Wyjątkowe miejsce do czytania Jagody

Dobry wieczór!
Czas rozwiązać nasz konkurs!
Trochę się zapomniałam i  trwał on nieco dłużej, niż zakładałam, ale nic nie szkodzi. Dziękuję za wzięcie udziału w zabawie, Wasze miejsca naprawdę urzekły mnie. To fascynujące, kiedy wiemy, że gdzieś tam, mamy taki skrawek ziemi, który pozwala nam przenieść się w świat wyobraźni. 
Spośród Waszych odpowiedzi wybrałam dwie, które postanowiłam nagrodzić książką. Bardzo proszę o podanie mi adresów do wysyłki we wiadomości prywatnej na FB, bądź w mailu:
Monikę Płatek
Oblicza Rozy
Książek mam dwie i tylko dlatego trzy poniższe Panie otrzymają ode mnie nagrody niespodzianki. Poproszę o adresy:
Paulinę Renik
Małgosię Xxookds
Dark Raven


Gratuluję i bardzo Wam dziękuję za zabawę. Mam nadzieję na kolejne spotkanie z Wami <3






Wielkimi krokami zbliża się premiera III tomu mojej sagi. Nosi on tytuł Jagoda.

W związku z tym, oraz by tradycji konkursów przedpremierowych stało się zadość, ja również przygotowałam dla Was małą zabawę. Uczestnikiem może być każdy. Ten, kto czytał poprzednie części, oraz ten, kto wędrówkę ze światem, który opisuję dopiero zaczyna. Może właśnie od tej części zacznie się nasza przygoda? Któż to wie :-)

Konkurs zaczyna się od dzisiejszego wieczora, czyli od 7 lutego a trwać będzie do 21 lutego, do godziny 21:00, czyli równe dwa tygodnie.

Do wygrania są dwa egzemplarze mojej najnowszej powieści- Jagoda. To będzie nagroda główna dla tych, których odpowiedzi okażą się najbardziej pomysłowe. Do tej wygranej dorzucę jeszcze po jednym z gadżetów, które przygotowałam. A czemu nie :-)

Natomiast trzy inne odpowiedzi, które mnie zaintrygują zostaną nagrodzone zakładkami i eko-torebką z wizerunkiem całej sagi Łowiska.

Teraz, co trzeba zrobić....
Wystarczy w trzech zdaniach, w komentarzu pod postem konkursowym na blogu napisać:

Czy jest miejsce, do którego chcielibyście się udać, by delektować się czytaną powieścią? Oczywiście mam na myśli konkretną powieść :-)

Nie musicie polubić mojego profilu, jeśli jednak zdecydujecie się to zrobić, będę wdzięczna. Nie musicie zapraszać znajomych, ale jeśli to uczynicie, będzie nas tu więcej ;-)

Zapraszam serdecznie do wzięcia udziału w konkursie i do poznania bliżej moich bohaterów!
Powodzenia!

Moje życie, nie moje decyzje

                                                 
 Opowiadanie 

Kochanie…Przechadzał się po niewielkim pokoju swojego mieszkania, które wynajmował w Centrum. Okolica wydawała mu się wystarczająco motywująca, by skupić się na pracy, którą często zabierał ze sobą do domu. A cóż miał robić? Magda, jego żona nie chciała przeprowadzić się do Warszawy. Ona była urodzoną artystką, do pracy potrzebowała ciszy i natury. On zaś, z chwilą kiedy odziedziczył pozycję i odpowiedzialność za rodzinną firmę opadła na jego ramiona niczym królewskie gronostaje, porzucił ciszę, spokój, ich wspólne spacery i przeniósł się do Warszawy. Tu wynajął niewielkie mieszkanie, umeblował je i natychmiast poczuł się jak w swoim wymarzonym świecie. Z tą chwilą zrozumiał, że do takiego świata należał.  Kochanie, powtórzył jeszcze raz, zacierając ręce i pochylając się pokornie do przodu. Miał wyrzuty sumienia, nie był przecież potworem, starał się jej wszystko wynagrodzić. Zarabiał bardzo dobrze, przelewał jej dwie trzecie swojej pensji, kupił terenówkę, żeby mogła przemierzać te swoje ukochane łąki, przestrzenie, które malowała. Różnili się jednak, co zrozumiał, kiedy przyszło mu spędzić pierwszy miesiąc z dala od domu. Ale to nie wpływało na fakt, że wciąż kochał swoją żonę, z całym tym roztargnieniem, które rozkosznie skrzyło w jej spojrzeniu i nadawało jej wydętym niewinnie ustom tak ponętnego wyglądu. Kochał ją i nigdy nie zamierzał porzucić, ale…. Cóż, odległość dzieląca ich, czyniła niemożliwym ciągłe pojawianie się w domu, a co za tym idzie spełnianie wszystkich małżeńskich obietnic, jakie sobie złożyli. Miał kochankę. Właściwie to nawet nie była kochanka, tylko koleżanka z firmy współpracującej z jego. Nic ich nie łączyło poza seksem. Ona, powtarzał to często patrząc w lustro, też mieszkała z dala od swojego chłopaka.
Opadł na rozłożyste łóżko, które wciąż pachniało jej gorącym ciałem. Kącik ust powędrował natychmiast do góry na wspomnienie ciała Ewy. Wciągnął powietrze ustami i podniósł się z łóżka przywołując się do porządku. Była Wigilia, a on musiał zadzwonić do żony i poinformować ją, że przyjedzie do domu dopiero następnego dnia. Zacisnął powieki i znowu zaczął przemierzać długość pokoju. Ściskał telefon. Jego spocone dłonie drżały, kiedy wybierał numer telefonu do Magdy.
- Kochanie? To ja…- Zatrzymał się i oparł czoło o chłodną taflę szyby. Przemieszczające się ulicami samochody wyglądały jak paralityczne owady, chaotycznie poruszające się wydrążonymi korytarzami zatłoczonych ulic. Była Wigilia, a Warszawa wciąż tętniła światłami przemieszczających się, w tę i z powrotem aut.
- Cześć Tomek.- Jej głos brzmiał sucho, przeczuwała z czym dzwonił.
- Jak twój obraz? Uchwyciłaś klimat, o jaki ci chodziło?- Zaczął i lekko uderzył głową w szybę. Brzmiał idiotycznie.
- Zaprosiłam moją siostrę z jej chłopakiem. Nie będę sama, jeśli o to chcesz zapytać. Oczywiście będzie mi przykro, że siedzę przy stole bez ciebie, ale nie to mnie złamie.
- Magdusiu, ja naprawdę muszę zostać. Tylko ten jeden dzisiejszy dzień. Jutro z samego rana przyjadę. To wszystko przez tę fuzję, pamiętasz? Mówiłem ci… Zaraz po Nowym Roku..
- Tak, mówiłeś. Rozumiem. Cały czas trzymam kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia. Ciężko pracowałeś na swój sukces.
- Kocham cię Magduś…
- Ja też cię kocham Tomek. – W telefonie zastukało coś i jej głos nagle wydał mu się tak bardzo odległy, smutny.
- Jeśli uda mi się, zbuduję nam na wsi piękny, ogromny dom, będziesz żyła jak królowa. Będziemy mieli dzieci, psa i dwa koty. Tak, jak chciałaś kochanie. Pamiętasz?
- Tak Tomek, pamiętam… Pamiętam też, że obydwoje tego chcieliśmy. A teraz jest inaczej a ty brzmisz… Cóż, jak ktoś, kto się tłumaczy. Kocham cię. Ale jeśli nie będzie cię obok mnie jutro, moja miłość może odejść w niepamięć. To są święta, dotąd spędzaliśmy je razem. Rozumiem, że masz fuzję. Nie podważam tego, co mówisz, ale nie jestem głupia, Tomku. Mija rok, zdążyłam już ochłonąć i trochę inaczej patrzę na nas. Pamiętaj o tym. Masz czas do jutra.
- Przyjadę. Muszę tylko zebrać wszystko do kupy i jutro jestem w domu, kochanie.
- Do jutra zatem. Albo nie przyjeżdżaj już więcej…- Rozłączyła się. Poczuł pustkę, ale za chwilę ulga wyparła to przykre uczucie bardzo skutecznie. Odrzucił telefon na łóżko, wypił resztę zimnej już kawy i pogwizdując włożył płaszcz, otulił się wełnianym kominem i wyszedł przed budynek apartamentowca.
- Kurwa…- Zaklął pod nosem, kiedy uświadomił sobie, że telefon i portfel zostały na łóżku. Zadarł głowę do góry i spojrzał na równą ścianę szklanego domu, w którym mieszkał.
- Co? Zapomniał pan dokumentów?- Usłyszał tuż obok siebie. Spojrzał w twarz niskiego, nieco szpetnego mężczyzny, mijającego go powolnym krokiem. Stary uśmiechał się, ale jego śmiech niewiele miał wspólnego z radością. To była raczej satysfakcja płynąca z czyjegoś potknięcia. Tomasz znał to uczucie, często odczuwał przyjemne mrowienie, kiedy jego kontrahenci potykali się o swoje przyduże, szykowne buty, wychodząc w pośpiechu z jego biura i umykając w ten sposób przed palącym smakiem porażki. Tomasz westchnął głośno, czując dumę rozpierającą jego pierś. Był zwycięzcą. Starzec wykrzywił usta i przytaknął kilkakrotnie, zupełnie, jakby dane mu było słyszeć myśli łechcące pęczniejące ego Tomasza.
- Niech się pan nie wraca. Nie warto, to i tak niczego nie zmieni.- Mrugnął porozumiewawczo i bujając się niezdarnie na boki poszedł w swoją stronę. Tomasz wzdrygnął się patrząc za starcem i zszedł do garażu. Właściwie telefon nie był mu do niczego potrzebny. Była Wigilia, więc i tak nie miał zamiaru dzwonić do nikogo. Wszystko, co miał omówić, dawno zrobił. Potrzebował zaledwie kilku godzin, by przygotować pozostałą dokumentację i mógł wracać do domu. Jego BMW sunęło leniwie Złotą, ciepło cicho sączące się do środka i jakaś spokojna kolęda wprawiały go w zupełnie przyjemny świąteczny nastrój. Zanim zorientował się, zaczął nucić melodię uderzając palcami o kierownicę.
Wtem jednak, dziwny, narastający dźwięk zagłuszył spokojne tony płynące z radia. Gwałtowne uderzenie chłodu spadło na niego, jak zimny strumień wody. Tomasz zaczerpnął głęboki oddech i prężąc się do tyły uderzał otwartymi dłońmi na oślep.
Rosnący w dalszym ciągu dźwięk, świszczał niemiłosiernie, drażniąc go i powodując dziwne uczucie kurczenia się powierzchni samochodu, w którym siedział. W końcu wszystko ucichło. Tomasz był jednak tak zmęczony, że nie miał nawet siły otworzyć oczu. Próbował, pod powiekami migały mu plamy jasnego światła i gasły. Jedynie dotykający go chłód nie opuszczał go nawet na chwilę. Próbował się podnieść, ale jego ciało bezwładnie spoczywało na czymś twardym, dodatkowo unieruchomione uciskającą obręczą otaczającą ciasno jego szyję.  I nagle zrobiło się zupełnie cicho a jego przepełnił absolutny spokój. Chłód ustąpił, świszczący wokół dźwięk ustał, a Tomasz odetchnął z ulgą i wsłuchany w równo brzmiące uderzenia swojego serca, spoczywał bez ruchu na miękkim posłaniu. Miał opuszczone powieki i analizował w skupieniu, czy podjąć próbę ich otwarcia. Nie wiedział bowiem, gdzie znajdował się, co się stało i w końcu, co zastanie, kiedy otworzy oczy. O ile w ogóle zdoła je otworzyć.
 - Czy pan śpi?- Usłyszał w końcu przerywający panującą wokół ciszę głos. Odniósł wrażenie, jakby już słyszał ten głos. Naturalnie poczułby się bezpieczny, jednak ten głos budził w nim raczej niezbyt przyjemne skojarzenia. Przełknął jedynie i wytężył słuch jeszcze bardziej, chcąc zidentyfikować dobiegający go dźwięk głosu.
- Hi, hi. Niezbyt ciekawa Wigilia zapowiada się, drogi panie. Zamiast dojechać tam, dokąd zmierzał pan, leży pan tutaj. Zastanawia się pan, dokąd trafił? Hę?- Tomasz zacisnął powieki, tym razem próbując przypomnieć sobie rzeczywiście, co mogło się wydarzyć. Jechał przecież do pracy…
- No tak… Ale miał pan wypadek. Pana samochód stoi już na parkingu i pewnie przyjdzie panu słono zapłacić za jego postój. Ale co to dla pana, nieprawdaż? Przecież jest pan właścicielem prężnie działającej firmy. I o ile nie mylę się, szykuje się jakaś fuzja? Kilkaset kolejnych osób straci pracę… Pamięta pan tego mężczyznę? No? Tego, który sprzątał w pańskim biurze. Chwileczkę, jak on się nazywał? Błażej Sierota. Czy on się tak nazywał? A może tak nazywali go pańscy pracownicy? Żeby mu dokuczyć.
- Kim pan jest?- Zdołał w końcu wydusić Tomasz. Miał spierzchnięte usta a gardło bolało go, kiedy silił się, by wycisnąć z siebie tych kilka słów.
- Kim jestem? Znam pana aż nadto dobrze. I niech tak pozostanie.
- Czego pan ode mnie oczekuje dręcząc mnie?
- Dręcząc? Pana? Dręczę… Pana… Podoba mi się.- Z oddali dobiegł Tomasza chichot i pocieranie jakiejś materii, co uznał za dotyk starczej skóry dłoni pocieranych jedna o drugą.- Zwolnił pan tego biedaka, bo został posądzony o kradzież pieniędzy.
- Skąd pan to wie?- Jęknął Tomasz.
- Tego Błażeja Sierotę też znam. A raczej znałem, bo kilka dni później popełnił samobójstwo. O, nie wiedział pan? Owszem, tak zrobił. Mieszkał ze starą, schorowaną matką a pozbawiając go pracy i wystawiając mu opinię złodzieja, uczynił go pan bezwartościowym na rynku pracy. Kiedy umierał, płakał z rozpaczy i żalu nad losem swojej matki.
- Kłamie pan…- Tomasz poczuł zimny pot spływający po jego czole. Przypomniał sobie Błażeja. Rzeczywiście zwolnił go dyscyplinarnie z powodu kradzieży pieniędzy.
- Nie, nie kłamię. Nie tym razem, przynajmniej. Nie muszę kłamać. Pan dostarcza mi wystarczająco dużo atrakcji. Błażej Sierota nie ukradł tych pieniędzy. Zrobiła to pańska sekretarka. Powinien był pan sprawdzić zapis kamer.  Ale nie znalazł pan na to czasu. A ona pozostaje bezkarna i wciąż kradnie. Nie zauważył pan w jej dokumentach medycznych wzmianki o jej skłonnościach? Ach! Pan wcale nie widział jej dokumentacji medycznej!- Ponowny chichot i tym razem lekkie skrzypienie pocierania, jakby kory drzewnej zmroziło plecy Tomasza.
- Czy może mi pan pomóc? Proszę wezwać pomoc. Ja muszę poinformować żonę o tym wypadku. Ona będzie na mnie czekała. Są święta…- W pokoju zapadła cisza. Tomasz uchylił niepewnie oczy, jednak ogarniająca go wokół ciemność opadła zasłoną na wszystko, co otaczało go.- Nic nie widzę…
- Bo jest pan w szoku. A może stracił pan wzrok? Nie wiem, nie jestem lekarzem.
- A czy może pan zadzwonić po lekarza?- Jęknął potulnie.
- Zapomniał pan telefonu, jak zamierza pan poinformować żonę o wypadku? Przecież nie zna pan nawet numeru telefonu do niej? Co innego z Ewą…. Gorąca z niej sztuka. Gdybym był nieco młodszy, sam poobracałbym jej płonące ciało. Powiem panu, tak między nami, że to bardzo otwarta dziewczyna. I towarzyska.- Chichot mężczyzny przeszedł w gardłowy pomruk.- Ale nie będę psuł panu wspomnień. Może one ogrzeją pana w nadchodzące, długie zimowe wieczory, bo chyba nie ma pan wątpliwości, co do tego, że pańska żona nie dotrzyma słowa? Ona doskonale zdaje sobie sprawę, że zdradza ją pan. Pojechał pan raz do domu w koszuli, na której gorąca Ewcia zostawiła swój zapach i dotyk. Ale z pana nierozważny mężczyzna. Doprawdy…
- Mam tego dość! Nie chcę już tego słuchać. Skąd pan wie to wszystko? Jest pan moim pracownikiem? To niemożliwe. Nie poznaję pańskiego głosu, choć wydaje mi się, że już gdzieś go słyszałem. Kim pan jest?
- Nie o mnie rozmawiamy, tylko o panu. Czy myśli pan, że pańska żona wybaczy mu kolejne wymówki? Czy wie pan o jej wystawie po Nowym Roku? Tak! Udało jej się! Będzie miała swoją wystawę! Tę samą, o której tyle panu opowiadała na początku roku. Potem przestał pan pytać, jej życie przestało pana ekscytować. Tak bardzo pochłonęło pana zdobywanie pieniędzy.
- Jest pan podły!- Warknął Tomasz zaciskając dłonie w pięści. Poczuł przypływ siły, a złość wstrząsała jego leżącym na łóżku ciałem.
- Ja? Podły? Doprawdy, z ust człowieka, który porzuca piękną, utalentowaną żonę na rzecz łatwej, gotowej zrobić wszystko, by się wybić dziewczynki, jaką jest Ewa, to żadna obelga. Ja nie zwolniłem niewinnego człowieka, dla którego praca w pańskiej firmie była jedyną radością w życiu, bo na nic innego nie miał odwagi się zdobyć. Poza tym, jeśli sądzi pan, że ta fuzja przyniesie panu grube miliony, jest pan po prostu w błędzie. Straci pan żonę, nigdy nie osiągnie szczytu, zawsze będzie pan w połowie drogi do wymarzonego sukcesu! A wie pan dlaczego tak będzie? Bo to jest typowe dla tak pustych w środku ludzi. Pan jest pozbawiony ludzkich uczuć i skończy pan, jak inni panu podobni!- Tomasz zacisnął na powrót powieki, jego nozdrza zaczęły falować rozwierając się zdecydowanie, kiedy nabierał powietrza w obolałe płuca. Z jego ust wyrwało się najpierw ciche, podobne do zranionego szczenięcia skomlenie, by za chwilę ten dźwięk nabrał mocy i brzmiał coraz bardziej donośnie. Gdzieś obok, w dalszym ciągu, słychać było skrzekliwe postękiwanie starca. Tomasz przypomniał sobie już gdzie słyszał ten głos! To był starzec pod jego apartamentowcem! Kiedy uświadomił sobie ten fakt, a jego absurdalność wydała mu się tak zaskakująca, że uwierzył w możliwość jej istnienia, jego krzyk przeszedł w gardłowe charczenie i pisk.
- Bardzo dobrze! Tak powinien pan zrobić już dawno! Proszę teraz otworzyć oczy, wsiąść do samochodu i pojechać do żony i naprawić to, co jeszcze można naprawić.
                W pokoju było ciemno, kiedy Tomasz wstał z łóżka, wyszedł do łazienki i wziął prysznic. Miał okropny sen i chciał pospiesznie zmyć go z siebie. Dochodziła piąta rano. Postanowił przygotować raport po świętach, w domu, gdzie czekała na niego Magda. Wyszedł ponownie do sypialni i odsuwając zasłony rzucił pospiesznie.

- Wstawaj Ewa. Idź do siebie. I usuń mój numer telefonu z komórki.- Poczekał, aż zaskoczona kobieta podniosła się z łóżka i w końcu zamknął za nią drzwi. Dopiero wtedy usiadł na krześle w kuchni i zapalił papierosa. Płuca piekły a w głowie wciąż brzmiał ten przerażający odgłos starczego, skrzeczącego głosu: Proszę naprawić to, co jeszcze można naprawić… Zapisał na kartce nazwisko Sierota i ściskając w dłoni klucze do swojego BMW wyszedł pospiesznie z domu. Już stojąc w windzie spojrzał na zegarek i uśmiechając się niepewnie pomyślał, że zdąży dojechać, kiedy Magda będzie jeszcze spała. Zrobi jej niespodziankę…

Na naukę nigdy nie jest za późno- Agnieszka Lingas-Łoniewska 4/11/16, Aleksander Rogoziński 10/11/16

Listopad, miesiąc zadumy i refleksji. W tym okresie zdecydowanie bardziej pochylamy się nad nurtującym odwiecznie tematem przemijania, śmierci i zastanawiamy się, co nas czeka tam, po drugiej stronie. To prawda.

Ja w tym miesiącu byłam na dwóch spotkaniach autorskich i pierwsze przemyślenia, jakie mnie naszły, dotyczyły sposobu, w jaki idziemy przez nasze życie. Zawsze powtarzam moim dzieciakom, jak bardzo istotne jest, by patrząc w lustro na koniec dnia, mieć powody do dumy. Jeśli nie zaś do dumy, bo to doprowadziłoby nas w końcu do próżności, to przynajmniej, by mieć powody do zadowolenia. Człowiek zadowolony, to człowiek szczęśliwy i spełniony, nieprawdaż?

Alek Rogoziński, od niedawna znany również, jako Alex, dzięki premierze How to kill you, darling, dał się poznać właśnie z tej strony. Człowiek pogodny, tak pozytywny, że wszystko, co mnie nęka, w jego otoczeniu zdaje się chować gdzieś tam w cieniu optymizmu tego autora. Na spotkaniu Alka ubawiłam się przednio. Już zanim zaczął opowiadać, udało nam się zamienić kilka słów, dla mnie bezcennych. W trakcie zaś spotkania, atmosfera zdawała się być coraz cieplejsza. Alek ma niesamowitą zdolność do podgrzewania nastroju swoimi opowieściami, historiami z życia wziętymi a przede wszystkim jedna bezwzględnie sympatię dzięki dystansowi, z jakim podchodzi do siebie i swojej pracy. Będąc pod wrażeniem spotkania w Legionowie zabrałam się za czytanie How to kill you, darling w oryginale… Wrażeniami podzielę się, a jakże.

Co jeszcze jest ważne, poza otwartością, optymizmem i poczuciem humoru?
Empatia. A tego ogromną dawkę otrzymałam będąc na spotkaniu z Agnieszką Lingas-Łoniewską. Oczywiście spóźniona, czego naprawdę nie znoszę, wpadłam do biblioteki, co nie pozostało niezauważone. Od razu jednak wtopiłam się w ciepłą, przyjemną i niesamowicie przyjazną atmosferę tego spotkania. Agnieszka, niczym wirtuoz nie tylko opowiada o skrajnych uczuciach w swych powieściach, ona wydobywa wspomnienie tych uczuć, które drzemie gdzieś na dnie naszych serc. Czy to nie jest istotne? Pamiętacie Małego Księcia? Pamiętacie historie o wężu, który zjadł słonia i trawił go przez wiele miesięcy. Jak wielu z nas patrząc na ten rysunek ujrzałoby słonia w brzuchu węża? Rozumiecie, co mam na myśli?


Autor jest jak drogowskaz, jego książka zaś to mapa. Pamiętajmy zatem, sztuką jest stanąć wieczorem przed lustrem i z nadzieją patrzeć w naszą przyszłość.

Pożegnanie


Opowiadanie
W tej chwili pamiętam już tak niewiele. Kiedy przyszłam na świat, błądziłeś po omacku, dopiero ucząc się być wzorem. Czynności, których nigdy nie musiałeś wykonywać, stały się chlebem powszednim, co nierzadko potrafiło przerosnąć. Ale tego nie pamiętam. Nie mam prawa tego pamiętać, bo moja świadomość tamtego okresu zniknęła, jak za dotknięciem anielskiego palca odciśniętego nad górną wargą. Pamiętam jednak samochody! Zawsze obecne w moim życiu. Kupowałeś mnie i mojej siostrze samochodziki, tak bardzo chciałeś mieć syna. Zamiast bawić się lalkami, jeździłyśmy resorakami po kałużach wydając przy tym dźwięki, których nie powstydziłby się niejeden chłopiec. Pamiętam też Twoich kolegów. Czasem wciąż zdarza mi się spotkać któregoś z nich, kiedy jestem na zakupach. Widzimy wtedy Ciebie i dlatego nagły entuzjazm szybko spływa po nas, w rezultacie czego mijamy się udając, że w ogóle się nie znamy. Na szczęście widuję ich coraz rzadziej a ich twarze z każdym rokiem stają się coraz bardziej delikatne, wiotkie. Może ta świadomość nakazuje nam schodzić sobie z drogi?

W tej chwili naprawdę pamiętam już tak niewiele. Kilka drobiazgów. Na przykład ten, że nic nie stanowiło dla Ciebie problemu. Brałeś od życia, to, co dawało. Nie bałeś się wyzwań ani ciężkiej pracy, często przygnębiająca codzienność znaczyła Twoją twarz zmęczeniem, zdarzało się, że wracałeś do domu, kiedy już spałyśmy. Pamiętam jednak, że miałeś ciepły głos, którego brzmienie, samo w sobie pozwalało mi czuć się bezpieczną. Siadałeś z mamą i rozmawialiście… Długo. O sprawach, których wtedy nie rozumiałam. Wiedziałam jednak, że mogę na Ciebie liczyć, w każdej sytuacji byłeś gotów stanąć w mojej obronie bez względu na konsekwencje. Byłeś moją tarczą, osłaniałeś przed okrucieństwem tego świata, pokazywałeś, co to znaczy kochać wbrew innym. Nauczyłeś mnie, jak sobie poradzić w trudnych sytuacjach, bym nie musiała wyciągać ręki po pomoc. Nauczyłeś mnie być kobietą silną i dumną, ale nigdy nie wstydziłeś się łez, gdy cierpienie innych przerastało Cię. Stawałeś się wtedy dla mnie jeszcze ważniejszy. Chciałam się Tobą opiekować, ochronić Cię przed bólem. Pamiętam, kiedy umarł Twój tato i Twoja mama. Pamiętam, co wtedy powiedziałeś. Byłam przy Tobie i nie płakałam. Wtedy to ja musiałam być silniejsza, tego ode mnie oczekiwałeś.

Teraz pamiętam już bardzo niewiele. Czas okradł mnie ze wspomnienia Twojego mocnego głosu, dotyku Twoich dużych i ciepłych dłoni, których szukałam przez wiele lat ściskając dłonie innych mężczyzn. Wiesz, że żadna z nich nie przypominała Twojej? Szorstkiej i silnej, gotowej osłonić mnie przed błędami, dźwigającej, kiedy upadałam pod ciężarem dorosłości. Nie pamiętam już Twojego zapachu, choć w domu wciąż stoją Twoje perfumy. Ich zapach uleciał jednak, zupełnie jak Twoje życie tamtego popołudnia.
Przez wszystkie lata naszego wspólnego życia, stałeś się moim wzorem. Byłeś silny, odpowiedzialny, oddany swojej rodzinie. Byłeś niezniszczalny… Póki byłeś obok, mogłam czuć się bezpieczna, beztroska… I tak miało być zawsze, obiecywałeś. Chciałeś mieć syna, dałam Ci dwóch wnuków, są do Ciebie bardzo podobni i choć nie mogą Cię pamiętać, jestem pewna, że poznaliby Cię w tłumie. Wiedzą jaki byłeś, kim byłeś dla mnie. Wiedzą o Tobie wszystko to, co ja wiedziałam.
Jednak odszedłeś.  Bez zaszczytów, po cichu i w samotności. Byłam wtedy przy Tobie, kiedy szeroko otwartymi oczami wpatrywałeś się ponad moją twarzą w boskie oblicze. Prosiłam, błagałam, ale tym razem nie słuchałeś mnie. Wybrałeś się w tę drogę sam, zupełnie sam. Zostawiając nas trzy nagie, bezbronne w objęciach świata, który nagle zwrócił swoje oblicze w naszą stronę. Ale nie bałam się, bo nauczyłeś mnie, jak pewnie, z odwagą kroczyć jego ścieżkami. Teraz, kiedy Ciebie już nie ma, ja stałam się dla moich dzieci taką ostoją, jaką Ty byłeś dla mnie. Dbam o ich dobro i gotowa jestem poświęcić wszystko, co mam, by zapewnić im bezpieczeństwo i szczęście. Chronię, jak Ty chroniłeś, uczę, jak Ty uczyłeś i kocham. Bezgranicznie.
A Ty odpoczywaj. Mój kochany, niezniszczalny Tato. Buduj tam wysoko dom z wielkim ogrodem, by pomieścił nas wszystkich, bo z pewnością się kiedyś spotkamy. Zasiądziemy wtedy przy ogromnym stole, pod rozłożystymi parasolami jabłoni i w cieniu modrzewi, w Twoim ogrodzie i będziemy opowiadali sobie historie, które pisał czas, podczas naszej rozłąki. Przypomnę sobie wtedy dotyk Twoich ciepłych dłoni, zapach i kojący głos, którego w dalszym ciągu bezskutecznie szukam. Do zobaczenia.
                                                                          Pamięci mojego Taty  31 października 2009 roku


Co nowego?

Nowy Rok 2018
I nadszedł. Właściwie mija, kolejny rok. To był bardzo dobry rok. Co prawda obfitował w kilka zaskakujących zdarzeń, trochę wylanych łez i nieskończone pokłady zszarpanych nerwów, ale był dobry. 
Poznałam wiele wspaniałych osób, które zaraziły mnie jeszcze większą miłością do życia, odświeżyłam znajomość z ludźmi, z którymi kiedyś łączyło mnie wiele, ale życie postanowiło rozłączyć nas na kilka lat. Jednak ich wspomnienie spoczywało gdzieś na dnie serca i czekało na to, bym ocknęła się. I tak też się stało. Zdobyłam się również na jedną refleksję, w oparciu o wydarzenia, jakich dostarczył mi ten kończący się rok. Mianowicie, uwierzyłam, że w ludziach wciąż drzemie dobro i potrzeba bliskości. Jesteśmy tymi samymi, wrażliwymi istotami, które tylko skryły te delikatne wnętrza pod skorupami niedostępności. Zdobyłam się na odwagę i pozwoliłam sobie na zatrzymanie się na dłużej nad istotą przyjaźni i tej zwyczajnej ludzkiej bliskości. Było warto. Jestem dzięki temu odważniejsza i patrzę w przyszłość z nieco większym optymizmem i pewnością. Dociera do mnie powoli fakt, że niektóre zmiany są konieczne, a tkwienie w tym samym punkcie nie służy mi. Mam nadzieję, że moje przemyślenia nie zwiodą mnie na krawędź, której zawsze tak bardzo się bałam. 
Kończący się rok będę pamiętała również z powodu podjętych decyzji, które mają umożliwić mi oddanie się mojej pasji bez reszty. Dobrze jest wiedzieć, czego się w życiu pragnie. Dobrze jest być pewnym podejmowanych kroków i wierzyć w słuszność dokonywanych wyborów. Jedna z moich koleżanek powiedziała mi ostatnio, że w życiu trzeba czasem posprzątać. Wyrzucić z niego te wspomnienia, które niepotrzebnie bolą, pozbyć się towarzystwa ludzi, którzy wysysają optymizm a czasem nawet zmienić kierunek drogi, który dotąd wydawał się słuszny. I tego właśnie dokonałam, posprzątałam w moim życiu. Nowy Rok jest dla mnie zupełnie nowym rozdziałem, zaczynam nowe życie i zamierzam kolekcjonować tylko te wrażenia, które będą wpływały na mnie pozytywnie.

Kości zostały rzucone. Szczęśliwego Nowego Roku!


27 Festiwal Mozartowski w Warszawie
30,06,17
Nigdy nie ukrywałam, że jestem zwolenniczką muzyki o ciężkim brzmieniu. Uwielbiam zdecydowane dźwięki, ciężkie uderzenia basu, harmonijnie brzmiącą gitarę elektryczną i rytmiczną perkusję. Bez względu na to, w jakim jestem nastroju, to muzyka dźwiga mnie, bądź uspokaja.
A 30 czerwca dostałam prezent imieninowy. Co prawda trochę wcześniej, ale nie to jest istotne. Moja córka obdarowała mnie biletem na koncert Mozarta Requiem D-Moll. Z muzyką poważną również mam styczność, to do niej piszę między innymi. Jest nastrojowa i bardzo klimatyczna.  I pojechałyśmy. We dwie. Piękne, wystrojone i nastrojone. Świadomość, że taki koncert różni się od tych, w których dotychczas uczestniczyłyśmy, towarzyszyła nam od początku.
I to była połowa sukcesu! Panująca w Kościele atmosfera podgrzewała nastrój oczekiwania, przyciszone rozmowy ludzi, którzy, nawet mówiąc o muzyce poważnej, brzmieli jakoś tak inaczej, z czułością, jakby w ich sercach te dźwięki rozbrzmiewały bez przerwy, przysparzały nam tego specyficznego dreszczyku. Nagle poczułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie, jakby krynoliny, sztywne i szeleszczące suknie były czymś zupełnie naturalnym!
Najpierw swoje miejsca zajęła orkiestra... Nastała cisza i tylko pojedyncze dźwięki poszczególnych par instrumentów rozbrzmiewały coraz głośniej, jednej skrzypaczce pękła struna, co było dla nas czymś niebywałym! Wszystkie oczy zwróciły się w stronę tej kobiety, ale nikt nie okazywał zniecierpliwienia, znudzenia. Wszyscy wpatrywali się w jej uśmiechnięte oblicze i oczekiwali aż instrument będzie sprawny. Następnie przed ołtarzem pojawił się chór. Kamienne twarze wpatrzone ponad słuchaczami, gładko zaczesane chórzystki, wszystkie w czarnych kreacjach z ustami podkreślonymi czerwonymi pomadkami wyglądały po prostu bajecznie, ich łabędzie szyje wyciągnięte wysoko i oczy wpatrzone w dyrygenta. Cóż to za persona! Około 60 osób wpatrzonych w tę jedną osobę, która za pomocą gestów i energicznych potrząśnięć batutą wskazywała kierunek i natężenie ich podążania. Niebywałe! Jedna osoba, wprawiła w życie tyle gardeł, tchnęła moc w tak wiele instrumentów a w końcu wywołała takie emocje u nas- słuchaczy.


I było cudownie! Było nieziemsko, bajecznie. Pasja to jest najwspanialszy dar, jakim człowiek może zostać obdarowany. Z przyjemnością podziwiałam emocje malujące się na twarzach chórzystów, skupienie wyryte w spojrzeniach instrumentalistów. I na chwilę zapomniałam o całym świecie, pozwoliłam się porwać muzyce, unieść ponad moje krzesełko i wznosić się. Przez 50 minut byłam w innym świecie...
Mam wspaniałą córkę. Nie zapomnę takiego prezentu.


__________________________________________
30,06,17
Słów kilka o początkach...
Słowo pisane towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Odpowiedzialność za ten fakt ponosi mój tato. Zaszczepił we mnie najpierw zamiłowanie do czytania, to dzięki niemu poznałam wszystkie historie Winetou i powieści Jacka Londona. Czytałam nawet komiksy o Hansie Klossie i inne, równie dziewczęce pozycje. Ale nikomu to nie przeszkadzało. Mnie ani mojemu tacie na pewno.


Z KSIĄŻKĄ NA WAGARY
POETYCKA DUSZA
Już jako licealistkę pchnęło mnie w kierunku poezji. Wygrałam nawet jeden z konkursów organizowanych przez moją szkołę. Pisałam wiersze, notowałam swoje myśli na każdym dostępnym fragmencie papieru. Część z nich ginęła, część wyrzucano. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Kiedy jednak w klasie maturalnej poczułam „to coś”, nie potrafiłam skupić się na niczym innym. Nocami uczyłam się do matury, a w ciągu dnia pisałam moje pierwsze historie. A pisałam je na maszynie. Możecie sobie wyobrazić wyrozumiałość moich bliskich, kiedy zapamiętale waliłam w klawisze maszyny do pisania, znieczulona na ten przeraźliwy dźwięk?  I te kartki leżą, jak relikwie w piwnicy mojej mamy. Nikt ich nie zniszczył.
Raz tylko oberwałam niezłą burę od taty. Na moje pierwsze wagary, proszę wyobraźcie sobie, wybrałam się do biblioteki. Wypożyczyłam sobie dwie książki, tytułów już nie pamiętam, i wróciłam z nimi do domu… Nie przewidziałam niestety, że zastanę tam tatę i dostanę po uszach za przyjście z książką do domu, będąc na wagarach!
Z czasem zaczęłam poszerzać swój horyzont o moje własne wybory. Zawsze ciągnęło mnie w kierunku pozycji z dreszczykiem, więc wszystkie horrory i thrillery chłonęłam do poduszki. Jednak samo czytanie również przestało mi wystarczać, czułam niedosyt, dlatego zaczęłam notować myśli, które w czytanej pozycji zwróciły moją uwagę.
Od tamtej pory upłynęło już trochę czasu, a ja wciąż z sentymentem wspominam momenty, kiedy kształtująca się we mnie pasja rosła w siłę. Teraz nie notuję niczego na kartkach, serwetkach ani rękach. Mam kilka zeszytów, które towarzyszą mi zawsze. To w nich zapisuję swoje pomysły, rozpisuję fabułę i tworzę moich bohaterów, ich upodobania, charakter.
PISARSKA OTOCZKA
Udało mi się w końcu stworzyć miejsce, gdzie panuje odpowiedni klimat, gdzie wystarczy, że usiądę, a nastrój przychodzi sam. Piszę z reguły wieczorami i nocą, kiedy moje dzieciaki już śpią. Nie muszę wtedy odrywać się od mojego drugiego, równoległego świata. Wystarczy mi komputer, kubek z herbatą i muzyka. Ta stanowi bowiem nierozerwalne tło do opisywanych historii. Towarzyszy mi widok drzew za oknem, bo przyroda i nasza współzależność odgrywają ogromne znaczenie w moich powieściach. Kiedy wyjeżdżam, komputer jest zawsze ze mną i nie potrzebuję całej tej otoczki, by poczuć towarzyszący mojej pasji dreszczyk. To jest już fragment mnie, moja codzienność, z której nie potrafię zrezygnować.
ŻYCIOWE ZAKRĘTY
Ale nie zawsze tak było. Od czasów liceum, kiedy stworzyłam swoje pierwsze opowiadania upłynęło sporo czasu. Odsunęłam moje zamiłowanie od siebie. Życie bywa bardzo kapryśne, ale o tym wiemy. Dopiero w 2013 roku, kiedy jego zakręty zaczęły mi doskwierać nieco bardziej, usiadłam, wzięłam w rękę długopis i wróciłam do mojego starego zajęcia. Jednego wieczoru zapomniałam o wszystkim. Pisałam to, co mi przyszło do głowy. Kolejnego dnia narodził się pomysł na książkę. Sięgnęłam po komputer i zaczęłam pisać. Wtedy życie przestało straszyć, a ja znowu mogłam być oparciem dla moich bliskich. I tak już pozostało.
I myślę sobie, że wszystko w naszym życiu ma swoją wartość i znaczenie. Każdy upadek wiąże się z koniecznością podźwignięcia się, szukanie odpowiedzi zaowocować może znalezieniem czegoś więcej. Ja znalazłam. Słowo pisane towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Ale teraz, poza czytaniem tworzę to, co czytają inni.
__________________________________________

Wielkanoc 2017
 dom pachnący świętami
Święta Wielkanocne w moim rodzinnym domu budzą we mnie bardzo dobre wspomnienia. Kiedy żyły jeszcze moje babcie, zawsze przyjeżdżały do domu moich rodziców, a to była dla mnie i mojej siostry oznaka nadchodzących wyjątkowo rodzinnych chwil. Nasz dom zaczynał wtedy pachnieć piernikiem, ciastami i potrawami, serwowanymi w dwóch rejonach Polski, na południu i w centrum. Mój tato pochodził z Przemyśla, więc babcia kleiła pierogi ruskie a my z siostrą, jako małe dziewczynki oczywiście podjadałyśmy jej farsz. Nigdy tego nie zapomnę. Babcia miała takie delikatne dłonie. Natomiast mama mojej mamy była specjalistką od pierogów z serem i zawijała ich krawędzie w misterne warkoczyki. A robiła to z niemal artystyczną misternością. Do tej pory, ani moja mama ani tym bardziej my dwie, nie pojęłyśmy tej sztuki. Mój tato natomiast był odpowiedzialny za sprzątanie domu. A był bardzo dokładnym człowiekiem, więc dom po prostu lśnił.
Oczywiście dla nas, jako małych dzieci, Święta Wielkiej Nocy zaczynały się już w momencie pojawienia się babć i pierwszych kulinarnych wonności rozpierzchających się po domu. Trzy przedstawicielki rodów spędzały w kuchni ogrom swojego czasu, dlatego bywało, że w Wielki Czwartek i Piątek do Kościoła chodziłyśmy tylko z rodzicami, podczas gdy babcie odpoczywały. To piękne wspomnienie… Nastrój świąt, aromat i gwar gości, którzy odwiedzali nas wciąż brzmią w moim sercu.
Teraz jestem już mamą. Bardzo poważnie podeszłam do zachowania tradycji w moim domu. Ale nie wyglądają one już tak uroczyście i doniośle, jak kiedyś. Nie stoję w kuchni przez kilka wieczorów i nocy, by przygotować posiłki, bo nie pozwala mi na to czas. Pisanki malują moi chłopcy, mięsa piękną się wieczorami a dom sprzątamy z mężem na spółkę. Ja postawiłam raczej na atmosferę i czas, który mogę spędzić z moimi bliskimi.
Święconka jest naszym rytuałem. Niesiemy do Kościoła dwa koszyczki a potem objeżdżamy okoliczne świątynie, by pomodlić się przy grobach Jezusa. Wspomnienia grzeją moje serce, a tradycja którą wzbogaciłam odwiedzaniem Kościołów bardzo przypadła moim dzieciakom do gustu. W pierwszy dzień świąt, przed śniadaniem, spotykamy się z moją mamą i siostrą na cmentarzu, by spędzić chwilę z tatą. To wyjątkowe chwile, kiedy czas przystaje, a my możemy w końcu powspominać i cieszyć się swoją bliskością nawet, jeśli większa część nas już odeszła.
__________________________________________

Nowy Rok 2017
I mamy 2017 rok. Pośród otaczającego nas huku fajerwerków, których zmasowana ilość oznaczać miała chyba jakość a może nawet rozmiar szczęścia, przekroczyliśmy próg Nowego Roku. Samochodu na TVN nie wygrałam, ku rozczarowaniu mojego starszego syna, koty ze strachu przebiegały między nogami a Wituś z poduszką na głowie, przykryty kołdrą po same uszy modlił się, by w końcu zapanowała cisza. I wymodlił ją sobie.
Zadzwoniłam do mamy z życzeniami, bo taki zwyczaj panuje w tej rodzinie odkąd pamiętam i usiadłam na kanapie. Poza zbliżającymi się urodzinami, niewiele się zmieniło. Zobowiązania pozostają takie same, marzenia na szczęście też. Przeanalizowałam je pobieżnie i moje serce niezmiennie wyrywa się na myśl o upragnionym kącie, gdzieś w mazurskim lesie, z dala od hałasu, tego co trzeba, co powinno się robić a zdecydowanie od tego, co wypada…
I przyszło mi do głowy, że człowiek to jednak wyjątkowo skomplikowane stworzenie. Pośród rozgrywających się tragedii, podłości, na myśl, o których aż skóra na karku cierpnie, potrafimy się cieszyć czymś, co w gruncie rzeczy niewiele zmienia w naszym życiu. Może to nadzieja zagrzewa nas do stanięcia naprzeciw temu, co nadchodzi? My ludzie potrzebujemy nadziei, choć najmniejszej, nawet tej gasnącej. Potrafimy uczepić się jej wątłej iskry i przeć do przodu. I jakoś tak, z chwilą, kiedy zegar wskazuje północ tej jednej, jedynej nocy w roku, zapominamy o tym, co złe, by napełnić serca wiarą, że nowy rok przyniesie poprawę, wyczyści kartotekę złych wspomnień, uleczy, uwolni…
A może to nasza naiwność? Może jesteśmy tak bardzo krótkowzroczni, że tylko wydaje nam się, że co złe jest już za nami? Nowe, znaczy narodziny, a one niosą ze sobą życie, coś pięknego, dobrego i czystego.  Może to nasza naiwność przesłania nam oczy, stanowi o wymazaniu tego, co stare i zużyte? Sami ukręcamy łeb hydrze ubiegłorocznych zmór. Co samo w sobie również stanowić może siłę napędową. Bo któż nie chciałby mieć wyczyszczonej teczki swoich przewinień, kto nie marzy o cofnięciu czasu, by wymazać raz na zawsze słowa, które nigdy nie powinny paść, czy kroków, które okazały się zawieść nas w ślepą uliczkę?
Bądź co bądź, wierzę w magię noworocznej radości, naiwność, nadzieję, czy też nie wierzę, kolejny rok mam za sobą. To był piękny rok. Ciężki, wiele łez wylałam nad niesprawiedliwościami, które mnie dotknęły, wielokrotnie moja cierpliwość została wystawiona na próbę. Czasem padło zbyt wiele gorzkich słów, czasem zapomniałam, że nie wypada. Ale zdarzało mi się zrobić więcej niż powinnam, bo tak po prostu trzeba. Kilka osób odeszło z mojego życia z własnej woli, niektórzy wbrew niej. Poznałam wspaniałe osobowości i stałam się dzięki temu bogatsza. Wiele rzeczy zrozumiałam, z wieloma pogodziłam się. W finalnym rozrachunku jestem do przodu.
Ale jedno pozostało we mnie niezmienne- pasja. Na jej rozmiar chyba nikt i nic nie jest w stanie już wpłynąć. Ona tyka. Jak ten zegar, który przybliża nas do kolejnego noworocznego świętowania.

Kości zostały rzucone. Szczęśliwego Nowego Roku.
_______________________________________________
19 października 2016

Czasem w naszym życiu pojawiają się ludzie, których obecności nie spodziewalibyśmy się. Pojawiają się i czujemy się w ich towarzystwie tak, jakbyśmy znali się od lat. Otwierają się przed nami i nawet nie będąc świadomymi tego co czynią, pozwalają nam otworzyć się przed nimi, spojrzeć na to, czym jest relacja między ludźmi z innej perspektywy. Nie należy pakować wszystkich do jednego worka, nie należy oceniać jedną miarą i  przekreślać tego, co mają do zaoferowania. Czasem zwykła filiżanka herbaty wypita w tak przyjemnym towarzystwie, zjedzone ciastko, którego jeść się nie powinno, stają się ucztą dla ciała, podczas gdy dusza delektuje się satysfakcją, jaką daje rozmowa. Banalna, nawet nieskomplikowana. Niesamowite, ile przyjemności, korzyści i satysfakcji daje obcowanie z człowiekiem. 
Muszę podkreślić, co stanowi moje motto- w naszym życiu nic nie dzieje się bez powodu, ludzie, którzy stają na naszej drodze, nie trafiają tam bez przyczyny. Wszystko ma swój cel i znaczenie a do nas należy, czy w czasie, jaki został nam dany, nauczymy się dostrzegać ukryte w otaczających nas zdarzeniach, nawiązywanych znajomościach przesłanie. Jeśli tak, to nasze życie okaże się sukcesem. Wykorzystamy w pełni to, co zostało nam ofiarowane. Jeśli zaś nie, trudno, mamy w końcu tyle, po ile zdecydujemy się wyciągnąć rękę.
To był wspaniały dzień. Upłynął nam na rozmowie, dyskusjach, ploteczkach. Był czas na rozmowę o książkach, dzieciach, życiu. I tego było mi trzeba. I za to dziękuję.




sesja zdjęciowa z Łowiskami w tle

Łowiska, oczami Magdaleny Bieńkowskiej, czyli sesja zdjęciowa z Łowiskami w tle ;-)











Na naukę nigdy nie jest za późno- Anna Kasiuk


No i odbyło się! Moje pierwsze spotkanie autorskie. A miało to miejsce 22 września 2016 roku. Pierwszy wniosek, jaki nasunął mi się w chwili, kiedy data ta zbliżać się zaczęła coraz większymi, nieuchronnymi krokami brzmiał- łatwiej zdecydowanie pójść na spotkanie autorskie, podziwiać, zachwycać się, czy po prostu słuchać. Zdecydowanie inaczej mają się sprawy, kiedy owym autorem, nagle stajesz się ty! Ta świadomość, że będę stała po jednej stronie stolika a reszta świata po drugiej, ze wzrokiem utkwionym we mnie, z uszami otwartymi na to, co mówię przerażała mnie. I choć żadne z pytań nie było zaskoczeniem, dotyczyły bowiem mnie i mojego zajęcia, ten dysonans trwał do chwili, kiedy owe miejsce za stolikiem zajęłam. I wtedy też narodził się w mojej głowie kolejny wniosek- zdecydowanie prościej jest zamknąć się w pieleszach własnego cichego pokoju, pośród sobie znanych zapachów, dźwięków i w otoczeniu buzującej niczym oranżada wyobraźni i pisać, niż usiąść i opowiedzieć o tym. Naprawdę tak pomyślałam.



Człowiek jest bowiem tak skonstruowany, gdzieś podświadomie ma zakodowaną potrzebę akceptacji, choć powierzchownie stara się, by było inaczej. Bardzo zależało mi, by wypaść jak najlepiej, by przekazać wszystko, co jest dla mnie inspiracją, by pokazać, że jestem zupełnie zwyczajną kobietą. Nie było łatwo, dwie znajome, Bożena i Andżelika zrobiły wiele, by owa naturalność, wyglądała wyjątkowo wyraźnie. Miałam make up, zostałam ufryzowana i bądź człowieku mądry!


Jednak … Podobało mi się. Było ciepło, atmosfera drgała, zupełnie jak w książce. Raz na sali brzmiał śmiech, bo okazało się, że śmieszności w moim życiu też są obecne, raz skupienie zawisło w powietrzu, a za chwilę powaga towarzysząca tematom przemijania i śmierci, nakazała zachować absolutne milczenie. A ja brylowałam kąsana stresem, motywowana emocjami wymalowanymi na twarzach zebranych. Było o Łowiskach, o środowisku wydawniczym, było o pierwszych wagarach w szkole a Julka odważyła się rozdać wszystkim uczestnikom niewielkie niespodzianki, które przygotowałam! I o to chodziło! Udało się wyciągnąć emocje przemiłego grona zgromadzonych na wierzch, o czym usłyszałam tuż po spotkaniu. Wiele ciepłych słów uznania, pochlebstw, pytań o plany, uskrzydliły mnie. Może nie taki diabeł straszny, jak go malują? Zabieram się do pracy, wiele obiecałam ;-)

Noc, dzień, co lubię ja, co lubisz ty...

No i nas dopadło. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że człowiek zawsze przejawiał skłonności do wyolbrzymiania swojej pozycji. I nie chodzi o p...