliża nas do kolejnego noworocznego świętowania.
Kości zostały rzucone. Szczęśliwego Nowego Roku.
Czasem w naszym życiu pojawiają się ludzie, których obecności nie spodziewalibyśmy się. Pojawiają się i czujemy się w ich towarzystwie tak, jakbyśmy znali się od lat. Otwierają się przed nami i nawet nie będąc świadomymi tego co czynią, pozwalają nam otworzyć się przed nimi, spojrzeć na to, czym jest relacja między ludźmi z innej perspektywy. Nie należy pakować wszystkich do jednego worka, nie należy oceniać jedną miarą i przekreślać tego, co mają do zaoferowania. Czasem zwykła filiżanka herbaty wypita w tak przyjemnym towarzystwie, zjedzone ciastko, którego jeść się nie powinno, stają się ucztą dla ciała, podczas gdy dusza delektuje się satysfakcją, jaką daje rozmowa. Banalna, nawet nieskomplikowana. Niesamowite, ile przyjemności, korzyści i satysfakcji daje obcowanie z człowiekiem. Muszę podkreślić, co stanowi moje motto- w naszym życiu nic nie dzieje się bez powodu, ludzie, którzy stają na naszej drodze, nie trafiają tam bez przyczyny. Wszystko ma swój cel i znaczenie a do nas należy, czy w czasie, jaki został nam dany, nauczymy się dostrzegać ukryte w otaczających nas zdarzeniach, nawiązywanych znajomościach przesłanie. Jeśli tak, to nasze życie okaże się sukcesem. Wykorzystamy w pełni to, co zostało nam ofiarowane. Jeśli zaś nie, trudno, mamy w końcu tyle, po ile zdecydujemy się wyciągnąć rękę.
To był wspaniały dzień. Upłynął nam na rozmowie, dyskusjach, ploteczkach. Był czas na rozmowę o książkach, dzieciach, życiu. I tego było mi trzeba. I za to dziękuję.
Na naukę nigdy nie jest za późno- Anna Kasiuk
No i odbyło się! Moje pierwsze spotkanie autorskie. A miało
to miejsce 22 września 2016 roku. Pierwszy wniosek, jaki nasunął mi się w
chwili, kiedy data ta zbliżać się zaczęła coraz większymi, nieuchronnymi
krokami brzmiał- łatwiej zdecydowanie pójść na spotkanie autorskie, podziwiać,
zachwycać się, czy po prostu słuchać. Zdecydowanie inaczej mają się sprawy,
kiedy owym autorem, nagle stajesz się ty! Ta świadomość, że będę stała po
jednej stronie stolika a reszta świata po drugiej, ze wzrokiem utkwionym we
mnie, z uszami otwartymi na to, co mówię przerażała mnie. I choć żadne z pytań
nie było zaskoczeniem, dotyczyły bowiem mnie i mojego zajęcia, ten dysonans
trwał do chwili, kiedy owe miejsce za stolikiem zajęłam. I wtedy też narodził
się w mojej głowie kolejny wniosek- zdecydowanie prościej jest zamknąć się w
pieleszach własnego cichego pokoju, pośród sobie znanych zapachów, dźwięków i w
otoczeniu buzującej niczym oranżada wyobraźni i pisać, niż usiąść i opowiedzieć
o tym. Naprawdę tak pomyślałam.
Człowiek jest bowiem tak skonstruowany, gdzieś podświadomie
ma zakodowaną potrzebę akceptacji, choć powierzchownie stara się, by było
inaczej. Bardzo zależało mi, by wypaść jak najlepiej, by przekazać wszystko, co
jest dla mnie inspiracją, by pokazać, że jestem zupełnie zwyczajną kobietą. Nie
było łatwo, dwie znajome, Bożena i Andżelika zrobiły wiele, by owa naturalność,
wyglądała wyjątkowo wyraźnie. Miałam make up, zostałam ufryzowana i bądź
człowieku mądry!
Jednak … Podobało mi się. Było ciepło, atmosfera drgała,
zupełnie jak w książce. Raz na sali brzmiał śmiech, bo okazało się, że
śmieszności w moim życiu też są obecne, raz skupienie zawisło w powietrzu, a za
chwilę powaga towarzysząca tematom przemijania i śmierci, nakazała zachować
absolutne milczenie. A ja brylowałam kąsana stresem, motywowana emocjami
wymalowanymi na twarzach zebranych. Było o Łowiskach, o środowisku wydawniczym,
było o pierwszych wagarach w szkole a Julka odważyła się rozdać wszystkim
uczestnikom niewielkie niespodzianki, które przygotowałam! I o to chodziło!
Udało się wyciągnąć emocje przemiłego grona zgromadzonych na wierzch, o czym
usłyszałam tuż po spotkaniu. Wiele ciepłych słów uznania, pochlebstw, pytań o
plany, uskrzydliły mnie. Może nie taki diabeł straszny, jak go malują? Zabieram
się do pracy, wiele obiecałam ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...
No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...
-
Dobry wieczór! Czas rozwiązać nasz konkurs! Trochę się zapomniałam i trwał on nieco dłużej, niż zakładałam, ale nic nie szkodzi. Dziękuję...
-
No i mamy zwyciężczynie! Bardzo proszę o podanie we wiadomości priv, może być mail, Fb, cokolwiek, adres do wysyłki. Wasze odpowiedzi pody...
-
No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...


















